sobota, 1 maja 2010

wiwat maj...

1 maja podarował nam niezbyt miłą niespodziankę, okazało się bowiem, że dziś w Stambule nie kursuje metro. niestety okazało się dopiero na stacji Kabataş, do której zresztą już zdążyliśmy dojechać. więc nie pozostało nic innego jak tylko wtopić się w tłum demonstrantów w czerwonych czapeczkach z napisem TKP (Türkiye Komünist Partisi) - Komunistycznej Partii Turcji. na szczęście obecnie to nie jest już "prawdziwa", krwawa demonstracja, to raczej happening, mający na celu pokazanie swoich sympatii politycznych. bierze w nim udział masa młodych ludzi, głównie studentów i całość ma charakter wielkiego pikniku. w tym roku po raz pierwszy od 32 lat państwo dało oficjalną zgodę na demonstrację. w 1977 roku przebieg demonstracji wymknął się spod kontroli, kilka osób zginęło, kilkaset zostało rannych. po tym wydarzeniu zakazano jakichkolwiek zgromadzeń z okazji 1 maja - do dziś. tegoroczna demonstracja po raz pierwszy miała również na celu uczczenie pamięci o ofiarach roku 77. a ponieważ nie mieliśmy ani czerwonej czapeczki, ani innej rzeczy w tym kolorze, ani nawet dobrze wyrobionych poglądów politycznych, postanowiliśmy zjednoczyć się z ludem poprzez to, co wychodzi nam najlepiej, czyli jedzenie. innymi słowy konsumpcję bułki z malutkimi kotlecikami Köfte z pietruszką, sałatą, czerwoną kapustą i pomidorami oraz odrobiną pikantnej papryki. do tego oczywiście ayran. wierzcie lub nie, ale kiedy widzi się wokół siebie ludzi jedzących to samo, od razu wzrasta poczucie przynależności... no przynajmniej przynależności do grona wielbicieli Köfte, a to na prawdę coś ;-)



sprzedawca Köfte ekmek

w każdym razie po przepysznym lunchu byliśmy gotowi, podjąć dalsze kroki, które zaprowadziły nas pod samą bramę Dolmabahçe Sarayı (Pałacu Dolmabahçe). charakterystyczny Meczet Dolmabahçe, stojący nieopodal, znaliśmy już dobrze z zeszłorocznej wycieczki, kiedy to razem z parą greków zostaliśmy zaproszeni przez syna imama, pełniącego w tym meczecie rolę müezzina, do pomieszczenia, z którego odbywa się nawoływanie na modlitwę. i szczerze mówiąc nie spodziewałam się tego co wtedy zobaczyłam w środku. w małym, klaustrofobicznym pomieszczeniu znajdowało się całe centrum dowodzenia. monitory, przyciski - jak mała stacja kosmiczna ;-) a ponieważ większych atrakcji nie mogliśmy się już spodziewać, powędrowaliśmy od razu do pałacu.

meczet Dolmabahçe, w tle pałac Dolmabahçe

brama wejściowa Dolmabahçe Sarayı

pałac

widok na Bosfor

podobno budowa tego pałacu doprowadziła bezpośrednio do upadku imperium otomańskiego. został wybudowany z ogromnym rozmachem i przepychem, a Sułtan Abdülmecid, niefrasobliwie finansował budowę swojej rezydencji z pożyczek zaciągniętych w bankach zagranicznych. strasznie spodobało mi się przewodnikowe określenie pałacu "wytwór nieokiełznanej fantazji Abdülmecida". w trzech słowach, niezwykle celnie i obrazowo streszcza to, co można zobaczyć w Dolmabahçe Sarayı. sama nazwa oznacza "wypełniony ogrodem", ponieważ pałac powstał w 1856 roku na terenie założonych już w XVI wieku ogrodów i sadów sułtańskich. zwiedzanie jest możliwe jedynie z przewodnikiem. są organizowane grupy tureckie i angielskie. niestety w środku nie można fotografować, ale udało mi się znaleźć, co prawda niezbyt udane, zdjęcie tego, co zrobiło na mnie największe wrażenie. hol. niczym wyjęty z Titanica. ogromny, świetlisty, z kryształowymi kolumnami. przytłaczający w swoich rozmiarach, a jednocześnie niesamowicie delikatny, zalany światłem.


najpierw zwiedza się parter, czyli część administracyjną, a dopiero później wchodzi się na piętro, gdzie znajdują się pomieszczenia należące niegdyś do sułtana. gdzie ma być jeszcze piękniej i bogaciej. ale szczerze mówiąc nie widziałam różnicy w przepychu pomiędzy tymi dwoma piętrami. być może to zasługa holu, który tak wbił mi się w pamięć, że nic nie było w stanie go przyćmić. z całą pewnością natomiast odniosłam wrażenie, że pałac jest znacznie bardziej zeuropeizowany od poprzedniej siedziby sułtanów Topkapı Sarayı. dopiero przebywając drogę w dół, na parter poczułam, że jednak jest różnica. to do czego przywykły moje oczy przez pół godziny, znacznie różniło się od tego co zobaczyłam wychodząc :-)

morał z tego taki, że człowiek do luksusu łatwo się adaptuje, chłonie go jak gąbka wodę, co powoduje niestety, że co jakiś czas cesarstwo jakieś lub imperium bezpowrotnie upada.


wracając tramwajem do domu naszły mnie już zupełnie inne myśli. nie o wielkich imperiach, podbojach i możnowładcach, ale o mnie. świat mijał za oknem tramwaju, a ja cieszyłam się z małych rzeczy. że nie muszę iść, tylko mogę jechać tramwajem, że na Eminönü sprzedawca balık ekmek nadal sprzedaje pyszne kanapki, że ludzie jadą tą samą trasą do pracy, a ja nie muszę. nie muszę robić tych powtarzalnych czynności. jestem poza rzeczywistością, która dotyczy wszystkich mieszkańców tego miasta. mnie nie. cieszyłam się jak dziecko, że mam możliwość kupienia sobie czasu kompletnie poza wszystkim. kupienia (nie boję się tego słowa), bo na tym świecie nie ma nic za darmo. ale czas kupiony dla mnie wyłącznie na to na co mam ochotę, to są prawdziwe wakacje.


więc pomimo racjonalnego żywienia zjadłam tłuścioszka (precla do nieprzytomności nasączonego w miodzie), który był najpyszniejszy na świecie. i jutro zamierzam to powtórzyć. wypiłam też zdrowy sok... a później jeszcze piwo ;-) a nie-mąż dzielnie mi towarzyszył!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz