wtorek, 4 maja 2010

wycieczka za miasto

mieszkamy w dzielnicy Beyazıt*. niedaleko Wielkiego Bazaru. naprzeciwko Uniwersytetu Stambulskiego. to dokładnie dwa przystanki tramwajowe od Sultanahmet. około kilometra spacerkiem. jest szósty dzień naszego pobytu, a my jeszcze nie byliśmy na placu pod Błękitnym Meczetem i Hagią Sofią!!! to taka ciekawostka przyrodnicza...

za to wymyśliliśmy sobie na dzisiaj wycieczkę za miasto, w okolice Gebze do Hayvanat Bahçesi, czyli ogrodu zoologicznego. tak mam, że wszędzie gdzie jestem odwiedzam zoo. nie-mąż wszystko posprawdzał, zaplanował trasę i kazał iść. no to poszłam. najpierw na tłuścioszka, później do tramwaju, a w Karaköy na prom do Haydarpaşa.


Karaköy - stolik czekający na sprzedawcę małży i wózek z simitami

na promie zaczepił nas chłopak - mieszkaniec Stambułu. zaczepił nas w bardzo dziwny sposób. widziałam, że się nam przygląda przez jakiś czas, ale tym razem nie skakaliśmy z aparatami, więc pomyślałam, że się zamyślił jakoś, słuchając muzyki. po chwili, niespodziewanie przemówił w  lengłydżu, że ja wyglądam na polkę i gdyby miał tylko mną się sugerować to by powiedział, że jesteśmy z Polski. tadam! pierwszy raz mi się zdarza coś takiego. słyszałam już, że wyglądam jak turczynka (pewnie przez ciemną oprawę oczu i same oczy), często nasz język biorą też za rosyjski. ale żeby tak wcelować? nie-mąż natomiast wyglądał dzisiejszego popołudnia dość kanadyjsko podobno ;-) zaczęliśmy rozmawiać, poznaliśmy w skrócie historię jego życia (ach ta tutejsza otwartość), przygodę z Poznaniem, wyjawił nam również głęboką chęć poznania dziewczyny z Polski, gdyż są one przecież tak piękne! przepraszam, ale przy tylu powalających lokalnych dziewczynach słuchanie o zaletach Polek brzmi mi nieco absurdalnie. no ale o gustach się nie dyskutuje. przyjęłam więc dzielnie komplement na klatę w imieniu całej damskiej części narodu Polskiego i swoim własnym. z wrażenia prawie zapomnieliśmy wysiąść na Haydarpaşa. pożegnaliśmy się staropolskim zwyczajem. nie, nie chlebem z solą i seteczką wódki, lecz pocałunkiem... w dłoń mą. kopara w dół, wysiadka na ląd.


przystań i stacja kolejowa Haydarpaşa


trasa pociągu do Gebze


zakuśtykałam na stację, gdzie okazało się, że na nasz pociąg nie trzeba żadnych biletów. wystarczy akbil! nie muszę chyba mówić, że kocham go coraz bardziej! ;-) podróż pociągiem na trasie podmiejskiej jest chyba jeszcze zabawniejsza niż u nas. jeżdżą tutaj stare składy, które mają rozkoszny feature. bujają na boki, niczym dziecięca kołyska, w niektórych momentach nawet z taką gorliwością, że nie da się iść po pociągu. naprawdę strasznie śmieszne uczucie. niektóre typy, jak na przykład nasz powrotny, oprócz ruchów horyzontalnych wykonue dodatkowo wertykalne. taki double feature. podskakuje w górę i w dół niczym łóżko na sprężynach lub kicające zajączki (niepotrzebne skreślić). a my razem z nim. podwójna zabawa. podróż trwa 1.15, więc przez ten czas wzmożonych ćwiczeń pewnie spali się trochę kalorii :-)

wysiedliśmy na przedostatniej stacji - Osmangazi. ukazało się nam dość przybijające miejsce, same fabryki wydające mechaniczne, jednostajne odgłosy. ruszyliśmy dalej i doszliśmy do spokojnego miasteczka, które bez najmniejszego problemu na pierwszy rzut oka, można sklasyfikować jako prowincja. większość kobiet chodziła w chustach na głowie (hidżab), a niektóre z nich w czarnych strojach, zakrywających wszystko oprócz dłoni i twarzy (czador). takiego obrazka nie widzi się często na stambulskich ulicach. niektóre kobiety chodzą w chustach, ale pozostała część ich stroju jest bardzo współczesna, zupełnie nie tak jak tutaj. na końcu głównej ulicy był zlokalizowany bazar - owoce, warzywa, najróżniejsze materiały, ubrania, buty, zegarki, przedmioty użytkowe, wszystko, taki mini-wielki-bazar. w tamtej małej mieścinie dosadnie można poczuć, że Turcja wrosła w kulturę bazarową. w dużych, nowoczesnych miastach powstają centra handlowe na wzór Europy czy Stanów, natomiast w małych miasteczkach i wsiach to wciąż bazar jest głównym miejscem zaopatrzenia we wszelakie dobra. i to się raczej nie zmieni. co więcej to pewnie bazar dał podwaliny centrom handlowym. wszystkie produkty pod jednym dachem - albo nawet bez dachu...


o ile w sercu Stambułu nie mamy poczucia wyobcowania, nie wyróżniamy się z  tłumu - dzięki mieszaninie ras, kultur, stylów i języków - o tyle tutaj od razu zwracaliśmy na siebie uwagę. każdy potrafiłby bezbłędnie wskazać turystów. Stambuł to taki tygiel, w którym każdy ma prawo do ekstrawagancji i indywidualizmu, może wyglądać przedziwnie, ale i tak znajdzie akceptację i przyzwolenie na swoją inność. znajdzie tolerancję. prowincja jest bardzo konserwatywna i wszelkie odchylenia od normy są podejrzane. oczywiście nie czuliśmy się w żaden sposób zagrożeni, nikt nie był wobec nas niegrzeczny, wzbudzaliśmy bardziej zdziwienie, bo nawet zainteresowany nikt nami nie był. byliśmy trochę nie na miejscu. na prowincji  ludzie nie znają angielskiego, więc trudno dogadać się inaczej niż na migi. nie-mąż próbował pytać po turecku o drogę do zoo, ale nie spotkał się ze zrozumieniem. zastanawiam się czy to wynik ogólnego strachu przed obcymi, czy zwykłe niezrozumienie. dziewczyna, której zadał pytanie ewidentnie wycofywała się do tyłu, jakby przestraszona, chciała żeby dać jej spokój. a przecież zoo to chyba jedyna atrakcja w tym miejscu, chociaż, niezależnie jak bardzo absurdalnie by to brzmiało, ona niekoniecznie musi o jego istnieniu wiedzieć. jednocześnie to przedziwne, że w Stambule, idąc po ulicy jesteśmy ciągle zagadywani, namawiani do czegoś, a w takim miejscu, gdzie całkowicie wyróżniamy się z tłumu, nikt nas nie zaczepia. nawet na bazarze. targetem są miejscowi. i to jest takie cudowne uczucie!


ogród zoologiczny, do którego wreszcie dotarliśmy, okazał się całkiem spory, większy niż się wydawało, po obejrzeniu google-maps. został założony w 1991 roku jako rezerwat ptaków. obecnie funkcjonuje jako cyt. "ptasi raj i ogród botaniczny" i jest w nim całkiem sporo gatunków zwierząt. zdjęcia na stronie faktycznie dały mi złudne wrażenie rajskiego ogrodu, w którym zwierzęta żyją jak na wolności, bez krat. o ja naiwna. kraty niestety były i to czasem absurdalnie gęste, zważywszy na żarłoczność zwierząt. ale pewnie bezpieczeństwa nigdy dosyć. nie-mąż musiał się naprawdę mocno nagimnastykować, żebym mogła tutaj kilka fotek wkleić. bo całość to jego dzieła. mnie pochłonęło głaskanie stworzeń wszelakich, tych nie odgrodzonych prętem stalowym rzecz jasna.
ku naszemu zdziwieniu trafiliśmy nawet na karmienie lwów. z reguły odbywa się ono z rana o 11:30 (co dwa dni). prawdopodobnie ze względu na cztery młode, lwica dostała jedzenie dopiero ok. 17. fajnie było obserwować ją i maluchy w akcji. głupi to ma zawsze szczęście...










 




po wyjściu z zoo byliśmy głodni jak wilki, więc weszliśmy do pierwszej, lepszej knajpki i zamówiliśmy to co widniało na reklamie lokalu. szaszłyki i mięso z grilla. okazało się, że - jak w barze mlecznym za czasów PRLu - nie ma. co było robić? zmęczeni wzięliśmy to co było. czyli jakieś dwa rodzaje gulaszu. ja za gulaszem i mięsem w sosie przepadam znikomo, ale trudno. dostaliśmy swoje porcje i, jak można się było spodziewać, okazało się, że jedzenie nie jest najwyższych lotów. smaczne i tyle. a my tutaj na smaczne i tyle się raczej nie godzimy. tutaj jest pełno rzeczy wyjątkowych! i do takich rzeczy wyjątkowych należą właśnie pikantne piklowane papryczki, które za chwilę nadeszły razem z sałatą i pomidorem. i to niezwykłe, że dzięki tym małym papryczkom, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki potrawa z nijakiej przemieniła się w wyjątkową. przepyszną. nagle wszystkie smaki stały się bardziej wyraziste, a mięso bardziej soczyste. za cały obiad (łącznie z wodą) zapłaciliśmy 10 TRY czyli ok. 20 PLN (za dwie osoby oczywiście).


w drodze powrotnej zaatakowały mnie usta. "moje" usta! mój fetysz. ze zdziwieniem odkryłam, że tutaj dużo facetów posiada ten typ. koniecznie górna warga wysunięta do przodu i podniesione kąciki ust. piękne, rozkoszne usta i równie rozkoszni właściciele! bo jakoś tak się dziwnie składa, że te usta mają zawsze pięknych właścicieli! zdecydowanie klasyfikuje się to jako odkrycie dnia.

po zejściu na ląd zjedliśmy kolejnego tłuścioszka (uwaga - to znowu nie był mój pomysł, ale skoro dają to przecież biorę ;-). ten nie był firmowy, nieco mniej nasiąknięty, ale dwa razy większy za tą samą cenę. czy to nie rozkoszne zakończenie dnia?

-----------------------------------
* posługuję się nazwami przystanków tramwajowych i małych punktów orientacyjnych, żeby dokładniej oddać przestrzeń słowami. a to naprawdę nie łatwa sprawa... w gruncie rzeczy cały cypel Złotego Rogu, a nie tylko nabrzeże to dzielnica Eminönü.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz