kiedyś myślałam sobie, że jedyna słuszna droga to wieść życie idealne. a w każdym razie dążyć do tego ideału. a co to miało znaczyć? chyba nieodstawanie od reszty... unifikację. wpisanie się w powtarzalny schemat. wszyscy przecież dążą do tego żeby mieć idealną pracę, mieszkanie, męża i dzieci... i chyba nawet w tej kolejności. tylko niewiele osób wybiera dla siebie inną drogę. tylko niewielu ma odwagę zapytać samych siebie czego tak naprawdę chce. a jeszcze mniej ma odwagę przyznać, że czegoś innego.
mi otrząśnięcie się z tego stanu zaprogramowania na bycie idealnym zajęło kawałek czasu. nie żebym systematycznie podążała w tym kierunku, ale zawsze z tyłu głowy miałam myśl, że muszę robić to co inni. na szczęście zestarzałam się nieco... a to pomaga. zresztą to chyba jedyna kwestia w której starzenie się pomaga. i nie mam już wyrzutów sumienia, że zamiast rodzić dzieci przygarniam koty, zamiast odkładać na mieszkanie podróżuję, a zamiast męża mam nie-męża. na wszystko przyjdzie (albo i nie przyjdzie) pora. mogę robić to co daje mi szczęście a nie to co wypada! nie chcę większości życia spędzać w korporacji, żeby wracać na noc do eleganckiego ale pustego mieszkania. to nie moja bajka. nie jestem stworzona do wyścigu. wolę wrócić do sfatygowanego bloku z ramy H i spokojnie zastanowić się co zrobić na kolację, snuć plany o kolejnych wakacjach, pobawić się zdjęciami, wpaść na jakiś genialny pomysł, albo robić inne mało (lub trochę bardziej) znaczące dla świata rzeczy. a to wszystko przy akompaniamencie dwóch futer kręcących się pod nogami. taki mam plan na teraz.
pozwolę mu się zmieniać i ewoluować kiedy tylko tego zapragnie...
środa, 13 października 2010
poniedziałek, 20 września 2010
sobota, 18 września 2010
meet Mika
na początku wydawało nam się, że z hotelu zniknęły koty... ale stopniowo zaczęliśmy dostrzegać ich coraz więcej. wreszcie znaleźlismy miejsce gdzie stacjonowały, a pewnego dnia przy basenie spotkaliśmy Mikę. słodką, na nasze niewprawne oko pięciomiesięczną kicię, która lgnęła do ludzi. kiedy zaczęliśmy ją głaskać od razu podstawiła swoje śnieznobiałe brzucho, a później radośnie przybiegła na nasze zawołanie i wskoczyła na leżak. z leżaka na kolana i tak juz zostało. cóż za odmiana po tym do czego przyzwyczaił nas Gaj ;-) kiedy ją głaskałam od razu wiedziałam, że to Mika. i tak też już zostało... przespała z nami na leżaku kilka godzin, a ja praktycznie cały ten czas przepłakałam, bo po prostu nie mogłam sobie wyobrazić, że będziemy musieli ją zostawić. dobrze wiedziałam, że nie mamy możliwości zabrać jej ze sobą.
od tej pory rozpoczęliśmy naszą małą misję 'dokarmianie'. ze śniadania wynosiliśmy wędliny, które aplikowaliśmy odnalezionym kociastym dwa razy dziennie. wtedy też okazało się, że Mika ma jakiś uraz tylnej łapki i jest mniejsza od innych, więc przy jedzeniu musi się bronić przed ewentualnymi atakami z ich strony. u dziko żyjacych kotów bardzo wyraźnie widać hierarchię i łatwo stwierdzić jak wysoko, który w niej stoi. Mika nie była wysoko, była zestresowana i warczała skulona nad swoja porcją wędlinki. po takich scenach znowu się rozkleiłam. byłam sparaliżowana bezsilnością.
jedyne co mogliśmy zrobić to jeszcze raz dokładnie sprawdzić jakie są zasady przewozu zwierząt, ale pamietaliśmy, że restrykcje są straszne. i to się niestety potwierdziło. nie-mąż nie stracił jednak zimnej krwi... spokojnie zaczął szukać czy są inne możliwości. znalazł organizację Animal Protection Trust założoną przez dwoje turystów z UK, Jackie i Aiden'a, którzy podczas swojej pierwszej wizyty w Kuşadası w 1996 roku przerazili się fatalną sytuacją panującą w tej okolicy po sezonie - głodujące, chore i ranne zwierzęta... które, jak beztrosko wyjaśnili lokalni, i tak po sezonie zostaną otrute. byli zdruzgotani! nie mogli na to patrzeć, nie chcieli się z tym godzić, więc zaczęli zbierać fundusze i przyjeżdżać średnio dwa razy do roku, żeby coś zmienić. pomagali bezdomnym, często rannym zwierzętom, umożliwiali bezboleśne odejście tym, których nie dało się uratować, rozpowszechniali programy sterylizacji. edukowali ludzi, drukowali tureckie ulotki tłumacząc, że sterylizacja i kontrola populacji jest znacznie lepsza niż trucie niewinnych zwierząt. ostatnia aktualizacja na stronie miałs datę z 2008 roku, ale pomimo to napisaliśmy do nich. chwytaliśmy się wszystkiego. zostały nam 2 dni! przez całą noc nie mogłam spać.
rano okazało się, że nie dostaliśmy odpowiedzi na maila (oboje chcieliśmy wierzyć, że będzie inaczej, ale szczerze mówiąc, nie mieliśmy wielkich nadziei). i to był chyba moment kiedy całkowicie się poddałam. łzy ciekły mi po policzkach i nie mogłam zrobić dosłownie nic... ale nie ma na świecie drugiej tak walecznej osoby jak mój nie-mąż. podczas mojej wegetacji znalazł namiar na okolicznych weterynarzy (w dwóch miastach było dosłownie trzech!!!) i dał mi kolejny nikły promyk nadziei, którego chwyciłam się tak mocno jak tylko mogłam, żeby nie rozlecieć się na tysiące kawałków, z których nie dałabym rady się już posklejać. postanowiliśmy odnaleźć weterynarza i zapytać, czy jest jakaś opcja o której nie wiemy...
w ten sposób poznaliśmy Dr Nevzat'a Yıldızlı z Kuşadası Veterinerlik, który okazał się cudownym człowiekiem. jednym z tych, dzięki którym niemożliwe stało się możliwe! potwierdził nam, że unijne przepisy są strasznie restrykcyjne i nie da się ich w żaden sposób obejść, ani skrócić. procedura jest taka, że zwierzę musi zostać zachipowane, zaszczepione na wściekliznę i (to co nastręcza wszystkich problemów) pozytywnie przejść testy krwi w kierunku efektywności szczepienia. wykonuje się je w autoryzowanym laboratorium na miesiąc po szczepieniu i na 3 miesiące przed przemieszczeniem zwierzęcia - kwarantanna. 4 miesiące!!!
jedyny sposób to przechować kota przez ten czas na miejscu. dodatkowo testy i szczepienia, wiążą się oczywiście z kosztami... co akurat w tym przypadku było dla nas mało istotne. i wszystko byłoby pięknie, gybyśmy tylko mieli gdzie przechować Mikę!
i w ten sposób, przez Dr Nevzat'a, poznaliśmy Angelic. zapracowaną niemkę mieszkającą w Turcji (na dodatek podobno z polskimi korzeniami), która kocha koty i dzięki której niemożliwe stało się możliwe! zgodziła się zaopiekować Miką, przyjechać z nią na testy, a później znaleźć sposób, żeby przetransportować ją do Niemiec (w najgorszym wypadku będziemy musieli wrócić w styczniu do Turcji ;-)
nie mogliśmy uwierzyć w to co się dzieje! wciąż jeszcze oszołomieni wracaliśmy z transporterkiem po Mikę. zastanawialiśmy się jednocześnie, czy ją znajdziemy... czy da się złapać...
była w swoim stałym miejscu, kulała i znowu była zdenerwowana obecnością innych kotów przy karmieniu. nie bardzo dawała się złapać, ale w końcu nie-mąż wyjął ją ostrożnie z krzaków i zaczęłiśmy iść w stronę pokoju. im dalej odchodziliśmy, tym spokojniejsza się robiła. myśleliśmy, że w pokoju zacznie miauczeć, chować się w dziury i będzie chciała uciekac, a ona właśnie tam poczuła się bezpiecznie... zadarła ogon do góry, obwąchała teren i wgramoliła się na kolana. mruczała i mruczała... znów była kotkiem poznanym na leżaku. jeszcze nigdy w życiu nie widziałam takiej zmiany w czasie krótszym niż 5 minut! to tylko upewniło mnie, że robimy to co trzeba.
mała całkiem sprawnie dała się załadować do kontenerka i powieźć dolmuszem do miasta. troszkę cichutko protestowała, ale była strasznie dzielna. w klinice okazało się, że oprócz chipa czeka ją sterylizacja, co mnie przeraziło, ale może z drugiej strony lepiej tak z zaskoczenia... bałam się tylko, jak będzie dochodzić do siebie wśród innych kotów, nie na swoim terytorium... ale cóż było robić... operacja trwała ok. 20 - 30 minut i mogliśmy przy niej być, ale ja bym tego nie zniosła, więc poczekalśmy na zewnątrz. Mika wybudzała się ok. 4 godziny, podczas których siedzieliśmy z nią, głaskaliśmy i ogrzewaliśmy małe ciałko. a później wszystko pooczyło się błyskawicznie... przed 20 przyszła Angelic, zapakowała ledwo wybudzone maleństwo i... teraz musimy czekać 4 długie miesiące, żeby znowu pogłaskać ją po łebku. ale oczywiście jesteśmy jej wdzięczni dozgonnie!
wracaliśmy kompletnie zmęczeni, ale szczęsliwi i nie do końca wierzący, że to co się zadziało to nie był sen!
najtraumatyczniejsza część całej historii, która nie znalazła niestety happy-endu czekała mnie ostatniego dnia pobytu, kiedy poznałam brata Miki, radosnego biało-szarego kocurka, którego nazwałam Aydın (tur. światło). mała przylepa, która przesiedziała u mnie na kolanach 3 godziny, nieustannie mrucząc. a ja nieustannie płakałam i nie mogłam przestać. tak wiele bym dała, żeby móc wziąć i jego, znaleźć mu tutaj kochający dom. gdybyśmy znaleźli go wcześniej, może dałoby się zabrać go razem z Miką.... tego ostatniego dnia nie mogliśmy juz nic zrobić. czas, który z nim spędziłam to najpiękniejsze i za razem najsmutniejsze chwile moich wakacji... nie mogłam się z nim rozstać. to kochane maleństwo, idealny kot domowy... pieszczoch, który nie dał się zdjąć z kolan... potrzebował tylko ciepła i czułości. i wtedy właśnie rozpadłam się na tysiące małych kawałków, które z marnym skutkiem kompetuję do dziś...
w poniedziałek, już w Warszawie dostaliśmy maila od zatoskanej Jackie z Animal Protection Trust. przez weekend nie miała dostępu do maila i nie mogła sobie podarować, że nie odpowiedziała nam na czas. podała nam jednak kontakt do... Dr Yıldızlı :-) dopiero po chwili musiała przeczytać naszego drugiego maila, w którym zapewnialiśmy ją, że sobie poradziliśmy, bo kolejny jej mail był radosny, jakby odetchnęła z ulgą, że sami go znaleźliśmy i że teraz wszystko będzie dobrze... i w ten sposób poznaliśmy Jackie!
okazało sie że fundacja faktycznie ma jakieś problemy i od dwóch lat zawiesiła działalność... mam tylko nadzieję, że będą w stanie wrócić do tych niesamowitych rzeczy które robili. udało im się osiągnąć bardzo wiele, ale wciąż jeszcze jest tyle do zrobienia...
cudownie jest zdać sobie sprawę z tego, że są ludzie, którzy mają ten sam cel, mówią jednym głosem, pomimo, że kompletnie innym językiem. a kiedy się ich poznaje, ma się wrażenie jakby znało się ich juz od dawna! przez chwilę straciłam wiarę w ludzi, więc tym bardziej budujące było odkrycie, że są jednak dobrzy ludzie, którym po prostu bezinteresownie zależy...
szkoda tylko, że to kropla w morzu potrzeb, że wciąż jedak dominuje znieczulica. że tak trudno jest zrobić coś dobrego.
------------------------------
a teraz bezduszne fakty:
przemieszczanie zwierząt domowych towarzyszących podróżnym z państw trzecich do Polski odbywa się na podstawie przepisów art. 8 rozporządzenia (WE) Nr 998/2003 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 26 maja 2003 r. w sprawie wymogów dotyczących zdrowia zwierząt, stosowanych do przemieszczania zwierząt domowych o charakterze niehandlowym i zmieniającego Dyrektywę Rady 92/65/EWG.
zgodnie z przepisami ww. rozporządzenia, psy, koty i fretki pochodzące z:
państw trzecich wyszczególnionych w Załączniku II Części B, Sekcji 2 oraz w Części C rozporządzenia (WE) Nr 998/2003 Parlamentu Europejskiego i Rady (aktualną listę państw zawiera rozporządzenie Komisji (WE) Nr 425/2005 z dnia 15 marca 2005r. zmieniające rozporządzenie (WE) nr 998/2003 Parlamentu Europejskiego i Rady w odniesieniu do wykazu państw i terytoriów) mogą być przemieszczane na terytorium RP jeżeli:
− zostaną zidentyfikowane za pomocą czytelnego tatuażu z numerem lub mikroczipu zgodnego z wymaganiami normy ISO 11784 lub Aneksu A do normy ISO 11785 (w przypadku, gdy mikroczip nie spełnia wymagań żadnej z ww. norm, właściciel zwierzęcia lub osoba za nie odpowiedzialna w imieniu właściciela, musi zapewnić możliwość odczytania numeru mikroczipu podczas jakiejkolwiek kontroli w czasie przemieszczenia, tzn. musi dysponować czytnikiem).
− zostaną zaszczepione przeciwko wściekliźnie, zgodnie z zaleceniami producenta szczepionki, przy użyciu szczepionki inaktywowanej, zawierającej przynajmniej jedną jednostkę antygenową na dawkę (standard WHO).
− zostaną zaopatrzone w świadectwo zdrowia, którego wzór zawarty jest w Decyzji Komisji z dnia 1 grudnia 2004r. Nr 2004/824/WE ustanawiającej wzorcowe świadectwo zdrowia dla przemieszczania o charakterze niehandlowym psów, kotów i fretek z państw trzecich do Wspólnoty, lub
− paszport, zgodny z wzorem ustalonym Decyzją Komisji 2003/803/WE, w przypadku gdy zwierzę jest przemieszczane z państwa trzeciego wyszczególnionego w Załączniku II, Części B, Sekcji 2 do rozporządzenia Komisji (WE) Nr 425/2005, o ile to państwo trzecie powiadomiło Komisję i inne państwa członkowskie o zamiarze posługiwania się paszportem zamiast świadectwem zdrowia. W chwili obecnej dotyczy to jedynie Republiki San Marino.
państw trzecich niewymienionych w Załączniku II do rozporządzenia (WE) nr 998/2003 Parlamentu Europejskiego i Rady jeżeli:
− zostaną zidentyfikowane za pomocą czytelnego tatuażu z numerem lub mikroczipu zgodnego z wymaganiami normy ISO 11784 lub Aneksu A do normy ISO 11785 (w przypadku, gdy mikroczip nie spełnia wymagań żadnej z ww. norm, właściciel zwierzęcia lub osoba za nie odpowiedzialna w imieniu właściciela, musi zapewnić możliwość odczytania numeru mikroczipu podczas jakiejkolwiek kontroli, tzn. musi dysponować czytnikiem).
− zostaną zaszczepione przeciwko wściekliźnie, zgodnie z zaleceniami producenta szczepionki, przy użyciu szczepionki inaktywowanej, zawierającej przynajmniej jedną jednostkę antygenową na dawkę (standard WHO).
− zostaną poddane badaniu w kierunku efektywności szczepienia przeciwko wściekliźnie.
Badanie próbki krwi w celu określenia miana przeciwciał neutralizujących (badanie efektywności szczepienia przeciwko wściekliźnie) musi zostać wykonane w laboratorium zatwierdzonym na terenie Wspólnoty. Lista laboratoriów zatwierdzonych do przeprowadzania badań w kierunku efektywności szczepienia przeciwko wściekliźnie jest opublikowana w Decyzji Komisji 2004/693/WE z dnia 8 października 2004r. zmieniającej Decyzję 2004/233/WE w odniesieniu do listy laboratoriów zatwierdzonych do badania efektywności szczepienia przeciwko wściekliźnie u niektórych zwierząt mięsożernych. Zgodnie z art. 8 rozporządzenia 998/2003 badanie powinno zostać wykonane po upływie co najmniej 30 dni od daty szczepienia i na trzy miesiące przed przemieszczeniem zwierzęcia.
- zostaną zaopatrzone w świadectwo zdrowia, którego wzór zawarty jest w Decyzji Komisji z dnia 1 grudnia 2004r. Nr 2004/824/WE ustanawiającej wzorcowe świadectwo zdrowia dla przemieszczania o charakterze niehandlowym psów, kotów i fretek z państw trzecich do Wspólnoty.
od tej pory rozpoczęliśmy naszą małą misję 'dokarmianie'. ze śniadania wynosiliśmy wędliny, które aplikowaliśmy odnalezionym kociastym dwa razy dziennie. wtedy też okazało się, że Mika ma jakiś uraz tylnej łapki i jest mniejsza od innych, więc przy jedzeniu musi się bronić przed ewentualnymi atakami z ich strony. u dziko żyjacych kotów bardzo wyraźnie widać hierarchię i łatwo stwierdzić jak wysoko, który w niej stoi. Mika nie była wysoko, była zestresowana i warczała skulona nad swoja porcją wędlinki. po takich scenach znowu się rozkleiłam. byłam sparaliżowana bezsilnością.
jedyne co mogliśmy zrobić to jeszcze raz dokładnie sprawdzić jakie są zasady przewozu zwierząt, ale pamietaliśmy, że restrykcje są straszne. i to się niestety potwierdziło. nie-mąż nie stracił jednak zimnej krwi... spokojnie zaczął szukać czy są inne możliwości. znalazł organizację Animal Protection Trust założoną przez dwoje turystów z UK, Jackie i Aiden'a, którzy podczas swojej pierwszej wizyty w Kuşadası w 1996 roku przerazili się fatalną sytuacją panującą w tej okolicy po sezonie - głodujące, chore i ranne zwierzęta... które, jak beztrosko wyjaśnili lokalni, i tak po sezonie zostaną otrute. byli zdruzgotani! nie mogli na to patrzeć, nie chcieli się z tym godzić, więc zaczęli zbierać fundusze i przyjeżdżać średnio dwa razy do roku, żeby coś zmienić. pomagali bezdomnym, często rannym zwierzętom, umożliwiali bezboleśne odejście tym, których nie dało się uratować, rozpowszechniali programy sterylizacji. edukowali ludzi, drukowali tureckie ulotki tłumacząc, że sterylizacja i kontrola populacji jest znacznie lepsza niż trucie niewinnych zwierząt. ostatnia aktualizacja na stronie miałs datę z 2008 roku, ale pomimo to napisaliśmy do nich. chwytaliśmy się wszystkiego. zostały nam 2 dni! przez całą noc nie mogłam spać.
rano okazało się, że nie dostaliśmy odpowiedzi na maila (oboje chcieliśmy wierzyć, że będzie inaczej, ale szczerze mówiąc, nie mieliśmy wielkich nadziei). i to był chyba moment kiedy całkowicie się poddałam. łzy ciekły mi po policzkach i nie mogłam zrobić dosłownie nic... ale nie ma na świecie drugiej tak walecznej osoby jak mój nie-mąż. podczas mojej wegetacji znalazł namiar na okolicznych weterynarzy (w dwóch miastach było dosłownie trzech!!!) i dał mi kolejny nikły promyk nadziei, którego chwyciłam się tak mocno jak tylko mogłam, żeby nie rozlecieć się na tysiące kawałków, z których nie dałabym rady się już posklejać. postanowiliśmy odnaleźć weterynarza i zapytać, czy jest jakaś opcja o której nie wiemy...
w ten sposób poznaliśmy Dr Nevzat'a Yıldızlı z Kuşadası Veterinerlik, który okazał się cudownym człowiekiem. jednym z tych, dzięki którym niemożliwe stało się możliwe! potwierdził nam, że unijne przepisy są strasznie restrykcyjne i nie da się ich w żaden sposób obejść, ani skrócić. procedura jest taka, że zwierzę musi zostać zachipowane, zaszczepione na wściekliznę i (to co nastręcza wszystkich problemów) pozytywnie przejść testy krwi w kierunku efektywności szczepienia. wykonuje się je w autoryzowanym laboratorium na miesiąc po szczepieniu i na 3 miesiące przed przemieszczeniem zwierzęcia - kwarantanna. 4 miesiące!!!
jedyny sposób to przechować kota przez ten czas na miejscu. dodatkowo testy i szczepienia, wiążą się oczywiście z kosztami... co akurat w tym przypadku było dla nas mało istotne. i wszystko byłoby pięknie, gybyśmy tylko mieli gdzie przechować Mikę!
i w ten sposób, przez Dr Nevzat'a, poznaliśmy Angelic. zapracowaną niemkę mieszkającą w Turcji (na dodatek podobno z polskimi korzeniami), która kocha koty i dzięki której niemożliwe stało się możliwe! zgodziła się zaopiekować Miką, przyjechać z nią na testy, a później znaleźć sposób, żeby przetransportować ją do Niemiec (w najgorszym wypadku będziemy musieli wrócić w styczniu do Turcji ;-)
nie mogliśmy uwierzyć w to co się dzieje! wciąż jeszcze oszołomieni wracaliśmy z transporterkiem po Mikę. zastanawialiśmy się jednocześnie, czy ją znajdziemy... czy da się złapać...
była w swoim stałym miejscu, kulała i znowu była zdenerwowana obecnością innych kotów przy karmieniu. nie bardzo dawała się złapać, ale w końcu nie-mąż wyjął ją ostrożnie z krzaków i zaczęłiśmy iść w stronę pokoju. im dalej odchodziliśmy, tym spokojniejsza się robiła. myśleliśmy, że w pokoju zacznie miauczeć, chować się w dziury i będzie chciała uciekac, a ona właśnie tam poczuła się bezpiecznie... zadarła ogon do góry, obwąchała teren i wgramoliła się na kolana. mruczała i mruczała... znów była kotkiem poznanym na leżaku. jeszcze nigdy w życiu nie widziałam takiej zmiany w czasie krótszym niż 5 minut! to tylko upewniło mnie, że robimy to co trzeba.
mała całkiem sprawnie dała się załadować do kontenerka i powieźć dolmuszem do miasta. troszkę cichutko protestowała, ale była strasznie dzielna. w klinice okazało się, że oprócz chipa czeka ją sterylizacja, co mnie przeraziło, ale może z drugiej strony lepiej tak z zaskoczenia... bałam się tylko, jak będzie dochodzić do siebie wśród innych kotów, nie na swoim terytorium... ale cóż było robić... operacja trwała ok. 20 - 30 minut i mogliśmy przy niej być, ale ja bym tego nie zniosła, więc poczekalśmy na zewnątrz. Mika wybudzała się ok. 4 godziny, podczas których siedzieliśmy z nią, głaskaliśmy i ogrzewaliśmy małe ciałko. a później wszystko pooczyło się błyskawicznie... przed 20 przyszła Angelic, zapakowała ledwo wybudzone maleństwo i... teraz musimy czekać 4 długie miesiące, żeby znowu pogłaskać ją po łebku. ale oczywiście jesteśmy jej wdzięczni dozgonnie!
wracaliśmy kompletnie zmęczeni, ale szczęsliwi i nie do końca wierzący, że to co się zadziało to nie był sen!
najtraumatyczniejsza część całej historii, która nie znalazła niestety happy-endu czekała mnie ostatniego dnia pobytu, kiedy poznałam brata Miki, radosnego biało-szarego kocurka, którego nazwałam Aydın (tur. światło). mała przylepa, która przesiedziała u mnie na kolanach 3 godziny, nieustannie mrucząc. a ja nieustannie płakałam i nie mogłam przestać. tak wiele bym dała, żeby móc wziąć i jego, znaleźć mu tutaj kochający dom. gdybyśmy znaleźli go wcześniej, może dałoby się zabrać go razem z Miką.... tego ostatniego dnia nie mogliśmy juz nic zrobić. czas, który z nim spędziłam to najpiękniejsze i za razem najsmutniejsze chwile moich wakacji... nie mogłam się z nim rozstać. to kochane maleństwo, idealny kot domowy... pieszczoch, który nie dał się zdjąć z kolan... potrzebował tylko ciepła i czułości. i wtedy właśnie rozpadłam się na tysiące małych kawałków, które z marnym skutkiem kompetuję do dziś...
w poniedziałek, już w Warszawie dostaliśmy maila od zatoskanej Jackie z Animal Protection Trust. przez weekend nie miała dostępu do maila i nie mogła sobie podarować, że nie odpowiedziała nam na czas. podała nam jednak kontakt do... Dr Yıldızlı :-) dopiero po chwili musiała przeczytać naszego drugiego maila, w którym zapewnialiśmy ją, że sobie poradziliśmy, bo kolejny jej mail był radosny, jakby odetchnęła z ulgą, że sami go znaleźliśmy i że teraz wszystko będzie dobrze... i w ten sposób poznaliśmy Jackie!
okazało sie że fundacja faktycznie ma jakieś problemy i od dwóch lat zawiesiła działalność... mam tylko nadzieję, że będą w stanie wrócić do tych niesamowitych rzeczy które robili. udało im się osiągnąć bardzo wiele, ale wciąż jeszcze jest tyle do zrobienia...
cudownie jest zdać sobie sprawę z tego, że są ludzie, którzy mają ten sam cel, mówią jednym głosem, pomimo, że kompletnie innym językiem. a kiedy się ich poznaje, ma się wrażenie jakby znało się ich juz od dawna! przez chwilę straciłam wiarę w ludzi, więc tym bardziej budujące było odkrycie, że są jednak dobrzy ludzie, którym po prostu bezinteresownie zależy...
szkoda tylko, że to kropla w morzu potrzeb, że wciąż jedak dominuje znieczulica. że tak trudno jest zrobić coś dobrego.
strasznie dużo kosztowało mnie napisanie tej notki, bo nie godzę się na to wszystko... i nie mogę tak po prostu o tym zapomnieć, tłumacząc sobie, że wszystkich kotów i tak nie uratuję. nie chcę zapomnieć!
może ta notka komuś pomoże, może jest więcej ludzi takich jak my. takich, którzy chcieliby adoptować bezdomne stworzonko, ale nie wiedzą jak. każdy uratowany kot czy pies się liczy! to kolejne uratowane życie... a przecież nie można zrobić nic lepszego niż uratować życie!
------------------------------
post ze szczególną dedykacją dla mojego Serduszka, które nie przestaje bić nawet wtedy kiedy ja się już poddaję! dzięki Tobie niemożliwe stało się możliwe!
-------------------------------a teraz bezduszne fakty:
przemieszczanie zwierząt domowych towarzyszących podróżnym z państw trzecich do Polski odbywa się na podstawie przepisów art. 8 rozporządzenia (WE) Nr 998/2003 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 26 maja 2003 r. w sprawie wymogów dotyczących zdrowia zwierząt, stosowanych do przemieszczania zwierząt domowych o charakterze niehandlowym i zmieniającego Dyrektywę Rady 92/65/EWG.
zgodnie z przepisami ww. rozporządzenia, psy, koty i fretki pochodzące z:
państw trzecich wyszczególnionych w Załączniku II Części B, Sekcji 2 oraz w Części C rozporządzenia (WE) Nr 998/2003 Parlamentu Europejskiego i Rady (aktualną listę państw zawiera rozporządzenie Komisji (WE) Nr 425/2005 z dnia 15 marca 2005r. zmieniające rozporządzenie (WE) nr 998/2003 Parlamentu Europejskiego i Rady w odniesieniu do wykazu państw i terytoriów) mogą być przemieszczane na terytorium RP jeżeli:
− zostaną zidentyfikowane za pomocą czytelnego tatuażu z numerem lub mikroczipu zgodnego z wymaganiami normy ISO 11784 lub Aneksu A do normy ISO 11785 (w przypadku, gdy mikroczip nie spełnia wymagań żadnej z ww. norm, właściciel zwierzęcia lub osoba za nie odpowiedzialna w imieniu właściciela, musi zapewnić możliwość odczytania numeru mikroczipu podczas jakiejkolwiek kontroli w czasie przemieszczenia, tzn. musi dysponować czytnikiem).
− zostaną zaszczepione przeciwko wściekliźnie, zgodnie z zaleceniami producenta szczepionki, przy użyciu szczepionki inaktywowanej, zawierającej przynajmniej jedną jednostkę antygenową na dawkę (standard WHO).
− zostaną zaopatrzone w świadectwo zdrowia, którego wzór zawarty jest w Decyzji Komisji z dnia 1 grudnia 2004r. Nr 2004/824/WE ustanawiającej wzorcowe świadectwo zdrowia dla przemieszczania o charakterze niehandlowym psów, kotów i fretek z państw trzecich do Wspólnoty, lub
− paszport, zgodny z wzorem ustalonym Decyzją Komisji 2003/803/WE, w przypadku gdy zwierzę jest przemieszczane z państwa trzeciego wyszczególnionego w Załączniku II, Części B, Sekcji 2 do rozporządzenia Komisji (WE) Nr 425/2005, o ile to państwo trzecie powiadomiło Komisję i inne państwa członkowskie o zamiarze posługiwania się paszportem zamiast świadectwem zdrowia. W chwili obecnej dotyczy to jedynie Republiki San Marino.
państw trzecich niewymienionych w Załączniku II do rozporządzenia (WE) nr 998/2003 Parlamentu Europejskiego i Rady jeżeli:
− zostaną zidentyfikowane za pomocą czytelnego tatuażu z numerem lub mikroczipu zgodnego z wymaganiami normy ISO 11784 lub Aneksu A do normy ISO 11785 (w przypadku, gdy mikroczip nie spełnia wymagań żadnej z ww. norm, właściciel zwierzęcia lub osoba za nie odpowiedzialna w imieniu właściciela, musi zapewnić możliwość odczytania numeru mikroczipu podczas jakiejkolwiek kontroli, tzn. musi dysponować czytnikiem).
− zostaną zaszczepione przeciwko wściekliźnie, zgodnie z zaleceniami producenta szczepionki, przy użyciu szczepionki inaktywowanej, zawierającej przynajmniej jedną jednostkę antygenową na dawkę (standard WHO).
− zostaną poddane badaniu w kierunku efektywności szczepienia przeciwko wściekliźnie.
Badanie próbki krwi w celu określenia miana przeciwciał neutralizujących (badanie efektywności szczepienia przeciwko wściekliźnie) musi zostać wykonane w laboratorium zatwierdzonym na terenie Wspólnoty. Lista laboratoriów zatwierdzonych do przeprowadzania badań w kierunku efektywności szczepienia przeciwko wściekliźnie jest opublikowana w Decyzji Komisji 2004/693/WE z dnia 8 października 2004r. zmieniającej Decyzję 2004/233/WE w odniesieniu do listy laboratoriów zatwierdzonych do badania efektywności szczepienia przeciwko wściekliźnie u niektórych zwierząt mięsożernych. Zgodnie z art. 8 rozporządzenia 998/2003 badanie powinno zostać wykonane po upływie co najmniej 30 dni od daty szczepienia i na trzy miesiące przed przemieszczeniem zwierzęcia.
- zostaną zaopatrzone w świadectwo zdrowia, którego wzór zawarty jest w Decyzji Komisji z dnia 1 grudnia 2004r. Nr 2004/824/WE ustanawiającej wzorcowe świadectwo zdrowia dla przemieszczania o charakterze niehandlowym psów, kotów i fretek z państw trzecich do Wspólnoty.
czwartek, 16 września 2010
dzień w którym nie-mąż powiózł mnie do Pamukkale
przyznaję się bez bicia, że miałam problem z tym miejscem... w Pamukkale byłam już dwa razy i po całkiem przyjemnej inicjacji, dwa lata później zaliczyłam twardy upadek na tyłek... po którym miałam poczucie, że to miejsce przez ludzką głupotę zostało kompletnie zdewastowane i już nigdy nie odzyska dawnego piękna, podziwianego na pocztówkach. zdarzyło mi się nawet odradzać wizytę w tym miejscu...
ale od tej pory wszystkich będę tylko gorąco zachęcać!
Pamukkale w dosłownym tłumaczeniu oznacza bawełniany zamek (pamuk - bawełna, kale - zamek, twierdza). położone jest ok. 18 km od Denizli. miejscowość słynie z trawertynów - osadów wapiennych powstałych w wyniku wytrącania się węglanu wapnia z wypływającej z gorących źródeł, bogatej w związki wapnia i dwutlenek węgla, wody. osad nawarstwia się, tworząc na zboczu góry progi, tarasy, a następnie eliptyczne baseny wody termalnej... nieprzerwanie od 14 tysięcy lat.
chwila dla pasjonatów reakcji chemicznych ;-)
Ca(HCO3)2=CaCO3+H2O+CO2
w II w. p.n.e. ponad trawertynami Pamukkale Rzymianie wznieśli miejscowość, którą nazwali Hierapolis. miasto zostało założone ok. 190 r. p.n.e. przez króla Pergamonu Eumenesa II jako ośrodek leczniczy, który bardzo szybko zyskał w świecie starożytnym miano jednego z lepszych uzdrowisk, a liczni kuracjusze, ciągnący tu ze wschodnich terenów basenu Morza Śródziemnego, przyjeżdżali tysiącami. dzięki temu Hierapolis rozrosło się w zaskakująco krótkim czasie w potężne miasto, które z powodzeniem prosperowało zarówno w czasach rzymskich jak i później, w okresie Bizancjum. na przestrzeni dziejów miasto było kilkakrotnie nawiedzane przez trzęsienia ziemi. to najdotkliwsze z 1354 roku dosłownie zmiotło Hierapolis z powierzchni ziemi, a miasto nigdy się już nie odrodziło.
niestety nie wszyscy kuracjusze znaleźli lekarstwo na swoje bolączki, nie wszyscy uzdrowieni wrócili do domu, spora ich część pożegnała się w tym miejscu ze światem. z tego też względu zaraz przy Hierapolis znajduje się największa nekropolia Anatolii.
w 1988 Hierapolis wraz z Pamukkale zostało wpisane na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. utworzono także Park Narodowy w celu ochrony trawertynów.
w połowie XX wieku bowiem w górnej części zbocza wybudowano hotele (kto wydał na to pozwolenie?), które przyczyniły się do stopniowego wysychania źródeł wody termalnej i postępującej degradacji środowiska. do hoteli prowadziła ponadto droga dojazdowa, która umożliwiała motorom kursowanie w górę i w dół wzgórza. zero troski o konsekwencje tych radosnych poczynań. z momentem wpisania Paukkale na listę UNESCO wszystkie hotele zostały zburzone. w 1997 została zamknięta trasa turystyczna prowadząca przez naturalne tarasy, a w części południowej, w miejscu gdzie kiedyś znajdowała się droga dojazdowa, stworzono sztuczne baseny, na które skierowano ruch turystyczny. wybudowany wzdłuż drogi wąski kanał, którym płynie woda termalna napełniając utworzone sztucznie baseny, umożliwił dokładne przykrycie naturalnym osadem betonowych zapór, tak że nie odróżniają się one praktycznie (no poza dzikimi tłumami turystów tłoczących się na nich) od naturalnych niecek. zawartość wapnia w spływającej wodzie jest tak wysoka, że może pokryć osadem grubości 1 mm powierzchnię około 4,9 km2 rocznie. przepływ wody (ilość i miejsce płynięcia) jest regulowany przez pracowników parku tak, aby równomiernie zasilać naturalne i sztuczne baseny.
tym razem udało się uniknąć katastrofy i mam nadzieję, że będziemy cieszyć nasze oczy widokiem trawertynów o zachodzie słońca jeszcze nie raz! bo takiego Pamukkale nie widzieliśmy jeszcze nigdy!!! nic nie równa się radości swobodnego odkrywania uroków tego miejsca na własną rękę i wpatrywania się w słońce, znikające spokojnie za horyzontem...
'precious and fragile things need special handling'...
----------
źródła:
Wikipedia
Podróże.pl
ale od tej pory wszystkich będę tylko gorąco zachęcać!
Pamukkale w dosłownym tłumaczeniu oznacza bawełniany zamek (pamuk - bawełna, kale - zamek, twierdza). położone jest ok. 18 km od Denizli. miejscowość słynie z trawertynów - osadów wapiennych powstałych w wyniku wytrącania się węglanu wapnia z wypływającej z gorących źródeł, bogatej w związki wapnia i dwutlenek węgla, wody. osad nawarstwia się, tworząc na zboczu góry progi, tarasy, a następnie eliptyczne baseny wody termalnej... nieprzerwanie od 14 tysięcy lat.
chwila dla pasjonatów reakcji chemicznych ;-)
Ca(HCO3)2=CaCO3+H2O+CO2
w II w. p.n.e. ponad trawertynami Pamukkale Rzymianie wznieśli miejscowość, którą nazwali Hierapolis. miasto zostało założone ok. 190 r. p.n.e. przez króla Pergamonu Eumenesa II jako ośrodek leczniczy, który bardzo szybko zyskał w świecie starożytnym miano jednego z lepszych uzdrowisk, a liczni kuracjusze, ciągnący tu ze wschodnich terenów basenu Morza Śródziemnego, przyjeżdżali tysiącami. dzięki temu Hierapolis rozrosło się w zaskakująco krótkim czasie w potężne miasto, które z powodzeniem prosperowało zarówno w czasach rzymskich jak i później, w okresie Bizancjum. na przestrzeni dziejów miasto było kilkakrotnie nawiedzane przez trzęsienia ziemi. to najdotkliwsze z 1354 roku dosłownie zmiotło Hierapolis z powierzchni ziemi, a miasto nigdy się już nie odrodziło.
niestety nie wszyscy kuracjusze znaleźli lekarstwo na swoje bolączki, nie wszyscy uzdrowieni wrócili do domu, spora ich część pożegnała się w tym miejscu ze światem. z tego też względu zaraz przy Hierapolis znajduje się największa nekropolia Anatolii.
w 1988 Hierapolis wraz z Pamukkale zostało wpisane na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. utworzono także Park Narodowy w celu ochrony trawertynów.
w połowie XX wieku bowiem w górnej części zbocza wybudowano hotele (kto wydał na to pozwolenie?), które przyczyniły się do stopniowego wysychania źródeł wody termalnej i postępującej degradacji środowiska. do hoteli prowadziła ponadto droga dojazdowa, która umożliwiała motorom kursowanie w górę i w dół wzgórza. zero troski o konsekwencje tych radosnych poczynań. z momentem wpisania Paukkale na listę UNESCO wszystkie hotele zostały zburzone. w 1997 została zamknięta trasa turystyczna prowadząca przez naturalne tarasy, a w części południowej, w miejscu gdzie kiedyś znajdowała się droga dojazdowa, stworzono sztuczne baseny, na które skierowano ruch turystyczny. wybudowany wzdłuż drogi wąski kanał, którym płynie woda termalna napełniając utworzone sztucznie baseny, umożliwił dokładne przykrycie naturalnym osadem betonowych zapór, tak że nie odróżniają się one praktycznie (no poza dzikimi tłumami turystów tłoczących się na nich) od naturalnych niecek. zawartość wapnia w spływającej wodzie jest tak wysoka, że może pokryć osadem grubości 1 mm powierzchnię około 4,9 km2 rocznie. przepływ wody (ilość i miejsce płynięcia) jest regulowany przez pracowników parku tak, aby równomiernie zasilać naturalne i sztuczne baseny.
tym razem udało się uniknąć katastrofy i mam nadzieję, że będziemy cieszyć nasze oczy widokiem trawertynów o zachodzie słońca jeszcze nie raz! bo takiego Pamukkale nie widzieliśmy jeszcze nigdy!!! nic nie równa się radości swobodnego odkrywania uroków tego miejsca na własną rękę i wpatrywania się w słońce, znikające spokojnie za horyzontem...
'precious and fragile things need special handling'...
----------
źródła:
Wikipedia
Podróże.pl
niedziela, 12 września 2010
wigilia trzynastego...
kiedy to okazało się, że jestem kompletną sierotą. i są na to niestety niezbite dowody!
zaczęło się od tego, że popijając ayran nagle i bezwiednie kubek wypadł mi z ręki, zalewając wszystko dookoła - jakimś cudem mnie samej nie! następnie chciałam zrobić dobry uczynek i wyręczyć nie-męża, który zapomniał pieniędzy. zaoferowałam się więc, że wrócę do pokoju. i po chwili, rozpoczynając swoją podróż, przywaliłam stopą odzianą w japonki w beton, łamiąc przy tym paznokieć u stopy. ała! to powinno mnie powstrzymać od dalszej podróży, lecz nie! poszłam... i... złamałam klucz, a właściwie kartę do prądu! myślałam, że padnę. a to wszystko w czasie krótszym niż godzina! w pierwszej chwili chciałam sobie strzelić w łeb, no bo ile biedny człowiek może znieść... ale potem wpadłam w taki dziki śmiech, że nie mogłam się powstrzymać. dodatkowo myśl o tym, że muszę się przyznać nie-mężowi położyła mnie na łopatki! szłam chichocząc jak mała dziewczynka. a kiedy otworzyłam dłoń, w której ściskałam swój mały skarb, nie-mąż popłakał się... ze szczęścia chyba ;-) a ja mu dzielnie wtórowałam!
a z dobrych wiadomości - wolność odzyskana! samochody z parkingu poznikały, ludzi zdecydowanie mniej, wreszcie da się głęboko odetchnąć! hurra!!! tylko najwyraźniej w powietrzu latają jakieś gazy odurzające, które powodują powyższe zdarzenia... no bo inaczej nie widzę! ;-)
zaczęło się od tego, że popijając ayran nagle i bezwiednie kubek wypadł mi z ręki, zalewając wszystko dookoła - jakimś cudem mnie samej nie! następnie chciałam zrobić dobry uczynek i wyręczyć nie-męża, który zapomniał pieniędzy. zaoferowałam się więc, że wrócę do pokoju. i po chwili, rozpoczynając swoją podróż, przywaliłam stopą odzianą w japonki w beton, łamiąc przy tym paznokieć u stopy. ała! to powinno mnie powstrzymać od dalszej podróży, lecz nie! poszłam... i... złamałam klucz, a właściwie kartę do prądu! myślałam, że padnę. a to wszystko w czasie krótszym niż godzina! w pierwszej chwili chciałam sobie strzelić w łeb, no bo ile biedny człowiek może znieść... ale potem wpadłam w taki dziki śmiech, że nie mogłam się powstrzymać. dodatkowo myśl o tym, że muszę się przyznać nie-mężowi położyła mnie na łopatki! szłam chichocząc jak mała dziewczynka. a kiedy otworzyłam dłoń, w której ściskałam swój mały skarb, nie-mąż popłakał się... ze szczęścia chyba ;-) a ja mu dzielnie wtórowałam!
a z dobrych wiadomości - wolność odzyskana! samochody z parkingu poznikały, ludzi zdecydowanie mniej, wreszcie da się głęboko odetchnąć! hurra!!! tylko najwyraźniej w powietrzu latają jakieś gazy odurzające, które powodują powyższe zdarzenia... no bo inaczej nie widzę! ;-)
sobota, 11 września 2010
gorzki smak słodyczy
no i tak to się właśnie kończy... romantyczna wizja Şeker Bayramı o której pisałam ostatnio ma bowiem swoje drugie oblicze. oblicze dalekie od tego, które chciałabym w tej chwili oglądać! jako nieco doświadczony już turysta swoje wakacje planuję zawsze we wrześniu. tuż po szczycie sezonu, kiedy pogoda wciąż piękna, a morze nagrzane. co prawda dni są już zdecydowanie krótsze, a wieczory chłodniejsze, ale dla mnie najważniejsze, że jest mniej turystów, więcej przestrzeni i spokoju. no i tak było... do czwartku właśnie!
w związku z Şeker Bayramı nasz hotel, jak wszystkie inne znajdujące się na wybrzeżu, przeżywa prawdziwe oblężenie. najazd autochtonów (uwielbiam to słowo ;-). całe rodziny tureckie spakowały manatki i zjechały na krótki (mam taką gorącą nadzieję), trzydniowy wywczas. no i efekt jest taki, że turecki to obecnie najczęściej słyszany przeze mnie język, inne gdzieś giną. i nie miałabym absolutnie nic przeciwko temu, wszak turecki pięknym językiem jest, gdyby nie fakt, że co krok depczę komuś po piętach. parking zapełnił się do granic możliwości samochodami na tureckich rejestracjach - większość przyjechała z Izmiru, Denizli, Bursy ale są też rejestracje stambulskie!!! hotel, który wydawał nam się taki przestronny, kilka basenów, powiększona w tym roku restauracja - wszystko szczelnie zapełnione. tak chyba musi wyglądać szczyt sezonu. i dla mnie to jest kompletna masakra. chcę uciec jak najdalej stąd. daleko od kolejek po mięso, rodem z PRLu, od znikającego w mgnieniu oka jedzenia, od plaży pełnej stłoczonych sardynek i basenów upstrzonych kolorowymi kropkami.
pocieszam się tylko tym, że to trzy dni. i odliczam... została praktycznie niedziela. dam radę! no i mam nadzięję, że dobrze szacuję, bo w innym wypadku zwariuję! najzwyczajniej w świecie! przecież nie po to wybrałam wieś, żeby miasto mnie dopadło. życie to jednak potrafi zaskoczyć ;-)
post scriptum.
okazuje się jednak, że gorycz została pokonana! słodyczami! coś w tym musi być! na kolację zaserwowali nam pyszności nie do opisania, a na deser... oj działo się, działo! sześć rodzajów baklawy, hałwa, lokum, cud miód tłuścioszki, halka tatlisi i inne tureckie specjały, których nie umiem nazwać! a wszystkiego trzeba było przecież spróbować ;-) ufffffff...
w związku z Şeker Bayramı nasz hotel, jak wszystkie inne znajdujące się na wybrzeżu, przeżywa prawdziwe oblężenie. najazd autochtonów (uwielbiam to słowo ;-). całe rodziny tureckie spakowały manatki i zjechały na krótki (mam taką gorącą nadzieję), trzydniowy wywczas. no i efekt jest taki, że turecki to obecnie najczęściej słyszany przeze mnie język, inne gdzieś giną. i nie miałabym absolutnie nic przeciwko temu, wszak turecki pięknym językiem jest, gdyby nie fakt, że co krok depczę komuś po piętach. parking zapełnił się do granic możliwości samochodami na tureckich rejestracjach - większość przyjechała z Izmiru, Denizli, Bursy ale są też rejestracje stambulskie!!! hotel, który wydawał nam się taki przestronny, kilka basenów, powiększona w tym roku restauracja - wszystko szczelnie zapełnione. tak chyba musi wyglądać szczyt sezonu. i dla mnie to jest kompletna masakra. chcę uciec jak najdalej stąd. daleko od kolejek po mięso, rodem z PRLu, od znikającego w mgnieniu oka jedzenia, od plaży pełnej stłoczonych sardynek i basenów upstrzonych kolorowymi kropkami.
pocieszam się tylko tym, że to trzy dni. i odliczam... została praktycznie niedziela. dam radę! no i mam nadzięję, że dobrze szacuję, bo w innym wypadku zwariuję! najzwyczajniej w świecie! przecież nie po to wybrałam wieś, żeby miasto mnie dopadło. życie to jednak potrafi zaskoczyć ;-)
post scriptum.
okazuje się jednak, że gorycz została pokonana! słodyczami! coś w tym musi być! na kolację zaserwowali nam pyszności nie do opisania, a na deser... oj działo się, działo! sześć rodzajów baklawy, hałwa, lokum, cud miód tłuścioszki, halka tatlisi i inne tureckie specjały, których nie umiem nazwać! a wszystkiego trzeba było przecież spróbować ;-) ufffffff...
czwartek, 9 września 2010
Şeker Bayramı
...czyli święto cukierków/ słodyczy, obchodzone w religii muzułmańskiej na zakończenie Ramadanu, okresu 30 dni postu od wschodu do zachodu słońca. Ramadan zależy od faz księżyca i wędruje po kalendarzu, co roku cofając się o ok. 12 dni. tak się złożyło, że w tym roku jego koniec przypada właśnie dziś. i od razu żałuję, że nie jesteśmy w Stambule, w którym na wielką skalę widać jego obchody. kiedy zobaczyłam zdjęcie pięknie oświetlonego Błękitnego Meczetu, ozdobionego tradycyjnymi życzeniami świątecznymi Sevelim Sevilelim (kochajmy, bądźmy kochanymi), w jednej minucie chciałam się znaleźć na Sultanahmet. usiąść na ławeczce, wypić herbatę i patrzeć przed siebie, chłonąc łapczywie to co dzieje się wokół mnie. codzienność, odświętność, tłumy czy pustkę, wszystko jedno, byle tam! Stambuł ma tak niesamowitą energię, która przyciąga mnie za każdym razem, kiedy tylko znajdę jakąś małą wzmiankę na jego temat.
post w Ramadanie oznacza, że po wschodzie słońca nie można nic jeść. co więcej nie można też pić! i nie chodzi tutaj jedynie o alkohol. nie pije się nawet wody. oczywiście osoby starsze, chore, kobiety w ciąży oraz dzieci są zwolnione z tych zakazów. podobnie jak nasz post, Ramadan ma na celu oczyszczenie, skupienie się na modlitwie, zwrócenie ku Bogu, to czas zadumy i wyciszenia. jest oczywiście znacznie bardziej restrykcyjny, trwa dłużej i wymaga większych wyrzeczeń. z upływem czasu jest też coraz mniej przestrzegany (chociaż zdecydowanie bardziej niż u nas). i temu akurat trudno się dziwić, skoro w tym roku przypadał w sierpniu, kiedy dni są długie i gorące. dla Turcji żyjącej w dużej mierze z turystyki to dodatkowo jeden z najbardziej pracowitych miesięcy w roku. więc jak tu nie pić? skąd brać energię na cały dzień? skoro przeciętny leniwy turysta, którego reprezentuję własną osobą, spędzający pół dnia na leżaku i moczący się w wodzie, zjada trzy posiłki dziennie!
jest jednak wciąż duża grupa ludzi, którzy przestrzegają pełnego postu oraz kolejna, która stara się jak może, podgryzając jedynie co nieco w ciągu dnia lub popijając jedynie wodę. a widać to szczególnie po zachodzie słońca, kiedy wszystkim zaczyna dopisywać humor, stają się bardziej rozmowni, żartują i spieszą się, żeby jak najszybciej zasiąść do wspólnej kolacji. w miastach zaczyna się wzmożony ruch na ulicach, zamykane są sklepy, a w małych knajpkach czasem trzeba poczekać chwilę na swoje danie, aż gospodarz zaspokoi pierwszy głód.
wracając do samego Şeker Bayramı... jest to trzydniowe święto narodowe, które z mojego punktu widzenia jest połączeniem gwiazdki, naszego święta zmarłych i Halloween. w tym czasie szkoły i urzędy państwowe są zamknięte, a ludzie odwiedzają się wzajemnie i życzą sobie Bayramınız kutlu olsun czyli szczęśliwych świąt. to moment, kiedy więcej czasu poświęca się na modlitwę, ubiera się odświętnie, często w rzeczy kupione specjalnie na tę okazję, odwiedza swoich najbliższych - rodzinny, znajomych i sąsiadów, ale również tych, którzy już odeszli, stąd skojarzenie ze świętem zmarłych, bo ogólnie w Turcji nie ma tradycji odwiedzania grobów. z tej okazji przy cmentarzach powstają wielkie trzydniowe bazary z kwiatami, wodą do podlewania roślin oraz modlitewnikami. w czsie Şeker Bayramı oddaje się również szczególny szcunek starszym poprzez ucałowanie ich prawej dłoni i przyłożenie jej do swojego czola podczas składania życzeń. przyjęło się również, że dzieci chodzą po okolicy, pukając do drzwi sąsiadów i składając im życzenia w zamian za słodycze - od tego nazwa święta. niestety teraz coraz częściej zamiast słodyczy dzieci dostają pieniądze... i nawet ci, którzy starają się tradycję cukierkową podtrzymać mają trudne zadanie, bo ciężko cukierkiem konkurować z pieniędzmi... dzieci nie czekają już z przejęciem na następny dzień, kiedy dostaną masę słodyczy, tak samo jak nie czekają na Mikołaja... i cały czar pryska... niestety nastały czasy zupełnie odległe od romantyzmu...
urzędy miejskie organizują zbiórki funduszy dla biednych przy okazji eventów takich jak koncerty, performance czy teatr cieni. dodatkowo przez te trzy dni bilety wstępu do wybranych muzeów są bezpłatne lub tańsze, a transport publiczny w Stambule darmowy. zakres zniżek leży w gestii gminy i jej wewnętrznych ustaleń.
w święto słodyczy trzeba było koniecznie zrobić nieco miejsca w brzuszku, a jeszcze lepiej spalić kilka kalorii, żeby potem nie dręczyły wyrzuty sumienia... i tutaj z pomocą przyszedł aqua aerobic, na którym ubawiłam się przednio, gdyż instruktor, poliglota, to wielce zabawny człowiek. a aerobik z nim był przyjemny niczym ten w wydaniu Harolda ;-)
i mogę powiedzieć tylko, że się opłaciło, bo na kolację, oprócz odświętnego wystroju, zaserwowali tłuścioszki!!! moje ukochane tłuścioszki, które odkryłam w Stambule! Halka Tatlısı. trochę w innej formie, bardziej przypominały pączuszki z dziurką, ale ten sam słodki smak syropu, chrupiąca skórka i miękki środek. a wszystko smażone w przepastnym tłuszczu... mniam! nie-mąż oczywiście wybrzydzał, że stambulskie lepsze itd... ale dla mnie to było idealne zakończenie święta słodyczy! niebo na przygębku!!!
http://en.wikipedia.org/wiki/Eid_ul-Fitr
post w Ramadanie oznacza, że po wschodzie słońca nie można nic jeść. co więcej nie można też pić! i nie chodzi tutaj jedynie o alkohol. nie pije się nawet wody. oczywiście osoby starsze, chore, kobiety w ciąży oraz dzieci są zwolnione z tych zakazów. podobnie jak nasz post, Ramadan ma na celu oczyszczenie, skupienie się na modlitwie, zwrócenie ku Bogu, to czas zadumy i wyciszenia. jest oczywiście znacznie bardziej restrykcyjny, trwa dłużej i wymaga większych wyrzeczeń. z upływem czasu jest też coraz mniej przestrzegany (chociaż zdecydowanie bardziej niż u nas). i temu akurat trudno się dziwić, skoro w tym roku przypadał w sierpniu, kiedy dni są długie i gorące. dla Turcji żyjącej w dużej mierze z turystyki to dodatkowo jeden z najbardziej pracowitych miesięcy w roku. więc jak tu nie pić? skąd brać energię na cały dzień? skoro przeciętny leniwy turysta, którego reprezentuję własną osobą, spędzający pół dnia na leżaku i moczący się w wodzie, zjada trzy posiłki dziennie!
jest jednak wciąż duża grupa ludzi, którzy przestrzegają pełnego postu oraz kolejna, która stara się jak może, podgryzając jedynie co nieco w ciągu dnia lub popijając jedynie wodę. a widać to szczególnie po zachodzie słońca, kiedy wszystkim zaczyna dopisywać humor, stają się bardziej rozmowni, żartują i spieszą się, żeby jak najszybciej zasiąść do wspólnej kolacji. w miastach zaczyna się wzmożony ruch na ulicach, zamykane są sklepy, a w małych knajpkach czasem trzeba poczekać chwilę na swoje danie, aż gospodarz zaspokoi pierwszy głód.
wracając do samego Şeker Bayramı... jest to trzydniowe święto narodowe, które z mojego punktu widzenia jest połączeniem gwiazdki, naszego święta zmarłych i Halloween. w tym czasie szkoły i urzędy państwowe są zamknięte, a ludzie odwiedzają się wzajemnie i życzą sobie Bayramınız kutlu olsun czyli szczęśliwych świąt. to moment, kiedy więcej czasu poświęca się na modlitwę, ubiera się odświętnie, często w rzeczy kupione specjalnie na tę okazję, odwiedza swoich najbliższych - rodzinny, znajomych i sąsiadów, ale również tych, którzy już odeszli, stąd skojarzenie ze świętem zmarłych, bo ogólnie w Turcji nie ma tradycji odwiedzania grobów. z tej okazji przy cmentarzach powstają wielkie trzydniowe bazary z kwiatami, wodą do podlewania roślin oraz modlitewnikami. w czsie Şeker Bayramı oddaje się również szczególny szcunek starszym poprzez ucałowanie ich prawej dłoni i przyłożenie jej do swojego czola podczas składania życzeń. przyjęło się również, że dzieci chodzą po okolicy, pukając do drzwi sąsiadów i składając im życzenia w zamian za słodycze - od tego nazwa święta. niestety teraz coraz częściej zamiast słodyczy dzieci dostają pieniądze... i nawet ci, którzy starają się tradycję cukierkową podtrzymać mają trudne zadanie, bo ciężko cukierkiem konkurować z pieniędzmi... dzieci nie czekają już z przejęciem na następny dzień, kiedy dostaną masę słodyczy, tak samo jak nie czekają na Mikołaja... i cały czar pryska... niestety nastały czasy zupełnie odległe od romantyzmu...
urzędy miejskie organizują zbiórki funduszy dla biednych przy okazji eventów takich jak koncerty, performance czy teatr cieni. dodatkowo przez te trzy dni bilety wstępu do wybranych muzeów są bezpłatne lub tańsze, a transport publiczny w Stambule darmowy. zakres zniżek leży w gestii gminy i jej wewnętrznych ustaleń.
w święto słodyczy trzeba było koniecznie zrobić nieco miejsca w brzuszku, a jeszcze lepiej spalić kilka kalorii, żeby potem nie dręczyły wyrzuty sumienia... i tutaj z pomocą przyszedł aqua aerobic, na którym ubawiłam się przednio, gdyż instruktor, poliglota, to wielce zabawny człowiek. a aerobik z nim był przyjemny niczym ten w wydaniu Harolda ;-)
i mogę powiedzieć tylko, że się opłaciło, bo na kolację, oprócz odświętnego wystroju, zaserwowali tłuścioszki!!! moje ukochane tłuścioszki, które odkryłam w Stambule! Halka Tatlısı. trochę w innej formie, bardziej przypominały pączuszki z dziurką, ale ten sam słodki smak syropu, chrupiąca skórka i miękki środek. a wszystko smażone w przepastnym tłuszczu... mniam! nie-mąż oczywiście wybrzydzał, że stambulskie lepsze itd... ale dla mnie to było idealne zakończenie święta słodyczy! niebo na przygębku!!!
poniedziałek, 6 września 2010
dwa razy do tej samej rzeki...
...wejść nie można. przysłowie ludowe nadzwyczaj aktualne, którym dostałam dobitnie po głowie.
przyjechaliśmy na urlop na turecką wieś, tą samą co w zeszłym roku. uwiedzeni myślą o błogim nieróbstwie, wylegiwaniu się na pomoście i czytaniu, czytaniu, czytaniu. powroty do tych samych miejsc, jak się okazuje, są obarczone bardzo dużym ryzykiem. co więcej ryzykiem nieuświadomionym. bo przecież spodziewam się zastać pewne rzeczy w formie niezmienionej, tej samej o której myślałam tęsknie przez cały rok, nastawiam się na konkretne czynności... a po przyjeździe odkrywam, że nagle, w nieznanych okolicznościach mój przedmiot pożądania, drewniany pomost z przepastnymi poduchami... zniknął!
stoję, więc, nad brzegiem morza w milczącym towarzystwie rozczarowania, które z szybkością błyskawicy pojawiło się dosłownie znikąd, przecierając oczy z niedowierzania. chociaż skłamałabym gdybym powiedziała, że w swoich pesymistycznych skłonnościach nie kiełkowało we mnie ziarenko niepewności, co do losów pomostu. tylko, że w momencie konfrontacji i wizji lokalnej, w jednej sekundzie ziarenko rozrosło się do rozmiarów baobabu. odbierając wszystkie złudzenia. cóż zrobić?
i w tamtym krótkim momencie pomyślałam sobie, że życie się zmienia, świat się zmienia i to, że akurat w danym miejscu nas nie ma, nie znaczy, że te zmiany się nie wydarzą. taka oczywista sprawa, o której bardzo łatwo zapomnieć. jeśli coś jest fajne to chcemy, żeby to trwało w niezmienionej formie, czekając na nas z otwartymi ramionami. cóż za naiwność. i chyba ta konkluzja pozwoliła mi się szybko otrząsnąć. so what? to w końcu pierwszy dzień moich wakacji, które będą wyglądały po prostu nieco inaczej niż myślałam, że będą ;-) i tego się trzymam, ale moja rada - jeśli coś było wyjątkowe, zachowajcie to głęboko w pamięci, nie szukajcie powtórek... bo nic dwa razy... to samo miejsce nigdy nie jest tym samym miejscem i trzeba o tym dobrze pamiętać wracając. może być za to równie pięknym miejscem, pod warunkiem, że przestaniemy je porównywać, a zaczniemy odkrywać na nowo.
nasz hotel rozrósł się i zmodernizował, ale na szczęście poza sezonem nadal nie "czuć" tłumów i to jest najważniejsze. niestety wraz ze zniknięciem pomostu, zniknęły też wszędobylskie koty. widziałam chyba zaledwie cztery. nie przychodzą na dokarmianie na stołówkę i jakoś tak pusto się zrobiło. to jest druga, i chyba ostatnia, najbardziej doskwierająca zmiana. nie wiem co się z nimi stało? może przeniosły się gdzieś indziej w poszukiwaniu jedzenia w zimę, kiedy hotel jest zamknięty?
komercjalizacja wymaga poświęceń. dlatego jej nie znoszę, ale wiem, że to jedyna droga, żeby dotrzymać kroku konkurencji.
a wieczorem patrzyłam w czarną przestrzeń. na niewidzialny horyzont, gdzie morze łączy się z niebem. nicość, z której co jakiś czas wyłaniają się pojedyncze, białe grzywy fal. słuchałam ich szumu, szeptu, którym opowiadają swoje tajemnice.i myślałam o tym jak splatają się ludzkie losy, o tym jak blisko jesteśmy, w tym wielogwiazdkowym hotelu, ludzi którzy w tym morzu walczą o życie. nielegalni emigranci z Afryki, którym udało się przedostać do Turcji, kolejnego etapu ich ucieczki. chcą się przedostać do Unii, ale granice są szczelnie strzeżone, dlatego przyjeżdżają tutaj, na wybrzeże egejskie, blisko wysp greckich. z naszego hotelu widać szczyty gór jednej z nich - Samos. nocą taką jak ta dzisiejsza wyruszają z ukrycia na małych pontonach w niezwykle niebezpieczną podróż na otwarte morze, często pod ostrzałem służb granicznych. w walce o lepsze życie, na które mają nadzieję w UE, ryzykują wszystko co mają. dla wielu z nich jest to niestety ostatnia podróż. w czasie przypływu szczątki pontonów i ubrań jeszcze przed świtem są usuwane przez służby hotelowe, żeby nie narażać bogatych turystów na drastyczne widoki. ciekawa jestem ile osób odpoczywających na wybrzeżu egejskim ma tego świadomość...
ta notka wyszła jakaś mocno pesymistyczna jak na początek wakacji! zupełnie nie wiem czemu, może przez zmęczenie? ale oprócz tych wielce poważnych rozmyślań, trafiły się też pozytywne - doszłam do wniosku, że bardzo potrzebuję takiego czasu, kiedy mogę pobyć myślami sama ze sobą, nie spieszyć się, oczyścić głowę ze wszystkich codziennych myśli i odpłynąć na bliżej nieznane terytoria. normalnie nie mam na to absolutnie czasu. fajnie jest śmiać się z głupot i spędzać czas z nie-mężem, obżerać się (jak na razie w sposób kontrolowany) tureckimi smakołykami, wieczorami oglądać South Park i popijać rodzimy, rozgrzewający trunek w kolorze bursztynowym - rzecz jasna na florę ;-)
przyjechaliśmy na urlop na turecką wieś, tą samą co w zeszłym roku. uwiedzeni myślą o błogim nieróbstwie, wylegiwaniu się na pomoście i czytaniu, czytaniu, czytaniu. powroty do tych samych miejsc, jak się okazuje, są obarczone bardzo dużym ryzykiem. co więcej ryzykiem nieuświadomionym. bo przecież spodziewam się zastać pewne rzeczy w formie niezmienionej, tej samej o której myślałam tęsknie przez cały rok, nastawiam się na konkretne czynności... a po przyjeździe odkrywam, że nagle, w nieznanych okolicznościach mój przedmiot pożądania, drewniany pomost z przepastnymi poduchami... zniknął!
stoję, więc, nad brzegiem morza w milczącym towarzystwie rozczarowania, które z szybkością błyskawicy pojawiło się dosłownie znikąd, przecierając oczy z niedowierzania. chociaż skłamałabym gdybym powiedziała, że w swoich pesymistycznych skłonnościach nie kiełkowało we mnie ziarenko niepewności, co do losów pomostu. tylko, że w momencie konfrontacji i wizji lokalnej, w jednej sekundzie ziarenko rozrosło się do rozmiarów baobabu. odbierając wszystkie złudzenia. cóż zrobić?
i w tamtym krótkim momencie pomyślałam sobie, że życie się zmienia, świat się zmienia i to, że akurat w danym miejscu nas nie ma, nie znaczy, że te zmiany się nie wydarzą. taka oczywista sprawa, o której bardzo łatwo zapomnieć. jeśli coś jest fajne to chcemy, żeby to trwało w niezmienionej formie, czekając na nas z otwartymi ramionami. cóż za naiwność. i chyba ta konkluzja pozwoliła mi się szybko otrząsnąć. so what? to w końcu pierwszy dzień moich wakacji, które będą wyglądały po prostu nieco inaczej niż myślałam, że będą ;-) i tego się trzymam, ale moja rada - jeśli coś było wyjątkowe, zachowajcie to głęboko w pamięci, nie szukajcie powtórek... bo nic dwa razy... to samo miejsce nigdy nie jest tym samym miejscem i trzeba o tym dobrze pamiętać wracając. może być za to równie pięknym miejscem, pod warunkiem, że przestaniemy je porównywać, a zaczniemy odkrywać na nowo.
nasz hotel rozrósł się i zmodernizował, ale na szczęście poza sezonem nadal nie "czuć" tłumów i to jest najważniejsze. niestety wraz ze zniknięciem pomostu, zniknęły też wszędobylskie koty. widziałam chyba zaledwie cztery. nie przychodzą na dokarmianie na stołówkę i jakoś tak pusto się zrobiło. to jest druga, i chyba ostatnia, najbardziej doskwierająca zmiana. nie wiem co się z nimi stało? może przeniosły się gdzieś indziej w poszukiwaniu jedzenia w zimę, kiedy hotel jest zamknięty?
komercjalizacja wymaga poświęceń. dlatego jej nie znoszę, ale wiem, że to jedyna droga, żeby dotrzymać kroku konkurencji.
a wieczorem patrzyłam w czarną przestrzeń. na niewidzialny horyzont, gdzie morze łączy się z niebem. nicość, z której co jakiś czas wyłaniają się pojedyncze, białe grzywy fal. słuchałam ich szumu, szeptu, którym opowiadają swoje tajemnice.i myślałam o tym jak splatają się ludzkie losy, o tym jak blisko jesteśmy, w tym wielogwiazdkowym hotelu, ludzi którzy w tym morzu walczą o życie. nielegalni emigranci z Afryki, którym udało się przedostać do Turcji, kolejnego etapu ich ucieczki. chcą się przedostać do Unii, ale granice są szczelnie strzeżone, dlatego przyjeżdżają tutaj, na wybrzeże egejskie, blisko wysp greckich. z naszego hotelu widać szczyty gór jednej z nich - Samos. nocą taką jak ta dzisiejsza wyruszają z ukrycia na małych pontonach w niezwykle niebezpieczną podróż na otwarte morze, często pod ostrzałem służb granicznych. w walce o lepsze życie, na które mają nadzieję w UE, ryzykują wszystko co mają. dla wielu z nich jest to niestety ostatnia podróż. w czasie przypływu szczątki pontonów i ubrań jeszcze przed świtem są usuwane przez służby hotelowe, żeby nie narażać bogatych turystów na drastyczne widoki. ciekawa jestem ile osób odpoczywających na wybrzeżu egejskim ma tego świadomość...
ta notka wyszła jakaś mocno pesymistyczna jak na początek wakacji! zupełnie nie wiem czemu, może przez zmęczenie? ale oprócz tych wielce poważnych rozmyślań, trafiły się też pozytywne - doszłam do wniosku, że bardzo potrzebuję takiego czasu, kiedy mogę pobyć myślami sama ze sobą, nie spieszyć się, oczyścić głowę ze wszystkich codziennych myśli i odpłynąć na bliżej nieznane terytoria. normalnie nie mam na to absolutnie czasu. fajnie jest śmiać się z głupot i spędzać czas z nie-mężem, obżerać się (jak na razie w sposób kontrolowany) tureckimi smakołykami, wieczorami oglądać South Park i popijać rodzimy, rozgrzewający trunek w kolorze bursztynowym - rzecz jasna na florę ;-)
środa, 1 września 2010
harold is back!!!
hurrraaa... wielki powrót po urlopie. i to z przytupem ;-)
a mój urlop już za 5 okrągłych, tłuściutkich dni!!! :-) i będę robić NIC. wielkie NIC. muszę sobie odbić za obecne wariactwo...
a mój urlop już za 5 okrągłych, tłuściutkich dni!!! :-) i będę robić NIC. wielkie NIC. muszę sobie odbić za obecne wariactwo...
piątek, 27 sierpnia 2010
my name is Borewicz, porucznik Borewicz ;-)
wczoraj zupełnie przypadkowo upolowałam w tv 07 zgłoś się. po wstępnej salwie śmiechu spowodowanej samą myślą o poruczniku Borewiczu, pierwszym macho PRLu, zostałam kompletnie zauroczona. rok 81. kolory nieco spłowiałe. Hotel Victoria, Pollena, studia TVP, polonez w kolorze kości słoniowej... same smaczki. do tego macho z problemami, problemy z kobietami, kobiety z czerwonymi paznokciami i sztucznymi rzęsami.
blichtr i przepych. cała Polska musiała mu zazdrościć tych kobiet. a on wrażliwiec taki w głębi duszy... muchy by nie skrzywdził. introwertyk jeden.
doszłam do wniosku, że ja chyba nigdy nie oglądałam 07 zgłoś się bez dubbingu z offu na youtubie. wszak rok produkcji taki, że jeszcze dziecięciem byłam, a nawet mnie nie było. a Borewicz już rządził ;-) muszę koniecznie poznać dalsze jego losy!!!
i niech się Bond normalnie schowa ;-)
Sławek Rulez!!!
blichtr i przepych. cała Polska musiała mu zazdrościć tych kobiet. a on wrażliwiec taki w głębi duszy... muchy by nie skrzywdził. introwertyk jeden.
doszłam do wniosku, że ja chyba nigdy nie oglądałam 07 zgłoś się bez dubbingu z offu na youtubie. wszak rok produkcji taki, że jeszcze dziecięciem byłam, a nawet mnie nie było. a Borewicz już rządził ;-) muszę koniecznie poznać dalsze jego losy!!!
i niech się Bond normalnie schowa ;-)
Sławek Rulez!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































