piątek, 30 kwietnia 2010

na miejscu

spakowana.
wyleciana.
przyleciana.
zaspana, śpiąca królewienka.

tak w skrócie można by streścić ostatnie dwa dni. dwa, bo również początek dzisiejszego. po śniadaniu nastąpiła bowiem drzemka w moim wykonaniu, która do krótkich raczej nie należała. nie-mąż zniósł ją dzielnie, przeznaczywszy darowany znienacka czas na romans z komputerem. nie były to jednak strony dla dorosłych lecz powtórka z języka tubylczego. ha! takiego mam chłopa, więc spać mogę spokojnie ;-)

obudziłam się o 13:10 wraz z kolejnym tego dnia nawoływaniem muezina. muszę przyznać, że to bardzo miła pobudka. przeżycie niczym duchowe ;-) nie zdążyłam się nawet przeciągnąć, a już wychodziliśmy. no grubo przesadziłam, ale prawda jest taka, że słońce pięknie świeciło i postanowiliśmy nie tracić już ani chwili. zrobiliśmy więc wszystko co zrobić mogliśmy i wyruszyliśmy bez celu.



i tutaj dochodzę do miejsca, które ma znaczenie kluczowe na tym wyjeździe, a mianowicie, włóczenie się bez celu właśnie! w zeszłym roku mieliśmy bardzo napięte plany i chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej. tym razem chciałabym poczuć jak najwięcej. a ponieważ główne atrakcje turystyczne już widzieliśmy to możemy bezboleśnie i niespiesznie krążyć małymi, malowniczymi uliczkami. przystawać, zaglądać i nasłuchiwać. po drodze spotkaliśmy zgraję dzieciaków znudzonych najwyraźniej swoim własnym towarzystwem, pragnących odmiany ;-) znajomość rozwijała się na początku nieśmiało i niepewnie. widząc nasze zainteresowanie swoimi wygłupami zaczęły pozować do zdjęć i powolutku się rozkręcać, trajkocząc bez przerwy w miejscowym dialekcie, którego nie-mąż, pomimo usilnych starań, nie posiadł należycie. finisz był taki, że z radością przejęły w posiadanie nasze aparaty, poprzestawiały wszystkie pokrętła i postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce. tłukły się przy tym i darły nieprzytomnie. w efekcie tego spotkania mamy całe serie zdjęć abstrakcyjnych o tematyce przedziwnej. co autor miał na myśli... nie wie chyba nawet sam autor...



doszliśmy nad Bosfor, na długi deptak wzdłuż morza i rozkoszowaliśmy się smakiem simit'a z najlepszą na świecie herbatą turecką. a czas sobie po prostu płynął. wszystko wokół nas było w niesamowitej harmonii. ludzie wygrzewający się na skałach nad brzegiem morza, rodziny na pikniku, siedzące nieco dalej na trawie, wszędobylskie koty, łaszące się do stóp i zapełniające Gajko-pustkę. kolorowe baloniki dyndające na wietrze, służące niestety do zestrzelenia, chociaż może i stety, wszak lepiej wiatrówką zamiast w bliźniego, w balonik celować. sprzedawcy wody, herbaty, owoców, simit'ów - wszystko na wyciągnięcie ręki. nad brzegiem morza można zrobić sobie prawdziwą ucztę z gorącą herbatą. i nawet jeśli tą ucztą jest jeden sezamowy simit to uwierzcie - to najlepsza rzecz jaką można sobie tam wymarzyć. ruszyliśmy dalej, w stronę złotego rogu. i dopiero wtedy poczuliśmy prawdziwą siłę wiatru. z uroczego, ciepłego dnia zrobiła się niemal wichura. sam fakt, że akurat szliśmy pod wiatr też nie pomagał...




Błękitny Meczet od strony morza Marmara

zahaczyliśmy o Sirkeci Garı, stację końcową Orient Express'u, na której - co strasznie mnie zszokowało - panował miły spokój. taka enklawa w samym środku gwarnego, przeludnionego, zabieganego i targanego morskimi wiatrami miasta. cisza, ład i porządek, zieleń, błyszczące pociągi, kasjerzy w gustownych krawatach i granatowych garniturach, absolutnie nieporównywalnych z uniformami polskich konduktorów, rodem z PRL. Od razu czuć, że kolej w Turcji ma klasę. aż chce się zapłakać na myśl o rodzimym PKP.



w końcu znaleźliśmy się na Eminönü. w tak dobrze nam znanym miejscu, u podnóża majestatycznego Yeni Cami, pięknie oświetlonego schodzącym już nieco, ku zachodowi, słońcem. cieplej nie było, ale widok wieży i mostu Galata trochę rozgrzał od środka. wygłodniałych, wiodła nas tutaj też jedna myśl - balık ekmek, czyli najwspanialsza na świecie kanapka z rybą. nad samym brzegiem Bosforu. i tym razem kanapka była perfekcyjna - ryba nie miała 1 ość (trochę się obawiałam, że tak jak w zeszłym roku, będę musiała się zamienić w maszynkę do mielenia mięsa wraz z ośćmi i to w taki wyszukany sposób, żeby nie utracić smaku i radości z pałaszowania kanapki), była rozkosznie delikatna, świeżutka, a warzywka, po usunięciu nadmiaru cebuli oczywiście, stanowiły idealne dopełnienie. dostaliśmy nawet chusteczkę odświeżającą, więc full profi!!!




wydawało mi się, ze szliśmy i szliśmy, a pokonaliśmy zaledwie 8 kilometrów, czyli standardową trasę kijkową. surprise, surprise... w nowym miejscu człowiek ma wrażenie, że już tyyyyle widział, więc na pewno tyyyle przeszedł.

a po powrocie do hotelu, czytając wysokie obcasy, odkryłam Pilcha. tak, ja wiem że to może zabrzmieć dziwnie, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - nigdy go nie czytałam. i nie wiem jak to się stać mogło, wszak jego ironia jest mi niezwykle bliska. tak wiec na obczyźnie dokonałam narodowego odkrycia. i czytać muszę. a ponieważ w samolocie skończyłam Murakamiego, to zakup Pilcha będzie pierwszą czynnością po powrocie. hmmm... albo jeszcze przed ;-)

środa, 28 kwietnia 2010

kociaście

żeby zająć myśli i uciszyć nerwy postanowiłam wysilić umysł i przypomnieć sobie wszystkie określenia jakimi czule zwracamy się do Gajki :-) tak ku pamięci.


zestaw z czasów hodowli
grucha, gajowy, chińczyk, filemon, Alfredo.

wariacje imienne
Gaja, Gajka, Gajut, Gajutek, Gajek, Gaj, Gajanna, Gajanka, Gajski.

czuły zestaw codzienny
kota, szczur, myszka, mysza, pluszaczek, pluszak, pluszka, Plusza Pluszyńska, rzeżuszka, kluska, wędlinka, wariat, maluch, cwaniak, cygan, gryzoń, sfinksik, kocurra, rusałka, laska niebieska oraz Myszkin.

normalnie od samego czytania aż głowa boli. jeden mały kot a tyle ma imion. nie wiem jak ona jeszcze nie zwariowała ;-)


chociaż po chwili namysłu stwierdzam, że trochę może jednak ;-)

wtorek, 27 kwietnia 2010

reisefieber

out of control. całkowicie. dopadło mnie jeszcze przedziwne i dobijające uczucie, że na pewno czegoś zapomnę. chociaż miałam chwilę trzeźwo-myślenia kiedy to powtarzałam sobie. spoko, spoko, jakoś to będzie. ale szybko ten stan błogosławiony uleciał.

od kiedy mamy Gajkę wyjazdy stały się znacznie trudniejsze. i to nawet nie chodzi o to, że nie ma jej z kim zostawić. wiadomo jest to problem, ale na szczęście Bro jak na razie wyraża szczere chęci spędzenia z nią trochę więcej czasu. no z nią i... Wii. przyznajmy szczerze ;-)

podsumowując, wiem, że mała zostaje w dobrych rękach. ale ponieważ jestem chyba psychicznie niezrównoważona to i tak się stresuję i wymyślam jakieś czarne scenariusze. i to normalne nie jest. męczy mnie i mam tego serdecznie dosyć. bo jak tak dalej pójdzie to zero radochy z wyjazdu! nie, nie, nie!!!

mam focha. strzelam focha samej sobie... ciekawe.


teraz się skup dziewczyno i myśl tylko o tym! spokój, przyjemność, wakacje, woda, łódka, łupina orzecha, pan maluśkiewicz, WIELORYB.

myśli destrukcyjne. łańcuch katastroficzny. kurs kreatywnego myśłenia strasznie mi się dziś przydał. nie ma co...

czwartek, 22 kwietnia 2010

lżej i zdrowiej

czytam. czytam Murakamiego. wchodzi mi jak woda. w tej książce opowiada bezpośrednio o sobie, swoich doświadczeniach. to on jest bohaterem. nie ktoś inny, komu nadał swoje cechy. teoretycznie wszystko kręci się wokół opowieści o bieganiu, ale tak naprawdę przemyca mnóstwo informacji o swoim życiu. buduje postać i jej przeszłość - dokładnie tak jak robi to na początku każdej książki ze swoimi bohaterami. i robi to z wrodzonym wdziękiem ;-) tyle tylko że tym razem szkicuje swój własny portret. nie przytłacza faktami. raczej pozwala je po kolei odkrywać.

jestem zafascynowana już nie tylko jego powieściami i stylem pisania, ale jego filozofią życiową. i odwagą. nie o samo bieganie mi oczywiście chodzi, chociaż to też robi wrażenie. ale o podejście do życia, konsekwencję i pasję.


jego powieści są zabawne i nieco filozoficzne. niezwykle oddziałuja na moją wyobraźnię. zawsze pojawia się w nich kot. i zawsze jest coś tajemniczego, co wykracza poza percepcję przeciętnego człowieka. może dzięki temu tak hipnotyzują? 


uwielbiam jego książki, ale miałam naprawdę dłuugą przerwę. w sumie przerwę ogólnie, w czytaniu. ostatnio tylko teksty związane z zajęciami i książki o fotografii. inne kupowałam i z wdziękiem odkładałam na półkę, na później. jakaś niemoc straszna. i jak o tym pomyśłę to czuję się jak analfabeta. w międzyczasie próbowałam słuchać audiobooka - ale to nie jest chyba moja ulubiona forma "czytania". wszystko wokół mnie rozprasza i czasem, kiedy jestem zmęczona, za daleko odbiegam myślami. uwielbiam tradycyjne czytanie, lubię dotyk papieru, czarne litery, które znacznie bardziej potrafią wryć się w moją pamieć niż zasłyszany potok słów. jedyny kłopot to ciężar, jaki trzeba ze sobą nosić...
za to moi panowie rozkochali się w audiobookach i chwała im za to. ja jestem najwyraźniej z innej bajki ;-)

ta konkretna książka chyba sama mnie wybrała. pojawiła się kiedyś przed moimi oczami. wtedy, kiedy sama myśłałam o zmianie trybu życia. nie dokładnie o bieganiu, ale o czymś co sprawi że przestanę być ospała i wiecznie zmęczona.
chyba coś drgnęło na szczęście. wstaję o 6 bez uczucia kompletnego zaspania. nie włączam drzemek - które były zabójcze, nic nie dawały, a przedłużały tylko męki i cierpienie. codzinenne brzuszki, niedzielne 8 kilometrowe kijki, które wypadałoby dziś powtórzyć, ale zważywszy że śnieg za oknem, to sama nie wiem ;-)
wreszcie lżejsze jedzenie - w granicach rozsądku. oczywiście najpierw odważnie planowałam dietę Dukana, żeby zrzucić 3 kg, ale za bardzo lubię delektować się smakiem. i nie mogłabym znieść tego, że pewne rzeczy byłyby zakazane. wykorzystuję jednak pewne jej elementy. i chociaż z chleba nie byłam w stanie zrezygnować to staram się go ograniczać. wybieram ciemne pieczywo z ziarnami, warzywa (wreszcie otworzyli nasz kramik po drugiej stronie ulicy, gdzie królują pomidory malinowe, o smaku jaki pamietam z dzieciństwa, kiedy rwałam pomidory, sadzone przez dziadka pod folią, prosto z krzaka), kiełki, jajka, ryby, nietłuste mięso, no i wyeliminowałam ser żółty (to się w sumie stało samoistnie). no i oczywiście słodycze, za którymi nie przepadam, a które czasem jadłam po prostu towarzysko, a nie z potrzeby. całkowicie bez sensu. nie mam też parcia, że koniecznie muszę schudnąć. mój BMI jest w sam raz. chcę się po prostu lepiej czuć. no i fałda mogłaby z brzucha zniknąć...

a w pracy ostatnio króluje owsianka! do tego jabłka, banany (no może mało dietetyczne, ale pyszne), jogurty i... bigos, żeby dopełnić całości ;-) taa... no nie można powiedzieć, że moja dieta jest bardzo restrykcyjna... właściwie nie jest to nawet żadna dieta. raczej połączenie MŻ z myśleniem o tym co się je.

wtorek, 20 kwietnia 2010

cel pal


at all... szczególnie, że Stambuł wkrótce. i nie chcę pisać - "miał być". zainwestowałam z cieżkim trudem zarobiony pieniądz. więc niech Eyjafjallajockull-m'hump z łaski swojej pluć przestanie. i ciut kolor zmieni bo w czerwieni nie do twarzy...

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

moment

o 14, kiedy zawyły syreny weszliśmy akurat na starówkę, wracając z kijków. świeciło piękne słońce, wiał ciepły wiatr. wszyscy stanęli. po 2 minutach kiedy syreny umilkły wszyscy ruszyli dalej. miałam takie surrealistyczne wrażenie - jakbyśmy byli aktorami jakiegoś filmu, nagle ktoś naciska pauzę, żeby zrobić sobie herbatę i po chwili puszcza film dalej. ten moment bezruchu, posłuszeństwa czemuś niepisanemu był bardzo dziwny, chyba nigdy aż tak nie czułam czasu. każda sekunda wypełniona była gonitwą myśli. a jeszcze dziwniejszy był moment powrotu z tego niebytu do rzeczywistości. do swoich spraw, krzątaniny i gwaru. obraz stał się znowu filmem.
life goes on.

fajnie, że znalazłam się wtedy akurat w tamtym miejscu...

piątek, 16 kwietnia 2010

prawa natury rulez ;-)

zasada nr 14 jest zdecydowanie moją najulubieńszą...


kiedyś jeszcze tak będzie... ogród z wielkimi drzewami, solidny dębowy stół, przy którym zasiada cała rodzina. świeżo wypieczony chleb i proste potrawy, które nie zabierają czasu a smakują rozkosznie...

tymczasem musi nam wystarczyć skromny grill. i oby pogoda w lato dopisała, bo nigdzie jedzenie nie sakuje tak jak na świeżym powietrzu!

środa, 14 kwietnia 2010

bezkres

została tylko cisza, pustka, gęste powietrze i droga która zdaje się prowadzić donikąd. uderzyło mnie to zdjęcie. idealnie oddaje nastrój ostatnich dni. przytłaczający smutek i spokój. bezruch w którym żyjemy od soboty. wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. wyglądam przez okno i mam wrażenie, że zamiast wiosny nastała jesień...


i każdy dziś pyta dlaczego tak się stało. szuka uzasadnienia dla tragedii. ale jak uzasadnić to, że nagle 96 osób przestaje istnieć. tragiczne wypadki nie mają uzasadnienia. zawsze bolą. szczególnie tych, którzy stracili swoich bliskich. dzieci, żony, mężowie, rodzice, rodzina, przyjaciele... to w ich sercach jest największa pustka i wiecznie powracające pytanie. dlaczego? już nigdy nie znajdą kojącej odpowiedzi, bo nic nie ukoi tak jak bliskość tych, których już nie ma.

nie chcę słuchać, że taka tragedia może coś zmienić. w moim odczuciu zmieniła na zawsze wyłącznie życie rodzin tych, którzy zginęli. nie potrafię i nie chcę doszukiwać się głębszego sensu, bo go nie ma. bo nie ma go w żadnym podobnym wypadku. to był właśnie wypadek, który niekoniecznie musiał się zdarzyć. i zginęli w nim ludzie. nie ma dla mnie znaczenia, że byli to politycy i osoby publiczne. to byli przede wszystkim ludzie. mieli swoje małe światy, niedokończone sprawy, marzenia. mieli zaraz wrócić...

dorabianie teorii o ociepleniu stosunków polsko-rosyjskich jako konsekwencji tego co się stało to żadna pociecha. mądrzy ludzie powinni potrafić się porozumieć bez ponoszenia ofiar. dziś, czy wtedy w Katyniu. gdyby ludzie byli mądrzy na codzień, a nie tylko w obliczu tragedii nie byłoby wojen, ofiar, kłamstw, hołdów. nie byłoby pewnie tej tragedii.

nie pójdę pod pałac prezydencki. nie czuję takiej potrzeby. chociaż rozumiem tych, którzy się tam gromadzą, bo tak czują. ja wolę usiąść sama ze sobą i pomilczeć. pomyśleć. drażni mnie mitologizowanie tego wydarzenia i ostatnich pięciu lat prezydentury. to nie był prezydent na którego głosowałam. zrobił wiele dobrego, ale też wiele mu nie wyszło. przecież to ludzkie. i leciał do Katynia bo był człowiekiem, a nie bohaterem. czuł taką potrzebę. tak jak oni wszyscy. i po ludzku strasznie mi przykro, że zginęli.

czy ta katastrofa coś zmieni na dłuższą metę? z upływem czasu opadną emocje, zatrze się uczucie bezsilności i szoku. życie wróci do normy. każdy może jedynie wyciągnąć lekcję dla siebie. zastanowić się nad swoim życiem. docenić to co ma. pomyśleć jak kruche bywa życie...

wtorek, 13 kwietnia 2010

wondering around...

lubię, strasznie lubię chodzić bezcelowo. zawisnąć w czasoprzestrzeni. gadać o głupotach i zdać się na to co się zdarzy. iść gdzie poniosą nogi. bez planów i bez odliczania czasu. na "świeżym" (chciałoby się powiedzieć ;-) powietrzu. człowiek czasem po prostu musi być nieodpowiedzialny i nieefektywny... zatracić się w niedążeniu do niczego. ostatnio nasz spacer trwał 15 minut i przeszliśmy zaledwie dwie przecznice, bo spadł deszcz. ale czy to ważne? warto było. zawsze warto. żeby coś odkryć. spojrzeć na coś z innej strony.

aparat jako towarzysz bardzo pomaga. uwrażliwia na piękno, syntetyzuje rzeczywistość i porządkuje sposób postrzegania. poza tym zapewnia świetną zabawę :-)





teraz tylko czekam na unormowanie się wszystkich zagmatwanych spraw. wykreślenie wszystkich pozycji z listy - bo jakimś dziwnym trafem znowu jestem w pogoni za... męczy mnie to strasznie. chcę się zatrzymać, ale jest to możliwe dopiero po nadrobieniu zaległości. fryzjer, wet, animalia, zakupy, odbiór książek, sprawy w pracy... ufff... dużo tego przed wyjazdem. może po powrocie zrobi się spokojniej. ostatnio za dużo było wrażeń. co więcej - wcale nie przyjemnych. czekam na przełom. w końcu kiedyś musi nastąpić...

a później ciąg dalszy szwędania się i myszkowania to tu to tam... z moim Baudleairem ;-)

sobota, 10 kwietnia 2010

ciemność widzę, ciemność

jestem w jakiejś czeluści przebrzydłej. zero weny, zero radości, za to przyrost masy brzusznej w tempie zastraszającym. tkwię w czymś co nie daje mi satysfakcji a odbiera czas na robienie rzeczy przyjemnych... jednocześnie próbuję się z tego wyrwać, robić coś więcej, myśleć o sobie, a w efekcie zapadam się coraz bardziej i przypłacam to coraz większym zmęczeniem. za dużo tego wszystkiego! potrzebuję oddechu, bo tylko się szamoczę. chcę robić NIC. wielkie tłuste nic. snuć się tu i tam, bez większego celu. dobrze, że niedługo Stambuł. musi nastąpić totalny reset, bo inaczej zwariuję. a szkoda by było. mi szczególnie.


wczoraj przeczytałam opis nowej książki Murakamiego "O czym mówię, kiedy mówię o bieganu" - następnej, w kolejce rodem z PRLu, do przeczytania: "Świat Murakamiego oglądany przez soczewkę biegania jest na zmianę zabawny i otrzeźwiający, radosny i filozoficznie zadumany, ale nade wszystko odkrywczy - zarówno dla tych, którzy biegają i nie czytają książek, jak i dla tych, którzy czytają i nie biegają."
hmmmm... kiedyś zaliczałam się przynajmniej do tych drugich, a teraz? może czas zacząć biegać... może to rozwiązanie wszystkich moich problemów. tylko w tej zagazowanej Warszawie jakoś mi się kompletnie nie chce. mi do biegania potrzebny dobry plener, widoki... takiego morza mi trzeba. wtedy to nawet bieganie byłoby pewnie zbędne :-)
kijki. kijki trzeba uruchomić. i czytać. na stojaka w tramwaju, ale czytać. wartość dodana do 2 godzinnej, codziennej podróży do korpo.


i spacery bezcelowe, jak ostatnio na Starówce, zakończony Guinnessem, albo krótki wypas aparatu na okolicznych uliczkach tuż przed ulewą. takie chwile warto pielęgnować w pamięci i celebrować kiedy się dzieją. przecież życie jest fazą eksperymentalną...

 

   

a czasem takie to wszystko proste ;-)

piątek, 9 kwietnia 2010

tajne przez poufne

dawno to było, ale chyba w końcu przyszła pora na zamieszczenie fotek z mojego enigmatycznego projektu dla "nie wiem nawet kogo". no frapuje mnie to strasznie, ale ponieważ wścibska... staram się nie być :-) to zamiast pytać stawiam na wyobraźnię. o wiele to zabawniejsze.

miało być czerwono. wyszło czerwonawo... bo większej czerwoniości to bym chyba nie uniosła, poza tym co rozumie facet mówiąc - coś z czerwonym? feel free to interpret, I guess.



"nie wiem nawet komu" bardzo się podobno gift podobał i nawet zabrał go do domu, schować pod klucz, coby koleżanki z pracy nie podkradały, gdyż chęć taką wyraziły :-) miłe to bardzo. jak się człowiek wysila i poci, stresuje, nadinterpretowuje... a tu tak miło.

środa, 7 kwietnia 2010

jak to jest jeść pana kota

bosko, błogo i przepysznie... ale tylko pod warunkiem, że pan kot jest cały ze śmietany, koniecznie polany musem owocowym - truskawkowym lub malinowym.

panna cottą zachwyciłam się na okrągłym obchodzie najbardziej autorytarnej z lejdis. później usłyszałam przepis w moim radio. brzmiał mało skomplikowanie. i w mojej głowie zakiełkowała myśl - że co, ja nie potrafię?

od dziecka, mając wybór pomiędzy cukierkiem a ogórkiem kiszonym, stawiałam zawsze na ogórka :-) i tak mi zostało do tej pory. słone, kwaśne, pikantne - tak, tak i tak! słodkie - niekoniecznie. no chyba, że jest wyjątkowe. jak ciasto ze śliwką, sernik, keks, drożdżowe z rodzynkami i skórką pomarańczową (z naciskiem na skórkę :-) i w ogóle każde ciasto, które zawiera skórkę pomarańczową), ciasta i desery czekoladowe, Crème brûlée... hmmm... nie jest tego znowu tak mało :-) a teraz dołączyła jeszcze panna cotta!

mój przepis jest kompilacją dwóch, które znalazłam w internecie:
* BBC Food Recipes - Vanilla panna cotta By Simon Rimmer
* David Lebovitz Living the sweet life in Paris - Perfect Panna Cotta Recipe



Panna Cotta z musem truskawkowym

Porcja dla 4 osób

0,5 litra śmietany kremówki (albo pół na pół z mlekiem)
35 g cukru
pół laski wanilii
pół paczki żelatyny (ok. 10 g = 2,5 łyżeczki) 
3 łyżki zimnej wody (ok. 45 ml)

mus:
1/3 paczki mrożonych truskawek (wyjmuję je wcześniej, przekładam do naczynka, które wstawiam do ciepłej wody, żeby truskawki się ogrzały i nie stawiały takiego oporu przy rozdrabnianiu, ale jednocześnie nie rozmroziły się całkowicie)
cukier do smaku (1 płaska łyżka)

śmietanę kremówkę (razem z mlekiem, jeśli ktoś robi wersję pół na pół) wlać do ok. litrowego garnka. dodać cukier. pół laski wanilii przekroić wzdłuż, wyskrobać ziarenka. całość, razem z laską dodać do garnka. gotować na małym ogniu do całkowitego rozpuszczenia cukru. wyłączyć gaz i odstawić na chwilę, żeby wanilia oddała swój cały aromat.

w międzyczasie w misce odpornej na wysoką temperaturę (przynajmniej tej samej wielkości co garnek) zalać żelatynę 3 łyżkami zimnej wody. odstawić na 5-10 minut.

podgrzać mleko w garnku (po uprzednim wyjęciu z niego laski wanilii) żeby było dosyć ciepłe. zalać nim żelatynę i mieszać do całkowitego rozpuszczenia. następnie rozlać do 4 naczynek (filiżanek lub małych miseczek). odstawić do wystygnięcia, później przestawić do lodówki na co najmniej 4 godziny.

do miski (lub blendera - zależy jakim sprzętem się dysponuje) wrzucić nierozmrożone do końca truskawki i cukier do smaku (zawsze lepiej wsypać mniej, bo sam deser jest słodki, dzięki temu stworzy nam się fajny kontrast, poza tym dosłodzić zawsze można). zmiksować. mus gotowy.

przed podaniem należy wyjąć zastygłą panna cottę na talerz (jak babkę z piasku). i to jest chyba najtrudniejsza część przepisu. żeby deser ładnie wyszedł i nie był postrzępiony trzeba wcześniej wstawić naczynko z zawartością na chwilę do gorącej wody. max. 10 sekund, bo przy dłuższym posiedzeniu zacznie płynąć. następnie najlepiej okroić dookoła nożem, ale przy samych brzegach naczynka. dobrze też ostukać naczynko dookoła dłońmi i wyczuć czy deser się odkleja. jeśli nie wstawić znowu do gorącej wody. dosłownie na chwilę. instrukcja jest dość szczegółowa, ale za to sprawdzona! bo wbrew pozorom to wcale nie jest taka prosta sprawa :-)
polać musem truskawkowym. dla kontrastu można udekorować gotowy deser listkiem mięty.

pozostaje tylko życzyć smacznego! 

sobota, 3 kwietnia 2010

wesołego króliczka... a nawet dwóch!



i z tej okazji zacytuję życzenia kolegi mojego (które mnie rozbroiły kompletnie):

"Z okazji Świąt Wielkiej Nocy
 każdemu i każdej z Was życzę innego zmartwychwstania
nieważnie co jest martwe

niech stanie się znów wiosenne
świeże, odważne i niech żyje!"

amen chciałoby się powiedzieć, amen ;-)

czwartek, 1 kwietnia 2010