sobota, 10 kwietnia 2010

ciemność widzę, ciemność

jestem w jakiejś czeluści przebrzydłej. zero weny, zero radości, za to przyrost masy brzusznej w tempie zastraszającym. tkwię w czymś co nie daje mi satysfakcji a odbiera czas na robienie rzeczy przyjemnych... jednocześnie próbuję się z tego wyrwać, robić coś więcej, myśleć o sobie, a w efekcie zapadam się coraz bardziej i przypłacam to coraz większym zmęczeniem. za dużo tego wszystkiego! potrzebuję oddechu, bo tylko się szamoczę. chcę robić NIC. wielkie tłuste nic. snuć się tu i tam, bez większego celu. dobrze, że niedługo Stambuł. musi nastąpić totalny reset, bo inaczej zwariuję. a szkoda by było. mi szczególnie.


wczoraj przeczytałam opis nowej książki Murakamiego "O czym mówię, kiedy mówię o bieganu" - następnej, w kolejce rodem z PRLu, do przeczytania: "Świat Murakamiego oglądany przez soczewkę biegania jest na zmianę zabawny i otrzeźwiający, radosny i filozoficznie zadumany, ale nade wszystko odkrywczy - zarówno dla tych, którzy biegają i nie czytają książek, jak i dla tych, którzy czytają i nie biegają."
hmmmm... kiedyś zaliczałam się przynajmniej do tych drugich, a teraz? może czas zacząć biegać... może to rozwiązanie wszystkich moich problemów. tylko w tej zagazowanej Warszawie jakoś mi się kompletnie nie chce. mi do biegania potrzebny dobry plener, widoki... takiego morza mi trzeba. wtedy to nawet bieganie byłoby pewnie zbędne :-)
kijki. kijki trzeba uruchomić. i czytać. na stojaka w tramwaju, ale czytać. wartość dodana do 2 godzinnej, codziennej podróży do korpo.


i spacery bezcelowe, jak ostatnio na Starówce, zakończony Guinnessem, albo krótki wypas aparatu na okolicznych uliczkach tuż przed ulewą. takie chwile warto pielęgnować w pamięci i celebrować kiedy się dzieją. przecież życie jest fazą eksperymentalną...

 

   

a czasem takie to wszystko proste ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz