wczoraj przeczytałam opis nowej książki Murakamiego "O czym mówię, kiedy mówię o bieganu" - następnej, w kolejce rodem z PRLu, do przeczytania: "Świat Murakamiego oglądany przez soczewkę biegania jest na zmianę zabawny i otrzeźwiający, radosny i filozoficznie zadumany, ale nade wszystko odkrywczy - zarówno dla tych, którzy biegają i nie czytają książek, jak i dla tych, którzy czytają i nie biegają."
hmmmm... kiedyś zaliczałam się przynajmniej do tych drugich, a teraz? może czas zacząć biegać... może to rozwiązanie wszystkich moich problemów. tylko w tej zagazowanej Warszawie jakoś mi się kompletnie nie chce. mi do biegania potrzebny dobry plener, widoki... takiego morza mi trzeba. wtedy to nawet bieganie byłoby pewnie zbędne :-) kijki. kijki trzeba uruchomić. i czytać. na stojaka w tramwaju, ale czytać. wartość dodana do 2 godzinnej, codziennej podróży do korpo.
i spacery bezcelowe, jak ostatnio na Starówce, zakończony Guinnessem, albo krótki wypas aparatu na okolicznych uliczkach tuż przed ulewą. takie chwile warto pielęgnować w pamięci i celebrować kiedy się dzieją. przecież życie jest fazą eksperymentalną...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz