poniedziałek, 19 kwietnia 2010

moment

o 14, kiedy zawyły syreny weszliśmy akurat na starówkę, wracając z kijków. świeciło piękne słońce, wiał ciepły wiatr. wszyscy stanęli. po 2 minutach kiedy syreny umilkły wszyscy ruszyli dalej. miałam takie surrealistyczne wrażenie - jakbyśmy byli aktorami jakiegoś filmu, nagle ktoś naciska pauzę, żeby zrobić sobie herbatę i po chwili puszcza film dalej. ten moment bezruchu, posłuszeństwa czemuś niepisanemu był bardzo dziwny, chyba nigdy aż tak nie czułam czasu. każda sekunda wypełniona była gonitwą myśli. a jeszcze dziwniejszy był moment powrotu z tego niebytu do rzeczywistości. do swoich spraw, krzątaniny i gwaru. obraz stał się znowu filmem.
life goes on.

fajnie, że znalazłam się wtedy akurat w tamtym miejscu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz