wtorek, 31 maja 2011

plany wakacyjne poczynione

nieco przypadkowo i błyskawicznie. sam pomysł świtał już od dawna. zakiełkował w samochodzie, podczas powrotu z majówki. strasznie szkoda było wyjeżdżać... tyle pomysłów nie doczekało się realizacji... nie starczyło czasu.

pobieżne zaliczenie najważniejszych atrakcji nigdy nie rozbudzi prawdziwej miłości do danego miejsca, choćby było nie wiem jak piękne. może co najwyżej zaintrygować lub zaciekawić, czasem spowodować, że się tam wróci.

jakoś tak mam, że nie jestem kolekcjonerem znaczków w paszporcie. lubię poznawać nowe miejsca, ale nie wiem czy nie bardziej lubię wracać do tych, które już trochę znam. to jak rozbudzanie apetytu... i na majówce stałam się strasznie głodna. powoli wczuwałam się w klimat Budapesztu, przypominałam sobie znajome trasy, smaki, otwierałam szeroko oczy na to co przegapiłam. i ostatniego dnia w księgarni na Vaci Utca znalazłam to czego szukałam. powód by tu wracać i poznać to miasto trochę bardziej od podszewki. dwie małe książeczki, które stanowią punkt wyjścia i są na pierwszym miejscu wakacyjnej listy. a później lawinowo posypały się kolejne pomysły. a raczej ich zarys.

our plan is no plans.

pójdziemy, gdzie nas nogi poniosą, zobaczymy wiele, albo i nic. ale na pewno będziemy gotować! bo to jest motyw przewodni. zawsze marzyliśmy o tym, żeby zamieszkać na trochę w Budapeszcie (i w co najmniej 10 innych miejscach) i wypróbować na miejscu różnorodność węgierskiej kuchni. robić zakupy w hali targowej i wolno, niespiesznie żyć.

dwa tygodnie to może nie jest szczyt szczęścia, ale zawsze coś... myślę, że zdążymy odpocząć i porozkoszować się niezależnością. a najpiękniejsze jest otwieranie oczu po przebudzeniu, z rozkoszną świadomością, że kolejny dzień jest czystą kartką czekająca na to, żeby ją zapełnić... lub też zostawić całkowicie pustą. w zależności od chciejstwa. potrzebuję luzu i chwili na to, żeby świadomie zastanowić się co chcę, nie mam ochoty na reżim czy nawet rutynę wakacji zorganizowanych. tak właśnie będą wyglądały moje wakacje!

strasznie się cieszę i nie mogę się już doczekać! w sumie kupienie biletów i zarezerwowanie apt. to prawie jakby się tam już było, nie? ;-) no przynajmniej jedną nogą...

środa, 11 maja 2011

Warsaw - Budapest

dwie stolice. oddalone od siebie o 544 km. z jednej strony całkiem blisko, a jednak zbyt daleko. dzielące część historii, a tak różne. Warszawa i Budapeszt. przepaść. jedyne podobieństwo jakie odnajduję to korki. o każdej porze. w tym aspekcie Budapeszt nawet przebija Warszawę i obejmuje niechlubną palmę pierwszeństwa. no ale, przynajmniej jest na to wytłumaczenie. coś za coś.

Budapeszt ma bardzo gęsta tkankę miejską. ogromna jego część składa się z malutkich uliczek, obsadzonych ścisło po obu stronach zabytkowymi kamienicami, niczym dorodnymi uprawami, uporządkowanymi w równiutkie grządki na urodzajnej ziemi. są one tak wąskie, że ruch dwukierunkowy nawet nie wchodzi w grę. jest oczywiście kilka większych dróg ale te z kolei prawie nigdy nie dają możliwości skrętu w lewo, żeby nie blokować lewego pasa. powoduje to zabawne sytuacje, kiedy chcąc skręcić w lewo, musimy wykonać 3 skręty w prawo ;-) początkujący kierowcy są z całą pewnością zadowoleni, ale ci nowoprzybyli na początku mają problem. poruszanie się samochodem po tym mieście to nie lada wyzwanie. ale, ale... jak się okazało - w tym szaleństwie jest metoda! nie-mąż przy okazji ostatniego objazdu miasta odkrył, że to całkiem proste... w dodatku ile w tym logiki! na siatce ulic z matematyczną dokładnością zostały zaplanowane naprzemiennie drogi kierujące w przeciwnych kierunkach. szczęśliwy posiadacz tej tajemnej wiedzy może dojechać praktycznie wszędzie... o ile oczywiście nie utknie w korkach ;-) nie-mąż, który do tej pory nie był fanem podróżowania po Budapeszcie samochodem, przyznał, że kiedy nie ma korków (czytaj: weekend o odpowiedniej porze) poruszanie się po tym mieście jest bardzo przyjemne ;-)


ale właśnie ta gęsta sieć małych ulic sprawia, że miasto jest bardziej kameralne, dynamiczne, przyjazne dla pieszych. można skręcić w dowolną uliczkę czy podwórko i zniknąć... uciec od zgiełku, by za chwilę odkryć jakiś zapierający dech w piersiach budynek. to miasto tysiąca nieodkrytych zakamarków. zakurzonych szczelin za szafą... wystarczy tylko przesunąć palcem po tej warstwie kurzu, by odkryć coś niesamowitego. iście śródziemnomorskie patio, misternie wyrzeźbiony detal na fasadzie czy przytłaczająco strojne, a jednocześnie kompletnie opuszczone wnętrze tak dobrze znanego i niepozornego z zewnątrz budynku mijanego przecież wielokrotnie.

pomimo ogromu niezaprzeczalnie majestatycznych i pięknych budynków, perełek architektonicznych, zarezerwowanych dla pobieżnych turystów, każdy bardziej zdeterminowany poszukiwacz może odkryć tutaj swoje własne skarby. w ilości nieograniczonej. jakości niemasowej. własnej. taki Budapeszt mnie pociąga.


ta ścisła, jędrna, żywiołowa zabudowa tworzy spory kontrast z rzadką zabudową Warszawy, jej szerokimi (chociaż i tak zakorkowanymi) ulicami i dotkliwą, przygnębiającą pustką. to miasto zbudowane dla samochodów, nie dla pieszych. łyse i odarte z prywatności. cellulitowa tkanka miejska, która, rozlazła niczym żelek, przecieka przez palce. rozgrzane słońcem i spalinami centrum jest o kilka stopni gorętsze niż dzielnice położone na obrzeżach. prawie nie ma małych, zacienionych uliczek zachęcających do spacerów. jest za to kilka centrów handlowych, przytłaczających molochów, które wyrabiają tragiczne nawyki spędzania weekendów w sklepach, na zakupach, w plastiku. na samą myśl o tym duszę się... jednocześnie nie ma żadnej hali spożywczej z prawdziwego zdarzenia, w której swoje wyroby mogli by sprzedawać lokalni wytwórcy. nie chodzi mi o bazarek (tych na szczęście kilka jest), ale o całoroczną halę, w której byłyby przyzwoite warunki dla klientów i sprzedających. i to nie jest prawda, że my nie mamy takiej tradycji. najlepszym przykładem jest Hala Mirowska. miejsce z takim potencjałem... w którym mieści się... supermarket. załamujący jest już sam fakt, że taki budynek jest w rękach prywatnych, co uniemożliwia przywrócenie go do pierwotnej funkcji, nawet gdyby ktoś zmądrzał. w sumie można powiedzieć, że jest to "nowoczesna hala targowa"... z koszami na kółkach i kasami z taśmą obrotową. nie wiem, może się czepiam... może jestem niepoprawną marzycielką, romantyczką wręcz. naoglądałam się straganów z salami i papryką i mi odbiło...
w Budapeszcie znalazłam jedno centrum handlowe, przy stacji Keleti, do którego niestety z konieczności weszłam... i od razu poczułam się... jak tutaj. krzykliwe witryny, zmęczenie, przytłoczenie i niechęć... przeraziłam się, że pewnie wszystko niestety idzie w tym kierunku. z drugiej strony, to tylko jedno centrum...

może jednak coś w tym jest? może układ architektoniczny miasta, pewien ład, porządek i przemyślane projekowanie wpływa na jego odbiór. dostępność lokali usługowych w parterach kamienic, w mieście po którym często chodzi się pieszo, ogranicza konieczność budowy zakupowych molochów. co więcej, szczęśliwie, nie ma nawet gdzie... w związku z tym marki odzieżowe, księgarnie, knajpy mieszają się ze sobą, tworząc rzędy butików wzdłuż deptaków i ulic. zupełnie jak za dobrych czasów na Chmielnej. dzisiaj niestety większość tych sklepów przeniosła się do galerii handlowych. hmmmm... dzikie porównanie przyszło mi do głowy... ale jednak cholernie trafne - wolny wybieg vs chów klatkowy... na oko wybór jest prosty, ale kogut, król kurnika inwestuje w druty, bo wyczuł biznes... większy spend, większe zagęszczenie, wiecej kasy.

jakoś tak dramatycznie się zrobiło, co wcale moim celem nie było, a chciałam przecież zakończyć optymistycznie. przecież konkluzja jest prosta - dobrze, że wciąż są jeszcze takie miejsca...

Budapeszt to jedno z moich magicznych miejsc, za którymi tęsknie przez cały rok. i za każdym razem kiedy do niego wjeżdżam (z reguły wieczorem, po długiej podróży) onieśmiela mnie przytłaczającym pięknem. jak spotkanie z elegancka kobietą, świadomą swego piękna, noszącą szlachetną biżuterię jakby od niechcenia. z rozmachem, ale nie kiczowato.

i to bezcenne uczucie... dopadające mnie najczęściej na moście Elżbiety. feel like home.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

rozdarcie

chciałabym znaleźć w sobie tyle siły i odwagi, żeby zacząć wszystko od nowa. cofnąć czas i pójść inną drogą.

czuję się nie na miejscu. i nie wiem czy kiedykolwiek to swoje miejsce znajdę. pracuję w korpo i jednocześnie nie chcę się do niego dostosować, nie chcę się zmieniać, poddawać unifikacji, robić rzeczy wbrew sobie. frustruję się, zmagam, jakbym walczyła z wiatrakami. ile to może trwać. ile jeszcze wytrzymam? wszyscy wartościowi ludzie wokół mnie też buntują się przeciwko absurdom, bełkotowi, wyuczonym uśmiechom. a później zaciskają zęby i brną do przodu... no bo co innego pozostało? można zrobić przewrót, cofnąć się wiele kroków w tył, w nadziei na to, że kiedyś się nadgoni i będzie lepiej i piękniej. tylko na to kompletnie brak mi odwagi. albo też płynąć z prądem, napotykając na mniejsze lub większe burze.

w moim poukładanym świecie potrzebuję szaleństwa, na które mnie teraz nie stać... aaaaaaaaaaaaa!

muszę jakoś uciec od tych myśli... zanurkować w inny świat. chociaż na chwilę, żeby złapać oddech.

a w temacie...

wtorek, 22 marca 2011

storm

tak sobie myślałam, że jak podpisze cyrograf to nastąpi jakiś wielki zwrot. wszystko się zmieni. nie do poznania. a tymczasem... życie płynie normalnie, słońce wschodzi i zachodzi, koty miauczą o poranku, przysypiam w tramwaju na stojąco, w korpo mija dzień za dniem. raz wyższe ciśnienie, raz niższe - standard. nie czuję jakiejś specjalnej ekscytacji ani z drugiej strony przerażenia. nie mam wrażenia że za chwilę wielka kula, która nade mną wisi spadnie mi na łeb. nic z tych rzeczy. na szczęście i odpukać!

myślałam też sobie, że najbliższy rok trzeba będzie wgryźć się w ziemię i najlepiej przespać, przeczekać żeby zbyt dużych strat nie uczynić. ale dziś rano doznałam olśnienia, że po co to robić? wystarczy być uważnym i sprytnym i organizować sobie czas low-costowo. na przykład gotować wieczorami na cztery ręce, robiąc uniki przed łąpczywością paszcz kocich, żeby za oszczędności zjadać sobie w weekend rozpustne śniadanie z widokiem na MDM ;-) wymieniać bezużyteczne kupony na siłownię na wielce pożądane kupony do kina - szczęśliwie chudość jak na razie nam dopisuje, a nawet gdyby tygryski zaczęły grubnąć, to lepsze takie, a szczęśliwe niż odwrotnie. oraz spacery... dużo spacerów. bo to darmowy generator szczęśliwości. da się! trzeba tylko znaleźć właściwy punkt odniesienia...

www.haroldsplanet.com

środa, 16 marca 2011

break through

jak dziwnie wejść tutaj po 5 miesiącach... 5 dłuuugich miesiącach. z lekkim drżeniem serca muszę przyznać. tak koślawo i nieporadnie, jakbym od nowa uczyła się chodzić...

przeczytałam swojego ostatniego opublikowanego posta i mam wrażenie jakby przez ten czas mój świat obrócił się o 180 st. uderzyło mnie to poczucie wolności, którym byłam przepełniona. to trochę jakby uchwycić ten cenny moment i zachować go na zawsze. czas, który później nastał był zdecydowanie mniej optymistyczny. nawet pomimo tego, że wydarzyła się cała masa pozytywnych rzeczy... nawet bardzo pozytywnych, o których tak strasznie chciałam napisać. być może ten natłok szczęścia mnie tak poczatkowo przyblokował. tak strasznie dużo chciałam powiedzieć, że... zamilkłam. później nie chciałam zaburzać chronologii. a później otworzyła się jakaś czarna przepastna dziura niemocy.

dokładnie tydzień po ostatnim poście, przechadzając się po stambulskim parku, tak zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic, nie-mąż oświadczył mi się w promieniach zachodzącego słońca. i było to tak surrealistyczne, a takie nasze jednocześnie... ten dzień jest jak wypalone słońcem zdjęcie. troszkę zamglone, a z drugiej strony takie wyraźne. w ogóle cały nasz ostatni stambulski wyjazd był cudowny, luźny, beztroski i taki NASZ. z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to najlepszy czas jaki kiedykolwiek się nam przydarzył.

ale ktoś mądrze powiedział, że im większe szczęście tym krócej trwa... i coś w tym jest. oczywiście nie chcę histeryzować i użalać się nad sobą, bo nie stało się nic co by mnie do tego upoważniało, ale... zima to po prostu nie był mój najlepszy czas. pomimo, że w połowie listopada pojechaliśmy do Monachium po Mikę i wszystko udało się doskonale, no może prawie wszystko - bo dziewczyny do tej pory, po upływie 4 miesięcy, nie zapałały do siebie miłością ;-) no ale poprawa jest znaczna. pomimo, że Święta były fajne, bo spokojniejsze niż zwykle, piernikowe i w większym gronie, bo przyjechała moja siostra. pomimo, że wreszcie podjęliśmy decyzję, która tego podjęcia wymagała i trochę jakby kamień z serca. pomimo tego wszystkiego, a może właśnie po trochu przez to wszystko jestem jakoś bardziej przyciśnięta, zabiegana, mniej beztroska. to wszystko wymagało jednak niemałego wysiłku. i wciąż jeszcze wymaga... ale już czuję się lepiej. wiosna idzie! czuć to coraz bardziej. słońce zaglądające do okien... ożywienie  na ulicach i w parkach... koniec wiecznych ciemności. teraz pora na to, żeby korzystać, wyciskać co się da i ładować akumulatory!

a pierwsze kroki terapii to tran z witaminą D, małe soczyste zakupy, regularne wyjścia do kina i... teatru! tak właśnie! i spacery.

I'm back ;-)

a na deser piosenka, która gra w mojej głowie od wczoraj...

środa, 13 października 2010

fabulous life

kiedyś myślałam sobie, że jedyna słuszna droga to wieść życie idealne. a w każdym razie dążyć do tego ideału. a co to miało znaczyć? chyba nieodstawanie od reszty... unifikację. wpisanie się w powtarzalny schemat. wszyscy przecież dążą do tego żeby mieć idealną pracę, mieszkanie, męża i dzieci... i chyba nawet w tej kolejności. tylko niewiele osób wybiera dla siebie inną drogę. tylko niewielu ma odwagę zapytać samych siebie czego tak naprawdę chce. a jeszcze mniej ma odwagę przyznać, że czegoś innego.

mi otrząśnięcie się z tego stanu zaprogramowania na bycie idealnym zajęło kawałek czasu. nie żebym systematycznie podążała w tym kierunku, ale zawsze z tyłu głowy miałam myśl, że muszę robić to co inni. na szczęście zestarzałam się nieco... a to pomaga. zresztą to chyba jedyna kwestia w której starzenie się pomaga. i nie mam już wyrzutów sumienia, że zamiast rodzić dzieci przygarniam koty, zamiast odkładać na mieszkanie podróżuję, a zamiast męża mam nie-męża. na wszystko przyjdzie (albo i nie przyjdzie) pora. mogę robić to co daje mi szczęście a nie to co wypada! nie chcę większości życia spędzać w korporacji, żeby wracać na noc do eleganckiego ale pustego mieszkania. to nie moja bajka. nie jestem stworzona do wyścigu. wolę wrócić do sfatygowanego bloku z ramy H i spokojnie zastanowić się co zrobić na kolację, snuć plany o kolejnych wakacjach, pobawić się zdjęciami, wpaść na jakiś genialny pomysł, albo robić inne mało (lub trochę bardziej) znaczące dla świata rzeczy. a to wszystko przy akompaniamencie dwóch futer kręcących się pod nogami. taki mam plan na teraz.

pozwolę mu się zmieniać i ewoluować kiedy tylko tego zapragnie...