nieco przypadkowo i błyskawicznie. sam pomysł świtał już od dawna. zakiełkował w samochodzie, podczas powrotu z majówki. strasznie szkoda było wyjeżdżać... tyle pomysłów nie doczekało się realizacji... nie starczyło czasu.
pobieżne zaliczenie najważniejszych atrakcji nigdy nie rozbudzi prawdziwej miłości do danego miejsca, choćby było nie wiem jak piękne. może co najwyżej zaintrygować lub zaciekawić, czasem spowodować, że się tam wróci.
jakoś tak mam, że nie jestem kolekcjonerem znaczków w paszporcie. lubię poznawać nowe miejsca, ale nie wiem czy nie bardziej lubię wracać do tych, które już trochę znam. to jak rozbudzanie apetytu... i na majówce stałam się strasznie głodna. powoli wczuwałam się w klimat Budapesztu, przypominałam sobie znajome trasy, smaki, otwierałam szeroko oczy na to co przegapiłam. i ostatniego dnia w księgarni na Vaci Utca znalazłam to czego szukałam. powód by tu wracać i poznać to miasto trochę bardziej od podszewki. dwie małe książeczki, które stanowią punkt wyjścia i są na pierwszym miejscu wakacyjnej listy. a później lawinowo posypały się kolejne pomysły. a raczej ich zarys.
our plan is no plans.
pójdziemy, gdzie nas nogi poniosą, zobaczymy wiele, albo i nic. ale na pewno będziemy gotować! bo to jest motyw przewodni. zawsze marzyliśmy o tym, żeby zamieszkać na trochę w Budapeszcie (i w co najmniej 10 innych miejscach) i wypróbować na miejscu różnorodność węgierskiej kuchni. robić zakupy w hali targowej i wolno, niespiesznie żyć.
dwa tygodnie to może nie jest szczyt szczęścia, ale zawsze coś... myślę, że zdążymy odpocząć i porozkoszować się niezależnością. a najpiękniejsze jest otwieranie oczu po przebudzeniu, z rozkoszną świadomością, że kolejny dzień jest czystą kartką czekająca na to, żeby ją zapełnić... lub też zostawić całkowicie pustą. w zależności od chciejstwa. potrzebuję luzu i chwili na to, żeby świadomie zastanowić się co chcę, nie mam ochoty na reżim czy nawet rutynę wakacji zorganizowanych. tak właśnie będą wyglądały moje wakacje!
strasznie się cieszę i nie mogę się już doczekać! w sumie kupienie biletów i zarezerwowanie apt. to prawie jakby się tam już było, nie? ;-) no przynajmniej jedną nogą...
wtorek, 31 maja 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz