wtorek, 22 marca 2011

storm

tak sobie myślałam, że jak podpisze cyrograf to nastąpi jakiś wielki zwrot. wszystko się zmieni. nie do poznania. a tymczasem... życie płynie normalnie, słońce wschodzi i zachodzi, koty miauczą o poranku, przysypiam w tramwaju na stojąco, w korpo mija dzień za dniem. raz wyższe ciśnienie, raz niższe - standard. nie czuję jakiejś specjalnej ekscytacji ani z drugiej strony przerażenia. nie mam wrażenia że za chwilę wielka kula, która nade mną wisi spadnie mi na łeb. nic z tych rzeczy. na szczęście i odpukać!

myślałam też sobie, że najbliższy rok trzeba będzie wgryźć się w ziemię i najlepiej przespać, przeczekać żeby zbyt dużych strat nie uczynić. ale dziś rano doznałam olśnienia, że po co to robić? wystarczy być uważnym i sprytnym i organizować sobie czas low-costowo. na przykład gotować wieczorami na cztery ręce, robiąc uniki przed łąpczywością paszcz kocich, żeby za oszczędności zjadać sobie w weekend rozpustne śniadanie z widokiem na MDM ;-) wymieniać bezużyteczne kupony na siłownię na wielce pożądane kupony do kina - szczęśliwie chudość jak na razie nam dopisuje, a nawet gdyby tygryski zaczęły grubnąć, to lepsze takie, a szczęśliwe niż odwrotnie. oraz spacery... dużo spacerów. bo to darmowy generator szczęśliwości. da się! trzeba tylko znaleźć właściwy punkt odniesienia...

www.haroldsplanet.com

środa, 16 marca 2011

break through

jak dziwnie wejść tutaj po 5 miesiącach... 5 dłuuugich miesiącach. z lekkim drżeniem serca muszę przyznać. tak koślawo i nieporadnie, jakbym od nowa uczyła się chodzić...

przeczytałam swojego ostatniego opublikowanego posta i mam wrażenie jakby przez ten czas mój świat obrócił się o 180 st. uderzyło mnie to poczucie wolności, którym byłam przepełniona. to trochę jakby uchwycić ten cenny moment i zachować go na zawsze. czas, który później nastał był zdecydowanie mniej optymistyczny. nawet pomimo tego, że wydarzyła się cała masa pozytywnych rzeczy... nawet bardzo pozytywnych, o których tak strasznie chciałam napisać. być może ten natłok szczęścia mnie tak poczatkowo przyblokował. tak strasznie dużo chciałam powiedzieć, że... zamilkłam. później nie chciałam zaburzać chronologii. a później otworzyła się jakaś czarna przepastna dziura niemocy.

dokładnie tydzień po ostatnim poście, przechadzając się po stambulskim parku, tak zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic, nie-mąż oświadczył mi się w promieniach zachodzącego słońca. i było to tak surrealistyczne, a takie nasze jednocześnie... ten dzień jest jak wypalone słońcem zdjęcie. troszkę zamglone, a z drugiej strony takie wyraźne. w ogóle cały nasz ostatni stambulski wyjazd był cudowny, luźny, beztroski i taki NASZ. z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to najlepszy czas jaki kiedykolwiek się nam przydarzył.

ale ktoś mądrze powiedział, że im większe szczęście tym krócej trwa... i coś w tym jest. oczywiście nie chcę histeryzować i użalać się nad sobą, bo nie stało się nic co by mnie do tego upoważniało, ale... zima to po prostu nie był mój najlepszy czas. pomimo, że w połowie listopada pojechaliśmy do Monachium po Mikę i wszystko udało się doskonale, no może prawie wszystko - bo dziewczyny do tej pory, po upływie 4 miesięcy, nie zapałały do siebie miłością ;-) no ale poprawa jest znaczna. pomimo, że Święta były fajne, bo spokojniejsze niż zwykle, piernikowe i w większym gronie, bo przyjechała moja siostra. pomimo, że wreszcie podjęliśmy decyzję, która tego podjęcia wymagała i trochę jakby kamień z serca. pomimo tego wszystkiego, a może właśnie po trochu przez to wszystko jestem jakoś bardziej przyciśnięta, zabiegana, mniej beztroska. to wszystko wymagało jednak niemałego wysiłku. i wciąż jeszcze wymaga... ale już czuję się lepiej. wiosna idzie! czuć to coraz bardziej. słońce zaglądające do okien... ożywienie  na ulicach i w parkach... koniec wiecznych ciemności. teraz pora na to, żeby korzystać, wyciskać co się da i ładować akumulatory!

a pierwsze kroki terapii to tran z witaminą D, małe soczyste zakupy, regularne wyjścia do kina i... teatru! tak właśnie! i spacery.

I'm back ;-)

a na deser piosenka, która gra w mojej głowie od wczoraj...