środa, 16 marca 2011

break through

jak dziwnie wejść tutaj po 5 miesiącach... 5 dłuuugich miesiącach. z lekkim drżeniem serca muszę przyznać. tak koślawo i nieporadnie, jakbym od nowa uczyła się chodzić...

przeczytałam swojego ostatniego opublikowanego posta i mam wrażenie jakby przez ten czas mój świat obrócił się o 180 st. uderzyło mnie to poczucie wolności, którym byłam przepełniona. to trochę jakby uchwycić ten cenny moment i zachować go na zawsze. czas, który później nastał był zdecydowanie mniej optymistyczny. nawet pomimo tego, że wydarzyła się cała masa pozytywnych rzeczy... nawet bardzo pozytywnych, o których tak strasznie chciałam napisać. być może ten natłok szczęścia mnie tak poczatkowo przyblokował. tak strasznie dużo chciałam powiedzieć, że... zamilkłam. później nie chciałam zaburzać chronologii. a później otworzyła się jakaś czarna przepastna dziura niemocy.

dokładnie tydzień po ostatnim poście, przechadzając się po stambulskim parku, tak zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic, nie-mąż oświadczył mi się w promieniach zachodzącego słońca. i było to tak surrealistyczne, a takie nasze jednocześnie... ten dzień jest jak wypalone słońcem zdjęcie. troszkę zamglone, a z drugiej strony takie wyraźne. w ogóle cały nasz ostatni stambulski wyjazd był cudowny, luźny, beztroski i taki NASZ. z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to najlepszy czas jaki kiedykolwiek się nam przydarzył.

ale ktoś mądrze powiedział, że im większe szczęście tym krócej trwa... i coś w tym jest. oczywiście nie chcę histeryzować i użalać się nad sobą, bo nie stało się nic co by mnie do tego upoważniało, ale... zima to po prostu nie był mój najlepszy czas. pomimo, że w połowie listopada pojechaliśmy do Monachium po Mikę i wszystko udało się doskonale, no może prawie wszystko - bo dziewczyny do tej pory, po upływie 4 miesięcy, nie zapałały do siebie miłością ;-) no ale poprawa jest znaczna. pomimo, że Święta były fajne, bo spokojniejsze niż zwykle, piernikowe i w większym gronie, bo przyjechała moja siostra. pomimo, że wreszcie podjęliśmy decyzję, która tego podjęcia wymagała i trochę jakby kamień z serca. pomimo tego wszystkiego, a może właśnie po trochu przez to wszystko jestem jakoś bardziej przyciśnięta, zabiegana, mniej beztroska. to wszystko wymagało jednak niemałego wysiłku. i wciąż jeszcze wymaga... ale już czuję się lepiej. wiosna idzie! czuć to coraz bardziej. słońce zaglądające do okien... ożywienie  na ulicach i w parkach... koniec wiecznych ciemności. teraz pora na to, żeby korzystać, wyciskać co się da i ładować akumulatory!

a pierwsze kroki terapii to tran z witaminą D, małe soczyste zakupy, regularne wyjścia do kina i... teatru! tak właśnie! i spacery.

I'm back ;-)

a na deser piosenka, która gra w mojej głowie od wczoraj...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz