wtorek, 22 marca 2011

storm

tak sobie myślałam, że jak podpisze cyrograf to nastąpi jakiś wielki zwrot. wszystko się zmieni. nie do poznania. a tymczasem... życie płynie normalnie, słońce wschodzi i zachodzi, koty miauczą o poranku, przysypiam w tramwaju na stojąco, w korpo mija dzień za dniem. raz wyższe ciśnienie, raz niższe - standard. nie czuję jakiejś specjalnej ekscytacji ani z drugiej strony przerażenia. nie mam wrażenia że za chwilę wielka kula, która nade mną wisi spadnie mi na łeb. nic z tych rzeczy. na szczęście i odpukać!

myślałam też sobie, że najbliższy rok trzeba będzie wgryźć się w ziemię i najlepiej przespać, przeczekać żeby zbyt dużych strat nie uczynić. ale dziś rano doznałam olśnienia, że po co to robić? wystarczy być uważnym i sprytnym i organizować sobie czas low-costowo. na przykład gotować wieczorami na cztery ręce, robiąc uniki przed łąpczywością paszcz kocich, żeby za oszczędności zjadać sobie w weekend rozpustne śniadanie z widokiem na MDM ;-) wymieniać bezużyteczne kupony na siłownię na wielce pożądane kupony do kina - szczęśliwie chudość jak na razie nam dopisuje, a nawet gdyby tygryski zaczęły grubnąć, to lepsze takie, a szczęśliwe niż odwrotnie. oraz spacery... dużo spacerów. bo to darmowy generator szczęśliwości. da się! trzeba tylko znaleźć właściwy punkt odniesienia...

www.haroldsplanet.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz