kiedyś myślałam sobie, że jedyna słuszna droga to wieść życie idealne. a w każdym razie dążyć do tego ideału. a co to miało znaczyć? chyba nieodstawanie od reszty... unifikację. wpisanie się w powtarzalny schemat. wszyscy przecież dążą do tego żeby mieć idealną pracę, mieszkanie, męża i dzieci... i chyba nawet w tej kolejności. tylko niewiele osób wybiera dla siebie inną drogę. tylko niewielu ma odwagę zapytać samych siebie czego tak naprawdę chce. a jeszcze mniej ma odwagę przyznać, że czegoś innego.
mi otrząśnięcie się z tego stanu zaprogramowania na bycie idealnym zajęło kawałek czasu. nie żebym systematycznie podążała w tym kierunku, ale zawsze z tyłu głowy miałam myśl, że muszę robić to co inni. na szczęście zestarzałam się nieco... a to pomaga. zresztą to chyba jedyna kwestia w której starzenie się pomaga. i nie mam już wyrzutów sumienia, że zamiast rodzić dzieci przygarniam koty, zamiast odkładać na mieszkanie podróżuję, a zamiast męża mam nie-męża. na wszystko przyjdzie (albo i nie przyjdzie) pora. mogę robić to co daje mi szczęście a nie to co wypada! nie chcę większości życia spędzać w korporacji, żeby wracać na noc do eleganckiego ale pustego mieszkania. to nie moja bajka. nie jestem stworzona do wyścigu. wolę wrócić do sfatygowanego bloku z ramy H i spokojnie zastanowić się co zrobić na kolację, snuć plany o kolejnych wakacjach, pobawić się zdjęciami, wpaść na jakiś genialny pomysł, albo robić inne mało (lub trochę bardziej) znaczące dla świata rzeczy. a to wszystko przy akompaniamencie dwóch futer kręcących się pod nogami. taki mam plan na teraz.
pozwolę mu się zmieniać i ewoluować kiedy tylko tego zapragnie...
środa, 13 października 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)