w sobotni poranek nie-mąż zaserwował coś na równi eksperymentalnego i przepysznego. niby prosta bruschetta, ale wyszła tak doskonała, że teraz to moje ulubione danie. mogę ją jeść bez końca! szczególnie, że przygotowanie zajmuje... 5 minut. i to jest genialne. mam zamiar zajadać się nią do znudzenia, szczególnie że sezon na pyszne pomidory w pełni. połączenie kruchej bułki, soczystych, aromatycznych pomidorów i świeżej kolendry to jest zdecydowanie to co króliczki lubią najbardziej!!!
moja miłość do kolendry jest kompletnie nieprzyzwoita. mogę ją jeść garściami i jestem całkowicie uzależniona od jej oryginalnego smaku, który potrafię wyczuć prawie wszędzie. ale wiem, że niektórzy jej nie znoszą. traktują z rezerwą, jak dziwadło jakieś. po raz pierwszy miałam z nią przyjemność w Blue Cactusie i... nie była to miłość od pierwszego spotkania, ale z całą pewnością rozbudziła moją ciekawość i, jak się potem okazało, z miejsca zaczęła mnie uzależniać. teraz jestem opętana... co tydzień kupuję nowy pęczek. i wymyślam, co by tu tylko zrobić z kolendrą.
mniej zagorzałym fanom kolendry proponuję rukolę, pietruszkę lub bazylię. zastępstwo godne, choć nie doskonałe :-)
Najlepsza pod słońcem bruschetta
(przepis wariacki nie-męża)
Porcja dla 2 osób (przekąska)
1 dojrzały pomidor
1/2 bagietki (ewentualnie 4 kromki innej bułki lub chleba górskiego)
masło czosnkowe (wystarczy kupne)
świeża kolendra
sól
pieprz
pół bagietki przekroić na 4 części - wzdłuż, a następnie w poprzek. posmarować masłem czosnkowym.
piekarnik ustawić na opcję grilla na ok 200°C. odczekać ok. minutę i wstawiać bułki na najwyższą półkę w piekarniku (najbliżej grilla). po ok. 2-3 minutach (bułki mają sie zrumienić, ale nie przypalić) wyjąć.
pokroić pomidora w kostkę. ułożyć go na zgrillowanej bułce, posolić i popieprzyć. obficie posypać niezbyt drobno posiekaną kolendrą.
a później tylko jeść, jeść i się cieszyć!!!
polecam!
--------------------------------------
post scriptum i post factum
taaa... rozochocona tym postem z ledwością zapanowałam nad ślinotokiem i postanowiłam upichcić naprędce bruschettę. po raz pierwszy robiłam ją własnoręcznie, nie za pośrednictwem medium, jakim do tej pory był nie-mąż. oczywiście wszystko łatwo się robi cudzymi łapkami... tak więc, niestety muszę się przyznać do mojego żenującego wyczynu...
a zatem... najpierw włączyłam grill, ale nie ustawiłam temperatury, więc piekarnik nie nagrzał się był. ale, ale... ma się ten refleks. szybko naprawiłam swój błąd. niestety kolejny wyczyn mnie samą powalił na kolana, więc ze zrozumieniem i pokorą przyjmę wszystkie nadciągające salwy śmiechu. mianowicie sprawdzając, czy bułeczki są już być może gotowe wypuściłam z piekarnika chmurę czarnego, śmierdzącego dymu. tak, tak, pomimo, że wszystkich ostrzegałam, coby przpadkiem nie spalić, ja wiem.
smród niewyobrażalny, w mieszkaniu sino, sąsiedzi z uporem maniaka wyklinają mnie pod nosem. jest pięknie. bułeczki czarne. przez tę mgłę ledwo dostrzegam Gajkę, która zerka na mnie z politowaniem. prawie widzę jak puka się w głowę... być może to halucynacje spowodowane przejściowym zaczadzeniem. ale nic to. dzielnie otwieram okna, włączam nawiew i robię przymusowe wietrzenie. następnie pewnym krokiem podchodzę do bułeczek, gdyż łakomstwo moje jest niepohamowane, i zagajam kurtuazyjną gadkę. pozbawiam je zgrabnie nadmiernej opalenizny metodą peelingu nożykiem i niewzruszona przechodzę do kolejnych etapów, błędnym wzrokiem ogarniając, wciąż jeszcze siną, nicość.
a z tego miejsca apeluję o zachowanie zimnej krwi i nonszalancję. bułeczki wychodzą bowiem pierwszorzędne, po smrodzie ani śladu, więc warto było. co więcej, jak zostało właśnie naukowo udowodnione, jest to przepis który, nawet pomimo przeciwności losu, nie może nie wyjść!
podsumowując, mam tylko jedną małą wskazówkę - może nie warto aż tak ostentacyjnie pchać bułeczki wprost pod rożen. wszak to nieludzkie. istne piekło. dajmy jej nieco przestrzeni, niech pooddycha czosnkowym aromatem, poćwiczy płuca... reszta to już bułka z masłem ;-)
cheers!