środa, 30 czerwca 2010

eggplant czyli jajogłowiec

w poniedziałek, po nadwiślańskim wojażu, o godzinie 20:30 zabraliśmy się za przygotowywanie kolacji. mieliśmy upolowaną dorodną sztukę bakłażana, więc radośnie rzuciłam się w wir przeszukiwania internetu i znalazłam ciekawski przepis. bo bakłażan to zawsze było dla mnie problematyczne warzywo, które pięknie wygląda, ale gorzej smakuje. albo jest suche i bez smaku - jeśli się nie doda oliwy, albo tłuste, jeśli się z nią przesacdzi. bo oliwę bakłażan pije bez opamiętania. dlatego trzeba wyważyć. a poniższy przepis pozwala uzyskać z bakłażana to co najlepsze. mięsista struktura warzywa w połączeniu z delikatną, śmietankową mozarellą, do tego oliwki, czosnek i pomidory. zestaw idealny.


Roladki z bakłażana nadziewane mozarellą
(zmodyfikowany przepis z Kwestii Smaku)

Porcja dla 2 osób

1 kulka mozzarelli
1 bakłażan
1 mała cebulka
1 puszka krojonych pomidorów
1/3 płaskiej łyżeczki harissy (opcjonalnie)
3 ząbki czosnku
9 czarnych oliwek (najlepiej po 1 na każdy plaster bakłażana)
oliwa z oliwek
sól i pieprz

mozzarellę pokroić na plasterki. bakłażana pokroić wzdłuż na cienkie plastry, posypać solą i odstawić na 15 minut, aby puścił sok i pozbył się goryczki.

w międzyczasie pokroić cebulkę w kosteczkę i zeszklić ją na 2 łyżkach oliwy na małym ogniu. dodać pomidory i harissę, doprawić solą oraz pieprzem, gotować przez 5 minut, mieszając od czasu do czasu.

bakłażany opłukać i osuszyć, polać oliwą z oliwek. smażyć na patelni grillowej przez około 5 minut z każdej strony, aż będą miękkie i pokryją się ciemnymi pasami.

czosnek drobno posiekać, podsmażyć na odrobinie oliwy, dodać drobno posiekane oliwki. farsz nałożyć na plasterki bakłażanów, na wierzchu położyć po kawałku mozzarelli. zwinąć w roladki i spiąć wykałaczkami.

do żaroodpornego naczynia wlać sos pomidorowy i ułożyć na nim roladki. wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. zapiekać przez kilkanaście minut, aż ser się rozpuści.


powtórka ze szparagów

w tym roku najedliśmy się do syta truskawek i szparagów. a im więcej jedliśmy tym bardziej miałam ochotę próbować nowe przepisy. i w końcu znalazłam coś wyjątkowego. przepis na szparagi, który tworzy kombinację idealnych dla mnie samków. nawet teraz, kiedy piszę tego posta, ślinię się na samo wspomnienie...

przepis nie jest tak purytański i low-cost'owy jak szparagi z jajem, ale naprawdę warto zainwestować w oryginalne składniki. parmezan starczy na wiele razy, a szynki parmeńskiej nie da się niczym zastąpić. jest miękka, delikatna, rozpływająca się w ustach...


Szparagi z szynką parmeńską i parmezanem
(zmodyfikowany przepis z Kwestii Smaku)

Przepis na 2 porcje

10-12 zielonych szparagów
4-6 cieniutkich plasterków szynki parmeńskiej
parmezan w płatkach, około 30 g
świeżo zmielony czarny pieprz
opcjonalnie sos winegret

odciąć i wyrzucić twarde końce szparagów (ok. 3 cm). resztę obrać do 2/3 długości, ale prawda jest taka, że sprawdzone szparagi można gotować bez obierania. gotować w osolonej wodzie przez 5-7 minut. po wyjęciu pokroić na 3 cm kawałki (można też najpierw pokroić szparagi na 3 cm kawałki, a dopiero później ugotować, pamiętając, żeby najpierw wrzucić same środki, a dopiero później dodać końcówki).

szparagi rozłożyć na 2 talerze, położyć na nie szynkę parmeńską. na wierzch posypać płatkami parmezanu (ściętymi obieraczką do warzyw).

polać sosem winegret (lub dressingiem włoskim), chociaż szczerze przyznam, ze sos wcale nie jest konieczny, bez niego smakuje wybornie. na koniec posypać świeżo zmielonym czarnym pieprzem. sałatkę można podać z bagietką.


oczywiście bez kontroli jakości się nie obyło... wszystko sprawdzone, czy aby jadalne. no bo lepiej dbać o rękę, która tak dobrze karmi, nie? cóż za bezinteresowność...



kochany koteczek!!!

wtorek, 29 czerwca 2010

stary dobry wujek Google...

...przypomina o 110. rocznicy urodzin Antoine de Saint-Exupéry.








czyż to ne doskonałe? chwyta za serce każdego małego księcia.

i trochę wspomnienia wracają... bo mały książe to był pierwszy prezent od nie-męża. tyle że w 99 rocznicę urodzin autora :-) boszzzzz.... jak to możliwe ;-)

spacerniak

kto mieszka w Warszawie ten wie, że Wisła to taki warszawski spacerniak. oczywiście nie rzeka sama w sobie, ale jej okolice. i nawet pomimo faktu, że niezbyt chlubne te okolice. tym bardziej po podtopieniach ostatnich. w poniedziałek obraliśmy więc kierunek przeciwny - w stronę żoliborza. i tam już nieco lepiej.

chociaż jest jedna kwestia, która osobiście strasznie mnie wkurza! rowerzyści. oczywiście uwiebiam ich, kiedy jeżdżą sobie po wydzielonych ścieżkach. ale to, że w trakcie spaceru muszę schodzić z drogi, żeby jakiś rozpędzony ludek na dwóch kółkach we mnie nie wjechał, to już lekkie przegięcie. ja szanuje ścieżki rowerowe, nie łaże po nich, rozglądam się zanim przez nie przejdę, więc do jasnej cholery liczę na wzajemność!!! dlaczego to ma być relacja jednostronna? wymagania stawia się tylko pieszym? wtf? gdyby jeszcze ścieżki tam nie było, to powiedziałabym, że trudno... a tak, mam mściwe wizje - siebie ładującą kij między szprychy! no nic na to nie poradzę...

trochę liczę na to, że kiedy swoją działalność rozpocznie centrum nauki, tereny wokół Wisły zostaną lepiej zagospodarowane. może nawet zatrudnią kogoś kto kij w szprychy będzie wsadzał zamiast mnie? bo tak generalnie to nad Wisłą jest super. chłodniej niż w środku miasta, przestrzenie... taki prawie mini mini mini Bosfor. i trochę się zagapić w nicość można, co bardzo relaksuje. i z miejsca człowiek bardziej kreatywny się staje! rozbawiony i zrelaksowany do tego. powinni to przepisywać na receptę. działa jak antydepresant!












niedziela, 27 czerwca 2010

jak okiełznać kalmara

w piątek daliśmy się porwać dzikiemu pomysłowi przyrządzenia sałatki z kalmara, według przepisu Jamiego O. i żeby było zabawniej, postanowiliśmy użyć całego kalmara, żeby nie kojarzył nam się tylko z krążkami smażonymi w głębokim tłuszczu. w końcu na tyle już zgłębiliśmy wiedzę tajemną, że nadeszła pora na jakieś wyzwanie. i to wyzwanie wyglądało tak...


rozochoceni zabraliśmy się za przeszukiwanie internetu celem zdobycia instrukcji obrazkowej. bogom dzięki za youtuba! oglądaliśmy, przeglądaliśmy, straciliśmy pół godziny... ale wyedukowani postanowiliśmy wdrożyć w życie ten barbażyński proceder.


i szczerze mówiąc, jak na pierwszy raz, poszło nam całkiem nieźle. mission complete. bladzi z dumy lecz z wypiekami na policzkach, z niecierpliwością oczekujący tego co jeszcze przed nami, przystąpiliśmy do kolejnych kroków. i nieoczekiwanie nastąpiła pewnego rodzaju klęska. kiedy sytuacja wydawała się opanowana, napotkaliśmy schody przy tak, wydawałoby się, dziecinnej czynności jak smażenie. kalmar okazał się tak nieśmiały, że zwijał się nieustannie i za żadne skarby nie chciał złapać rumieńca. doszliśmy do wniosku, że to przez zbytnią nonszalancję w nacinaniu oczyszczonego kalmara. trzeba się bowiem ściśle trzymać instrukcji, co powinno zagwarantować sukces. oczywiście mogę jedynie głęboko w to wierzyć, gdyż u nas jak wiadomo sukcesu nie było. niemniej jednak po usilnych staraniach, w końcu udało się dopiec niepokorną sztukę. i, pomijając straty w postaci dymiącej patelni i znajomego zapaszku spalenizny, kalmar wyszedł prawie idealny. miekki, mięsisty, tyle, że bez czarnych grilowanych prążków.
ale szczerze? po tym etapie byliśmy kompletnie wyczerpani, więc przepis polecam tym, którzy mają doświadczenie w kuchni oraz sporo sił witalnych i nie poddają się przy pierwszych przeciwnościach losu.

chociaż z drugiej strony, kto może powiedzieć, że wie jak oczyścić kalmara? niewielu... a nowe doświadczenia są bardzo budujące i cieszą jak żadne inne.


Sałatka z kalmarów na ciepło z sosem chilli
(przepis Jamiego Olivera)

Porcja dla 4 osób

3 niewielkie surowe kalmary (lub 1 duży)
puszka białej fasoli cannellini
2 łyżki oliwy
sól
pieprz
2 łyżki soku z cytryny
kilka garści rukoli

Sos chilii
kilka ostrych papryczek chilli
4 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
3 łyżki soku z cytryny albo z limonki
szczypta soli
trochę pieprzu

oczyszczanie kalmara rozpocząć od odcięcia odnóżek, poniżej oka. wystającą resztę pewnym i spokojnym ruchem wyciągnąć z tuby. następnie obrać kalmara z nakrapianej skórki, dokładnie usuwając wszystkie błonki. rozciąć tubę i położyć na papierowym ręczniku kuchennym lub ściereczce zewnętrzną stroną do góry. zwykłym nożem kuchennym ostrożnie zrobić płytkie nacięcia, nie na wylot. obrócić tubę i naciąć na krzyż.

otworzyć puszkę fasoli, odlać płyn i dokładnie wypłukać. do rozgrzanego rondelka wlać oliwę i wsypać fasolę. dodać sól i pieprz, wlać sok z cytryny. powoli podgrzewać fasolę od czasu do czasu mieszając. w międzyczasie umyć rukolę.

ze świeżych papryczek łyżeczką lub nożem należy usunąć pestki i wyrzucić (ja używam papryczek razem z pestkami, ze względu na moją słabość do rzeczy piknantnych), pokroić papryczki w cienkie paseczki i drobno posiekać. wrzucić do szklanki, wlać oliwę i sok z cytryny albo z limonki. dodać szczyptę soli, troszkę pieprzu i wymieszać łyżeczką. sos powinien być ostry i nieco kwaskowy.

silnie rozgrzać żeliwną patelnię z żeberkami. nie nalewać tłuszczu, bo będzie się dymił. wrzucić na nią kalmary, zacząć od odnóżek, bo potrzebują więcej czasu, niż tuba. po chwili dorzucić nacięte tuby. gdy się usmażą, przewrócić.

do miski wrzucić rukolę, dodać gorącą fasolę. gdy kalmary nabiorą ładnego koloru, zdjąć je z patelni i pokroić, dorzucić do miski. wlać sos z chilli i szybko wymieszać. sałatkę podawać na ciepło.

sobota, 26 czerwca 2010

zioło

jestem obolała, ale przynajmniej czuję, że żyję... śpię jak zabita. i mam powera znowu, żeby gotować! wczoraj ugościłam nie-męża strudzonego po podróży nie czym innym niż bruschettą i... tadam! rehabilitacja jacka soplicy... nic nie spaliłam!!! co więcej - chlebki wyszły idealnie rumiane, a jednoczesnie nie wyschnięte!

naoglądałam się kuchni.tv i mam głowę pełną pomysłów. za mało dni, żeby je wszystkie zrealizować, zanim nie-mąż znowu na północ wyruszy. bo zdecydowanie jest w kuchni jedna najważniejsza zasada - posiłkiem trzeba się mieć z kim dzielić! to jest cała siła napędowa, która mobilizuje do przygotowywania czegokolwiek! a sytuacja jest wprost idealna, kiedy osoba dla której gotujemy potrafi docenić nasz kunszt. albo jeszcze lepiej, kiedy dołącza do gotowania. wtedy pojawia się taka magiczna atmosfera... śmiech, żarciki, kuszące zapachy i wszechobecne, soczyste kolory apetycznych składników, które tak strasznie cieszą oczy. bo mam taką teorię, że je się też trochę oczami. i coś co jest z dbałością przygotowane smakuje znacznie lepiej niż to samo danie podane niechlujnie.

no i znowu marzy mi się własny ziołowy ogródek. albo chociaż skrzynka na balkonie. w międzyczasie, skoro balkonu brak, może uda się coś wychodowac w zwykłych doniczkach? o ile wielce-nam-panujący Gaj pozwoli ;-) zaopatrzyłam się już nawet w nasionka. oglądam różne skrzynki, żeby wybrać tą, w której, widziane oczyma wyobraźni, bujne zioła wyglądałyby najlepiej...


och jak już bym chciała!!!

a przy piątku na koncie pojawił się mały sukces. warto było zawalczyć. dwa dni w miesiącu pracy z domu :-) jak by nie patrzeć to 24 dni w roku... mała rzecz a cieszy!

środa, 23 czerwca 2010

pomarańczka

dzisiaj korpo umożliwiło nam prace fizyczne, a mi również na wyokoścach, w ramach wolontariatu. i szczerze, to jedyna rzecz, którą w pełni popieram. no może oprócz dodatku wakacyjnego i bonusa! ;-) pomimo, że praca ciężka, kiedy ma się szczytny cel motywacja pojawia się jakby znikąd. przynajmniej do czasu kompletnego opadku sił. poza tym można się nieco opalić, pogadać, pośmiać, poznać bliżej ludzi, nabyć nowych umiejętności obsługi wałka, sadzenia iglaków, bić rekordy w zjadaniu galaretek w czekoladzie oraz wielu, wielu innych ciekawych rzeczy, których siedząc w klimie za biurkiem nie doświadczysz! a co najlepsze, wszystko w trakcie pracy, no bo ręce zajęte, a mózg wolny przecież i aktywny w dodatku.
i te dzieciaki zawsze takie fajne... uśmiechnięte, pracowite, a nie zblazowane. aż chce się pomagać.

Harold pasuje tu jak ulał ;-)

przykre jedynie, że ogródek jordanowski, w którym pracowaliśmy w zeszłym roku rozwalono w gruz. nasze malowidła misterne. biedronka, któraż stała się symbolem ruchu robotniczego... wszystko zrównane z ziemią. i pech chciał, że gazety pisały o tym na dzień przed naszą nową misją. taki gratisowy motywator. mam tylko nadzieję, że pojawienie się korpo w jakiejś placówce nie oznacza zrównania jej z ziemią w pierwszą rocznicę zdarzeń. a ja nie zdążyłam nawet odwiedzić biedronki...

lecz no worries. biedronkę maleńką przemyciłam również tym razem jako znak firmowy. i dodam, że było to prawie polecenie służbowe, a nie jakieś tam zasad łamanie. co z tego, że w skali 1:500. wielkość, jak na symbol, idealna.

zajęcia na powietrzu wszystkim nam bardzo służą. moja marudna działówka ani razu nie jęknęła. przez dzień cały. na dodatek tylko na 2 kawach poprzestała. z kolei część która pracowała wewnątrz radośnie nawdychała się oparów farby i w błogim myślostanie zapomniała jak się narzeka.

a najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że od razu efekty pracy widać. całkiem spore efekty. i satysfakcja, że tymi raczkami... i dzieci się śmieją... choć niektóre narzekają, że boisko być miało, a nie skalniak jakiś. niemniej jednak efekt końcowy chyba do nich przemówił.

motto dzisiejszego dnia:
w kupie siła!

wtorek, 22 czerwca 2010

prościutko

w sobotni poranek nie-mąż zaserwował coś na równi eksperymentalnego i przepysznego. niby prosta bruschetta, ale wyszła tak doskonała, że teraz to moje ulubione danie. mogę ją jeść bez końca! szczególnie, że przygotowanie zajmuje... 5 minut. i to jest genialne. mam zamiar zajadać się nią do znudzenia, szczególnie że sezon na pyszne pomidory w pełni. połączenie kruchej bułki, soczystych, aromatycznych pomidorów i świeżej kolendry to jest zdecydowanie to co króliczki lubią najbardziej!!!

moja miłość do kolendry jest kompletnie nieprzyzwoita. mogę ją jeść garściami i jestem całkowicie uzależniona od jej oryginalnego smaku, który potrafię wyczuć prawie wszędzie. ale wiem, że niektórzy jej nie znoszą. traktują z rezerwą, jak dziwadło jakieś. po raz pierwszy miałam z nią przyjemność w Blue Cactusie i... nie była to miłość od pierwszego spotkania, ale z całą pewnością rozbudziła moją ciekawość i, jak się potem okazało, z miejsca zaczęła mnie uzależniać. teraz jestem opętana... co tydzień kupuję nowy pęczek. i wymyślam, co by tu tylko zrobić z kolendrą.

mniej zagorzałym fanom kolendry proponuję rukolę, pietruszkę lub bazylię. zastępstwo godne, choć nie doskonałe :-)


Najlepsza pod słońcem bruschetta
(przepis wariacki nie-męża)

Porcja dla 2 osób (przekąska)

1 dojrzały pomidor
1/2 bagietki (ewentualnie 4 kromki innej bułki lub chleba górskiego)
masło czosnkowe (wystarczy kupne)
świeża kolendra
sól
pieprz

pół bagietki przekroić na 4 części - wzdłuż, a następnie w poprzek. posmarować masłem czosnkowym.

piekarnik ustawić na opcję grilla na ok 200°C. odczekać ok. minutę i wstawiać bułki na najwyższą półkę w piekarniku (najbliżej grilla). po ok. 2-3 minutach (bułki mają sie zrumienić, ale nie przypalić) wyjąć.

pokroić pomidora w kostkę. ułożyć go na zgrillowanej bułce, posolić i popieprzyć. obficie posypać niezbyt drobno posiekaną kolendrą.

a później tylko jeść, jeść i się cieszyć!!!

polecam!


--------------------------------------
post scriptum i post factum

taaa... rozochocona tym postem z ledwością zapanowałam nad ślinotokiem i postanowiłam upichcić naprędce bruschettę. po raz pierwszy robiłam ją własnoręcznie, nie za pośrednictwem medium, jakim do tej pory był nie-mąż. oczywiście wszystko łatwo się robi cudzymi łapkami... tak więc, niestety muszę się przyznać do mojego żenującego wyczynu...

a zatem... najpierw włączyłam grill, ale nie ustawiłam temperatury, więc piekarnik nie nagrzał się był. ale, ale... ma się ten refleks. szybko naprawiłam swój błąd. niestety kolejny wyczyn mnie samą powalił na kolana, więc ze zrozumieniem i pokorą przyjmę wszystkie nadciągające salwy śmiechu. mianowicie sprawdzając, czy bułeczki są już być może gotowe wypuściłam z piekarnika chmurę czarnego, śmierdzącego dymu. tak, tak, pomimo, że wszystkich ostrzegałam, coby przpadkiem nie spalić, ja wiem.

smród niewyobrażalny, w mieszkaniu sino, sąsiedzi z uporem maniaka wyklinają mnie pod nosem. jest pięknie. bułeczki czarne. przez tę mgłę ledwo dostrzegam Gajkę, która zerka na mnie z politowaniem. prawie widzę jak puka się w głowę... być może to halucynacje spowodowane przejściowym zaczadzeniem. ale nic to. dzielnie otwieram okna, włączam nawiew i robię przymusowe wietrzenie. następnie pewnym krokiem podchodzę do bułeczek, gdyż łakomstwo moje jest niepohamowane, i zagajam kurtuazyjną gadkę. pozbawiam je zgrabnie nadmiernej opalenizny metodą peelingu nożykiem i niewzruszona przechodzę do kolejnych etapów, błędnym wzrokiem ogarniając, wciąż jeszcze siną, nicość.

a z tego miejsca apeluję o zachowanie zimnej krwi i nonszalancję. bułeczki wychodzą bowiem pierwszorzędne, po smrodzie ani śladu, więc warto było. co więcej, jak zostało właśnie naukowo udowodnione, jest to przepis który, nawet pomimo przeciwności losu, nie może nie wyjść!

podsumowując, mam tylko jedną małą wskazówkę - może nie warto aż tak ostentacyjnie pchać bułeczki wprost pod rożen. wszak to nieludzkie. istne piekło. dajmy jej nieco przestrzeni, niech pooddycha czosnkowym aromatem, poćwiczy płuca... reszta to już bułka z masłem ;-)

cheers!

poniedziałek, 21 czerwca 2010

zgon o poranku

tak ciężkich poranków nie życzę nikomu. szczególnie poniedziałkowych poranków. dzisiaj miałam totalny zgon i po raz pierwszy poważnie rozważałam urlop na żądanie. bo to co innego kiedy jestem niewyspana i zwyczajnie mi się nie chce, a co innego kiedy mam kompletny rozkład. oprócz niewyspania dochodzi jeszcze masakryczny ból głowy, światłowstręt i nudności.

a wieczór był taki piękny... Depeche Mode, romantyczne świeczki, Chianti i  nocne polaków rozmowy.

dochodzę do wniosku, że starzeję się w zastraszającym tempie. pół butelki wina zwaliło mnie z nóg. może to dlatego, że niewiele jadłam w ciągu dnia? ale... marna pociecha...

jak można się tak złoić taką ilością alkoholu? przykre to bardzo, ale jak widać można. i na tym chciałabym już zakończyć ten żenujący post pisany ku przestrodze. dla mnie samej ku przestrodze. wielkimi literami!!!

piątek, 18 czerwca 2010

after party

i znów czuję się jak młody bóg. odpowiednia zawartość winka we krwi robi swoje. do tego słońce rażące w oczy... i do przodu. a za chwilę weekend.

korpo-party było krótkie i treściwe. smaczne i zabawne. przemaszerowałam przez niez gracją, w różowych rajstopkach. kilka centymetrów ponad ziemią. skomplementowana prawie do nieprzytomności... ale ja naprawdę wiele mogę znieść ;-)

po powrocie do domu okazało się, że nie-mąż przed odlotem wypił w skandynawskim lounge'u tyleż samo winka co ja, na dodatek bez okazji żadnej. no chyba, że z dzikiej radości z powrotu do mżonki. skomplementował mnie skromnie. jak na moje, rozbuchane w dniu wczorajszym, ego nawet trochę za skromnie... i zabraliśmy sie do montażu drapaczka. znaczy on się zabrał, a ja go wspierałam duchowo... w różowych rajstopkach. o dziwo wszysttko się udało i w pokoju wtrosło nam drzewo na wysokość 1,80 m. Gaj nie posiada się z radości. pomagał dzielnie oczywiście, zasiadając kolejno na wszystkich pojawiających się kondygnacjach. a kiedy doszła wreszcie do ostatniej, wyglądała jak kleopatra, rozanielona i ukontentowana... królowa na włościach.








robaczek

nieudolne zdjęcie uroczego drapaczka

czwartek, 17 czerwca 2010

design rules

no i własnie wtedy, kiedy postanowiłam nie wydawać kasy na pierdoły, wgryzać się w ścianę i oszczędzać, pojawił się ON. nieskazitelnie biały, wymuskany, błyszczący. to była miłość od pierwszego wejrzenia. kolejny przedmiot pożądania, bez którego żyć można... no można, tylko po co?

 

co więcej jest to wersja "ekonomiczna" podobno. cóż za niespodziewana okazja...

w ogóle w trakcie wczorajszego posiedzenia przed kompem naszła mnie taka dzika ochota na zaprojektowanie mieszkania. co więcej, zaprojektowanie go bez żadnych ograniczeń. taki dream home, w którym stół kosztuje tyle co moja miesięczna pensja... na swoje usprawiedliwienie mogę dodać jedynie, że stół z litego drewna wystrugany został. no ale...

najgorsze jest jednak to, że nie wszystko co pięknie wygląda jest funkcjonalne. szczególnie gdy jest się w posiadaniu / posiadanym przez * kocurrę. taki pędrak wszędzie wejdzie, wszystko powącha, zwalając co nieco przy okazji. ostatnio Gaj chce dorównać tarzanowi, bo wdrapuje się na rolety rzymskie i dynda rozkosznie, walcząc jednocześnie o przeżycie. staramy się tyrzymać je poza jej zasięgiem, co oznacza, że całkowicie nie spełniają one swojej funkcji oraz, że okna mamy niezasłonięte non stop. o firankach, czy delikatnych, półprzezroczystych panelach okiennych mogliśmy oczywiście zapomnieć ;-) kolejna sprawa - błyszczące powierzchnie, które są piękne dopóki nietknięte ręką ludzką, a utrzymanie ich w permanentnym stanie piękna okupione jest chorobą psychiczną właścicieli. podobnie zresztą jak szklane, przezroczyste drzwi od kabiny prysznicowej... zabawa pt. najpierw wezmę gorący prysznic, a później wykąpię moją kabinkę nie brzmi dla mnie seksownie. więc trzeba kombinować.  żeby było elegancko i wygodnie ale domowo, a nie sterylnie. do tego przestrzennie... no i koto-bezpiecznie. ufff...

to jest takie wyzwanie, że z jednej strony głowa aż boli, a z drugiej strasznie chce się mu sprostać. co ja mówię... nie tylko sprostać, kompletnie popłynąć. zatracić się w tych swoich dzikich pomysłach. no i niestety ZAWSZE napotyka się schody. czasem wielkie schody. i one niestety dość często mnie zniechęcają. bo ja kompletnie niecierpliwa jestem. i nie-mąż zostaje sam na placu boju. biedak. ale... zauważyłam, że kluczowe znaczenie ma dla mnie przeznaczenie lokalu. jeśli mam się tam przeprowadzić, to nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. nakręcam się na maxa.

a już szczególnie, kiedy napatrzę się na inspirujące dodatki. układam je sobie w głowie, dopasowuję jak puzle. wszystko idealnie pasuje... i tylko wirtualny rachunek mi się nie zgadza ;-)

----------------------------
* niepotrzebne skreślić

środa, 16 czerwca 2010

so let it be


"Life, if you chaising it so hard, will drive you to death....

(...) Why are you so sure that your micromanagement of every moment in this whole world is so essential? Why don't you let it be?"


moja mądrość i moja biblia...

jest tylko jeden problem - trzeba dojrzeć do tego, żeby odpuścić...
ale skoro juz wiadomo CO, to można przynajmniej podejmować nieśmiałe próby. kiedyś w końcu musi się udać...

już nawet dokonałam małego postępu... wczoraj zaczęłam się zlepiać. i to dosłownie. za pomocą modeliny... and we're back on track ;-) w związku z jutrzejszym korpo-pożegnalnym party (nie, niestety nie moim, lecz bossa), ulepiłam sobie kolce pod kolor rajstopek ;-) miały być proste, nieskomplikowane, minimalistyczne, za to w kolorze dojrzałej maliny. i właśnie uzyskanie tego koloru zajęło mi najwięcej czasu. byłam już nawet bliska rozpaczy i rwania włosów z głowy, kiedy różowy zaczął się przemieniać w fiolet, zamiast w malinkę... ale, ale... chillout, relax... z odsieczą przyszedł słoneczny pomarańcz, który uratował całą sytuację od klęski. jednak dotleniony mózg podejmuje nadzwyczaj trafne (choć na pierwszy rzut oka nieco ryzykowne) decyzje. i nawet jeśli piekarnik postanowił pokrzyżować nieco moje plany, przyciemniając trochę mój wypieszczony odcień, to i tak jest fajnie. dzika satysfakcja normalnie :-)



z ciekawostek - wczoraj przyszedł brand new gajko-drapaczek. ważący drobne 60 kg. 2 mega paki. biedny kurier aż się ugiął pod nimi. jedna z nich na dodatek prawie nie zmieściła się w drzwiach (pomimo, że kurier był naprawdę szczupły, więc i rączki miał niegrube). teraz sobie ślicznie zalegają, zajmując pół naszego "przepastnego" mieszkanka i czekają na powrót nie-męża, celem zmontowania. mówiąc szczerze, to aż się boję, jak to wszystko stanie w pionie. przy podłodze, można udawać, że się tych paczek nie widzi, ale jak już staną złożone w całość to będzie raczej trudno ;-) anyway...

...zen...

wtorek, 15 czerwca 2010

rozterek ciąg dalszy

muszę się pozbierać z drobnych kawałków w całość. zlepić w - za przeproszeniem - kupę. jak modelinkę. żeby z nijakości wyszło coś ślicznego.

szkoda tylko, że najlepsze godziny tracę w korpo. kiedy wracam do domu cały zapał gdzieś znika, przykryty gęstą pierzyną zmęczenia. i to jest chyba clue problemu. czas najwiekszej kreatywności i aktywności mózgu spędzam na mechanicznych czynnościach. działa to trochę tak, jakbym codziennie, z uporem maniaka dawała po łbie swojemu twórczrmu myśleniu... mózg odpływa gdzieś na nieznane terytoria, celem eksploracji wszelakiej, a ja go bezdusznie ciągnę na stałe miejsce, żeby idealnie pasował do obrazka.

muszę spróbować się z nim dogadać. dać mu wieczorną rozrywkę, żeby mógł wypoczywać w ciagu dnia... żeby nie męczył ciągłymi pytaniami - co ja tutaj robię? po co to wszystko? długo jeszcze? mogę jutro zostać w domu? czemu tu tak nudno? co na obiad? czemu nie dostałaś podwyżki? może powinnaś szukać dla mnie lepszej pracy? blablabla....
niech sobie chłopak słodko drzemie w chłodnej klimie i zbiera siły na później...

i jeszcze jedna sprawa...

...zen...

poniedziałek, 14 czerwca 2010

wyznania depresyjnego mózgu

muszę coś zmienić. COŚ. nie wiem tylko czym jest to coś, więc najpierw muszę się tego dowiedzieć. to takie dziwne uczucie, kiedy wszystko niby się układa, a ja nie jestem w stanie wykrzesać z siebie entuzjazmu. wszystko pędzi do przodu, a we mnie jest silna potrzeba wyrwania się z tego pędu. nie chcę wiecznie tylko za czymś gonić. chcę się cieszyć tym co jest teraz. nie odliczać czasu. tylko się nim delektować. czasem się zastanawiam czy to w ogóle możliwe...

ciągle czuję się zmęczona i znudzona. czasem mam ochotę coś zrobić, ale nie starcza mi na to siły... czy raczej motywacji? miewam ataki klaustrofobii w za małym mieszkaniu. nieustannie mam też wrażenie, że stoję w rozkroku. pomiedzy tym co bym chciała, a tym co trzeba. pomiędzy dziś, tutaj, w ścisku i upale, a jutro, gdzieś, gdzie będę mogła złapać oddech. tylko to jutro nie nadchodzi. czasem nawet myślę, że jak nadejdzie to będzie okupione strasznym uwiązaniem. założę sobię na szyję pętlę, która będzie mnie bezlitośnie podduszać przy najmniejszej próbie ucieczki....

i mam takie dziwne (nieco przerysowane) wrażenie, że jakość mojego życia zamiast rosnąć leci na łeb na szyję... zwalam to na garb wyjazdów nie-męża... wprowadziły taki dziwny rytm do naszego życia, któremu ja chyba nie do końca chcę i mogę się podporządkować. cały tydzień czekam na piątek, a kiedy on nadchodzi i nie spełnia moich oczekiwań czuję rozczarowanie. czuję, że powinnam się nim nacieszyć na zapas. nakumulować dobrej energii. a ta energia jak na złość się gdzieś chowa, pełza nisko przy podłodze, żeby tylko na nią nie wpaść. znowu są rzeczy, które TRZEBA i zbyt mało czasu, żeby wszystko ogarnąć i przy okazji mieć jeszcze fun. aaaaaaaaa. chyba zwariuję!!!!

...zen...

środa, 9 czerwca 2010

jak mnie to strasznie wkurza

sprawa dotyczy mianowicie komunikacji miejskiej i ustępowania miejsc w tejże. jako grzeczna dziewczynka powinnam się bulwersować osobami, które tego nie robią. i faktycznie czasem tak jest. ale... nie jestem chyba do końca grzeczną dziewczynką. bo dla mnie są dwie kwestie w całej tej sprawie....

pierwsza jest oczywista. kultura nakazuje ustępować miejsc siedzących starszym i potrzebującym (przez co ja rozumiem kobiety w ciąży czy z małymi dziećmi itd.). ale powtarzam - jest to kultura albo jej brak. finito. nie ma jakiegoś odgórnego przykazu ani zobowiązania. jeśli ktoś ma lat 20 i czuje się źle, to co? ma wstać, tylko dlatego, że ma 20 lat? jeśli ma 20 lat, czuje się świetnie, a pomimo tego nie ustępuje, to też jego sprawa (świadczy o braku kultury lub też zwyczajnie o tym, że czegoś/kogoś nie widzi).
z kolei jeśli ktoś w potrzebie stoi nad siedzącą osobą, mógłby przecież, tak po ludzku, uprzejmie zapytać czy owa osoba mogłaby mu ustąpić. i myśłę że w 80% bez mrugnięcia okiem ludzie by sobie ustępowali. o ile utrzymane by to było w  uprzejmym, nienachalnym tonie. po ludzku. gdyby to była prośba a nie nakaz.

i w ten sposób przechodzimy płynnie do drugiej kwestii, która to wkurza mnie najbardziej. a mianowicie do pseudopotrzebujących. są to z reguły kobiety w wieku przejściowym*. czyli za młode na staruszki, ale takie, które już zapomniały że kiedyś też miały 20, 30 lat. krzykaczki, co to uważają, że wszystko im się należy.

są zazwyczaj wypasione (literally), z reguły pierwsze wskakują dziarskim krokiem do tramwaju lub autobusu. charakteryzują się wyśmienitym refleksem. dopadną każde wolne miejsce biegiem, choćby było na drugim końcu wagonu / autobusu, a one musiały stratować 5 osób po drodze. jeżeli zmierzą wzrokiem wnętrze pojazdu i nie znajdą wolnego miejsca przechodzą do fazy II. - udają umierające. wyławiają ofiarę - najbliższą i najmłodszą. chętnie mężczyznę, gdyż ten raczej rzadko w ciąży... choć z drugiej strony, często bardziej porywczy lub pyskaty. więc nie rzadko pada jednak na niewinną dziewczynkę. następnie przystępują do ataku. przyklejają się do siedzenia i napierają, targane siłą odśrodkową na zakretach miażdżą swoją, bogu ducha winną, niczego nieświadomą, ofiarę, która zszokowana podnosząc w górę głowę nadal niczego nie rozumie. wtf? bywa, że działają zbiorowo, dobierają się w grupy lub znajdują przygodnego rozmówcę i ubolewają nad głową siedzącego nieszczęśnika jak to straszna jest współczesna młodzież, niewychowana, chamska i zła z natury. jak wiadomo w kupie raźniej, wiec rozmowa staje się coraz głośniejsza i może trwać godzinami... czasem angażuje nawet postronnych zdołowanych życiem pasażerów, którzy też stoją, więc nie mają nic lepszego do roboty jak "pojechać" po siedzącyh. ot tak, dla zabicia czasu.

szczerze... jakby mi ktoś tak nad głową gadał, to tym bardziej bym nie wstała. niepokorny ze mnie duch. bo co to pokazuje? zero szacunku, skoro nawet bezpośrednio Pani raczyć nie przemówiła. piłuje tylko nad głową. albo kolejna kwestia -  pani, kurdę, w trzecim miesiącu ciąży pod zwałami płaszczy... normalnie człowiek powinien mieć rentgen w oczach. i żaden nic nie powie... tylko jad sączy.

w jakim my kraju żyjemy? gdzie ludzie się nie potrafią komunikowac kompletnie. człowiek człowiekowi wilkiem. demed.

ostatnio uświadczyłam takiej sceny... tramwaj zatrzymuje się przy metrze, ludzie wstają do wyjścia... i nagle jakaś żwawa sześćdziesiątka wyskakuje z tekstem do kolesia, że on sobie siedział, a ona to stoi a ma pierwszą grupę. no przecież, że ma! i nawet na czole wypisane! jakby on wiedział w ogóle o co chodzi... poza tym obudziła się dopiero jak on wstał. a trzeba zaznaczyć, że sama też wysiadała na tym właśnie przystanku. wcześniej nic nie powiedziała, nawet nie stała koło niego. no ale widac nerwy jej puściły... że przecież się należy. koleś odrzekł, ze stoickim spokojem, że on przeprasza i że też ma pierwszą grupę  ;-))) w sumie jakąś pewnie ma. a ona mu na to, że dziękuje przynajmniej za to słowo przepraszam (reszty chyba nie dosłyszała, bo byłaby krwawa jatka). wszyscy wokół w szoku. no padłam... padłam na ziemię - dziękuję za słowo przepraszam. zdołałam się podnieść po to tylko, by zobaczyć jak ta awanturnica dziarsko kroczy po schodach i nawija przez komórkę. a się nie boi, że spadnie? z tą swoją niby pierwszą grupą?

i tak sobie myślę, że jeśli ktoś oczekuje kultury od innych, to niech sam świeci przykładem...

-------------------------------
* ja oczywiście wiem, że strasznie generalizuję, niestety na potrzeby tego posta jest to nieuniknione. mam jednak świadomość, że to zaledwie mały odsetek kobiet w okolicach 60-tki.. ale ten odsetek niestety robi czarny PR całej reszcie.

wtorek, 8 czerwca 2010

cios w nos

jako słomiana wdowa, zupełnie przez przypadek, trafiłam dzisiaj w TV na program "Rick Stein i kuchnia śródziemnomorska". odcinek Maroko / Turcja. mój odcinek. moje dwa najukochańsze kraje - turystycznie, ale przede wszystkim kulinarnie. i ta godzina, z językiem wywieszonym do pasa i nieustającym ślinotokiem, dobitnie mi o tym przypomniała. magiczna, zdalna podróż w tak dobrze znane smaki. z miejsca chciałam się tam przenieść. bez pakowania, bagażu. natychmiast. chociaż na małą chwilkę. tagine, herbata miętowa, baklawa i ostatecznie lahmacun.

prosto, smacznie i... muszę zdobyć ten odcinek, żeby było też domowo ;-) przynajmniej lahmacun!!! tagine dopiero jak kupmy naczynie ;-)

no nie mogłam się powstrzymać... wpis ku pamięci.

niedziela, 6 czerwca 2010

Gaj na wypasie

postanowiliśmy zapoznać Gaja ze światem zewnętrznym, tak pięknym przecież o tej porze roku. żeby dziewczyna poczuła wiatr we włosach.

niestety po długiej historii przygód weterynaryjno-wampirzych kocurra ma jednoznaczne skojarzenie, kiedy tylko wyciągamy jej szelki. wystarczy, że je zobaczy, albo nawet usłyszy ich dźwięk, w mgnieniu oka daje susa w jednym słusznym kierunku, czyli pod łóżko. stamtąd nie mamy jak jej wyciągnąć. i ona świetnie o tym wie. próbowaliśmy ją nawoływać (ha, ha, ha, dobre sobie), zanęcać jakimś pysznym jedzonkiem, ale bez skutku. nigdy się nie daje oszukać, cwaniara. te wypady na łono natury wymyśliliśmy też po to, żeby nie kojarzyła jednoznacznie tego, że wychodzimy z wyjściem do weta. dlatego muszą być regularne, żeby nabrała dobrych skojarzeń. zobaczymy jak to wyjdzie. jak na razie początki były nieco oporne, ale sam pobyt chyba się maluchowi spodobał.


tak, przyznaję się, musieliśmy użyć podstępu celem założenia szelek. bo czujny kot zajął strategiczną pozycję... naszym jedynym ratunkiem był nieokiełznany pęd Gajki na korytarz. bezdusznie go wykorzystaliśmy. ale nie, nie dała się nabrać na nasz zwykły powrót z korytarza do mieszkania. czmychnęła z powrotem pod łóżko. musiało się odbyć ze wszystkimi bajerami. dźwięk domofonu uwierzytelniający nasz powrót. otwieranie drzwi. i dopiero wtedy rozległo się charakterystyczne grrrrrrr... grrrrrrr... miau. i strzała z napędem atomowym wybiegła na korytarz, nie wyrabiając się jak zwykle na zakrętach. nie-mąż sprytnie zamknął drzwi i nie było już odwrotu. chociaż biedactwo biegało z przeraźliwym miaukiem, w końcu dało się spacyfikować. szelki na grzbiet i do windy. za pierwszym razem trzęsła się jak w drodze do weta, ale dziś było już lepiej. a jak zobaczyła swoją wypaśno-wypasową trawkę to już w ogóle w innym świecie była. i tylko uszy się w kółko kręciły. i nasłuchiwała. oczywiście wciąż ją jeszcze ciągnie w największe krzaczory, ale prawie odważyła się nawet zapolować na trzy tłuste latające szczury, gruchające nieopodal. następnym razem da im popalić ;-)










w Polskę idziemy...