kto mieszka w Warszawie ten wie, że Wisła to taki warszawski spacerniak. oczywiście nie rzeka sama w sobie, ale jej okolice. i nawet pomimo faktu, że niezbyt chlubne te okolice. tym bardziej po podtopieniach ostatnich. w poniedziałek obraliśmy więc kierunek przeciwny - w stronę żoliborza. i tam już nieco lepiej.
chociaż jest jedna kwestia, która osobiście strasznie mnie wkurza! rowerzyści. oczywiście uwiebiam ich, kiedy jeżdżą sobie po wydzielonych ścieżkach. ale to, że w trakcie spaceru muszę schodzić z drogi, żeby jakiś rozpędzony ludek na dwóch kółkach we mnie nie wjechał, to już lekkie przegięcie. ja szanuje ścieżki rowerowe, nie łaże po nich, rozglądam się zanim przez nie przejdę, więc do jasnej cholery liczę na wzajemność!!! dlaczego to ma być relacja jednostronna? wymagania stawia się tylko pieszym? wtf? gdyby jeszcze ścieżki tam nie było, to powiedziałabym, że trudno... a tak, mam mściwe wizje - siebie ładującą kij między szprychy! no nic na to nie poradzę...
trochę liczę na to, że kiedy swoją działalność rozpocznie centrum nauki, tereny wokół Wisły zostaną lepiej zagospodarowane. może nawet zatrudnią kogoś kto kij w szprychy będzie wsadzał zamiast mnie? bo tak generalnie to nad Wisłą jest super. chłodniej niż w środku miasta, przestrzenie... taki prawie mini mini mini Bosfor. i trochę się zagapić w nicość można, co bardzo relaksuje. i z miejsca człowiek bardziej kreatywny się staje! rozbawiony i zrelaksowany do tego. powinni to przepisywać na receptę. działa jak antydepresant!













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz