muszę się pozbierać z drobnych kawałków w całość. zlepić w - za przeproszeniem - kupę. jak modelinkę. żeby z nijakości wyszło coś ślicznego.
szkoda tylko, że najlepsze godziny tracę w korpo. kiedy wracam do domu cały zapał gdzieś znika, przykryty gęstą pierzyną zmęczenia. i to jest chyba clue problemu. czas najwiekszej kreatywności i aktywności mózgu spędzam na mechanicznych czynnościach. działa to trochę tak, jakbym codziennie, z uporem maniaka dawała po łbie swojemu twórczrmu myśleniu... mózg odpływa gdzieś na nieznane terytoria, celem eksploracji wszelakiej, a ja go bezdusznie ciągnę na stałe miejsce, żeby idealnie pasował do obrazka.
muszę spróbować się z nim dogadać. dać mu wieczorną rozrywkę, żeby mógł wypoczywać w ciagu dnia... żeby nie męczył ciągłymi pytaniami - co ja tutaj robię? po co to wszystko? długo jeszcze? mogę jutro zostać w domu? czemu tu tak nudno? co na obiad? czemu nie dostałaś podwyżki? może powinnaś szukać dla mnie lepszej pracy? blablabla....
niech sobie chłopak słodko drzemie w chłodnej klimie i zbiera siły na później...
i jeszcze jedna sprawa...
...zen...
wtorek, 15 czerwca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz