sobota, 26 czerwca 2010

zioło

jestem obolała, ale przynajmniej czuję, że żyję... śpię jak zabita. i mam powera znowu, żeby gotować! wczoraj ugościłam nie-męża strudzonego po podróży nie czym innym niż bruschettą i... tadam! rehabilitacja jacka soplicy... nic nie spaliłam!!! co więcej - chlebki wyszły idealnie rumiane, a jednoczesnie nie wyschnięte!

naoglądałam się kuchni.tv i mam głowę pełną pomysłów. za mało dni, żeby je wszystkie zrealizować, zanim nie-mąż znowu na północ wyruszy. bo zdecydowanie jest w kuchni jedna najważniejsza zasada - posiłkiem trzeba się mieć z kim dzielić! to jest cała siła napędowa, która mobilizuje do przygotowywania czegokolwiek! a sytuacja jest wprost idealna, kiedy osoba dla której gotujemy potrafi docenić nasz kunszt. albo jeszcze lepiej, kiedy dołącza do gotowania. wtedy pojawia się taka magiczna atmosfera... śmiech, żarciki, kuszące zapachy i wszechobecne, soczyste kolory apetycznych składników, które tak strasznie cieszą oczy. bo mam taką teorię, że je się też trochę oczami. i coś co jest z dbałością przygotowane smakuje znacznie lepiej niż to samo danie podane niechlujnie.

no i znowu marzy mi się własny ziołowy ogródek. albo chociaż skrzynka na balkonie. w międzyczasie, skoro balkonu brak, może uda się coś wychodowac w zwykłych doniczkach? o ile wielce-nam-panujący Gaj pozwoli ;-) zaopatrzyłam się już nawet w nasionka. oglądam różne skrzynki, żeby wybrać tą, w której, widziane oczyma wyobraźni, bujne zioła wyglądałyby najlepiej...


och jak już bym chciała!!!

a przy piątku na koncie pojawił się mały sukces. warto było zawalczyć. dwa dni w miesiącu pracy z domu :-) jak by nie patrzeć to 24 dni w roku... mała rzecz a cieszy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz