wtorek, 30 marca 2010

w fabryce czekolady

nie wiem czemu czekoladowa seria broszek przyszła tak późno, ale jak już nastała zrobiło się całkiem smakowicie. gorzka czekolada z migdałami i odrobiną perłowego pyłu ;-) trochę jak belgijskie praliny i trufle, które widzi się w eleganckich sklepach na lotnisku. jak małe dzieła sztuki. w ozdobnych pudełeczkach chroniących cenną zawartość. misternie zdobione, doskonale dobrane pod względem smaku i kolorów. wchodząc do takiego miejsca czasem odnosi się wrażenie, że nie jest to sklep z czekoladkami tylko z biżuterią...




po wyjęciu z pudełka i okazaniu do oglądu, pojawiło się zapotrzebowanie na czekoladowy wisior. no i wisior musiał nastąpić.

fot. by Bro

a Bro z tej okazji zrobił kampanię promocyjną na buzz'ie pod hasłem:

Przeskrobałeś wczoraj trochę?
Kup dziewczynie swojej brochę!
A jak przyjdą imieniny,
nabądź kolce z modeliny!

czyż to nie urocze. taka radosna twórczość. ciekawe czy jeszcze przed piwkiem, czy już po. chociaż najbardziej prawdopodobne, że gdzieś piomiedzy... ale muszę przyznać, że byłam wzruszona.

poniedziałek, 29 marca 2010

historie kuchenne

są czasem takie dni, kiedy trzeba wytoczyć najcięższe działo. i jest tylko jedna rzecz, która wtedy działa. co więcej - jest to zupa. niepozorna? niekoniecznie. już po przeczytaniu składników wiedziałam, że będzie wyjątkowa, ale jej dobroczynny wpływ przerósł moje najśmielsze oczekiwania... za każdym razem kiedy ją przygotowuję, a później zasiadam za stołem, jestem szczęśliwa. a w miarę jedzenia ten stan błogości tylko się pogłębia. w efekcie czuję się jakbym była na lekkim rauszu, jak po kilku kieliszkach szampana (wina musującego, whatever). nie mam pojęcia, czy na wszystkich tak działa, ale na mnie zdecydowanie tak! mam swoje lekarstwo na chandrę.


Kubańska zupa z czarną fasolą
(przepis Nigelli Lawson)

Porcja dla 2 osób (porządna ;-)

150 g pikantnej kiełbasy chorizo
2 dymki
½  łyżeczki mielonego kuminu (kminu rzymskiego, a nie kminku)
425 g czarnej fasoli z puszki, odcedzonej 
1 świeży pomidor, sparzony, obrany ze skóry i pokrojony w kostkę
500 ml bulionu drobiowego
sok z 1 limonki
posiekana świeża kolendra

Pokroić kiełbasę chiorizo na półtalarki. Umieścić chorizo w garnku (ok. 2 l) na małym ogniu. Podsmażać przez 5 minut (od czasu do czasu mieszając, żeby nie przywarło) aż stanie się lekko chrupiące. W końcowej fazie podsmażania trzeba uważać, ponieważ wytopiony olej jest bardzo gorący i łatwo przypalić kawałki kiełbasy. Dokładnie odcedzić chorizo z wytopionego oleju (chodzi o to, żeby cały olej pozostał w garnku) i osuszyć na ręczniku kuchennym.


Odkroić zielone części dymki, posiekać (wedle uznania - moim zdaniem szczypior z jednej dymki wystarczy) i odłożyć na bok. Cebulki pokroić w kostkę i dodać do garnka, w którym podsmażaliśmy kiełbasę. Dodać zmielony kumin i gotować na średnim ogniu przez 2 minuty, mieszając.


Do garnka dodać odsączoną czarną fasolę, pokrojonego pomidora oraz bulion. Zamieszać i gotować na wolnym ogniu przez 10 minut.

Podzielić chrupiącą kiełbasę chorizo i szczypior pomiędzy dwie miseczki, całość zalać zupą. Dodać sok z limonki i posypać po wierzchu posiekaną kolendrą.


*wszystkie dzisiejsze fotki oraz graficzne wariacje na ich temat zostały popełnione przez nie-mążka*

fetysz

wracając w piątek do domu odkryłam ze zdiwieniem swój fetysz. chociaż nie wiem czy można to w ten sposób określić. nie są to bowiem koronkowe stringi, podwiązki, kajdanki, ogonki króliczka ani pejcze. żadne nieożywione przedmioty głównie męskich fantazji, które potocznie fetyszem się zwą. mnie kręci konkretny kształt męskich ust. a w szczególności zawinięte do góry kąciki. wyłapuję takie usta na ulicy, w tramwaju, czasem zupełnie nieświadomie jak się okazuję. po piątkowym odkryciu przeglądając na filmwebie filmograię i galerię mojego ulubionego aktora stwierdziłam - nie bez zdziwienia - he is one of them...

no coś w tym musi być normalnie.


czwartek, 25 marca 2010

poniedziałek, 22 marca 2010

gwiazdka z nieba

w długą, mroźną zimę tak się już napatrzyłam na te wieczne ciemności, że zatęskniłam za rozgwieżdżonym niebem. za takim sierpniowym mazurskim niebem.całkowicie trójwymiarowym i pochłaniającym. niebem, na którym potrafię odnaleźć Wielki Wóz - jedyną konstelację jaką znam :-)

źródło: www.oa.uj.edu.pl

i z tej tęsknoty zabrałam się do pracy. rozmarzyłam się, ale też uspokoiłam skołatane nerwy ;-) gwiezdny pył pokrył wszystko dookoła... wyszły dwie broszki i para kolczyków.







marzenie o letim wieczorze na polanie pod gwiazdami z piwkiem w ręku jednak pozostało. wokół tylko groźnie wyglądający sosnowy las, spokojna tafla jeziora, delikatnie szumiące trzciny i łódki pluskające na wodzie. ach... tak właśnie było. dawno, ale było...

i tak sobie myślę, że człowiek bez marzeń byłby strasznie ubogi. gdyby miał wszystko co chce, byłby nieszczęśliwy, zblazowany i znudzony. trzeba za czymś tęsknić i czegoś pragnąć. bo przecież wcale nie chodzi o to żeby złapać króliczka...

niedziela, 21 marca 2010

lazy Sunday

niedziela, która zaczęła się dość leniwie, szczególnie dla Koty, którą znaleźliśmy na wypoczynku w zlewie, już wkrótce przestała mieć z lenistwem cokolwiek wspólnego.


nie-mąż po zakupach i pracach różno-wymiarowych zabrał się do przygotowywania obiadu, który wyszedł tak pyszny, że muszę umieścić tu przepis - tak ku pamięci. ja natomiast zatopiłam się w zabawach manualno-lepkich. oczy mi prawie z orbit wyleciały kiedy zobaczyłam przed sobą swoją porcję! zapachy drażniły nozdrza już od jakiegoś czasu, ale nie spodziewałam się takiej uczty - nie tyko dla oczu, ale i duszy ;-)


Krewetki diavolo z Meksyku
(przepis z książki Smak życia - Agnieszki Maciąg)

Porcja dla 2 osób

400 g krewetek tygrysich
oliwa
6 ząbków czosnku
2 świeże zielone papryczki chili
grubo mielony czarny pieprz
sól
sok z 1 cytryny
kolendra

Na mocno rozgrzany olej wrzucić bardzo dużo pieprzu, pokrojone papryczki chili, posiekany w plastry czosnek. Chwilę przesmażyć i dodać krewetki (jeśli są mrożone - najpierw trzeba je rozmrozić). Smażyć krótko dużym ogniu, energicznie mieszając i potrząsając patelnią. Na koniec skropić krewetki sokiem z cytryny. Sprawdzić czy nie trzeba posolić. Całość posypać posiekaną kolendrą.




a na koniec dnia nie-mąż zażyczył sobie deserku. rozanielona nieziemską ilością serotoniny naprodukowanej w trakcie konsumpcji obiadku zabrałam się ochoczo do pracy. ponieważ jest to jedyny deser, który jak na razie potrafię zrobić, co oznacza że jest dziecinnie prosty, nie spodziewałam się żadnych komplikacji. no niestety. okazało się, że potrafię zepsuć nawet taki deser którego zepsuć się nie da. już miałam wyrzucać wszystko do kosza, bo dół mnie nagły ogarnął, ale... ale jestem zuch dziewczyna, dołowi się nie dałam - zamiąchałam, zaczarowałam i dokończyłam dzieła wiedziona zasadą, że wyrzucić jeszcze się zdąży. no i szczęście całeż! deser wyszedł mniam! niech żyje zasada do not panic!


Mus czekoladowy Meloł Meloł
(nieco przerobiony przepis Nigelli Lawson z serii Nigella Ekspresowo)

Porcja dla 2-3 osób

75 g pianek marsh-mallow
20 g masła
125 g siekanej czekolady gorzkiej

2 łyżi wrzącej wody
140 ml śmietany kremówki
kilka kropli ekstraktu waniliowego
ubita śmietana do dekoracji


Masło, pianki i czekoladę wrzucić do garnka, dolać wody. rozpuścić na jednolitą masę na wolnym ogniu, żeby nie przypalić czekolady. Pianki rozpuszczają się na końcu, więc trzeba cierpliwie mieszać. Odstawić na bok, żeby masa lekko ostygła. W tym czasie ubić śmietanę z wanilią. Połączyć śmietanę z masą czekoladową. I to praktycznie koniec :-)

Pozostaje tylko nałożyć porcje musu do kieliszków koktajlowych lub innych naczynek i schłodzić w lodówce przez ok. 10 minut. Podawać z bitą śmietaną. Można posypać płatkami migdałów lub ozdobić listkiem mięty.


z tego wszystkiego prawie przegapiłam fakt, że dzisiaj pierwszy dzień wiony. bo co to za wiosna panie dzieju, gdzie chmury i deszcz. co prawda temperatura 17 stopni, ale... słońca, słońca mi trzeba!

i tak się tylko zastanawiam, co z naszym wyjazdem na narty, w celu nauk pobierania. koniec marca to raczej kiepski termin, wszak to wiosna przecie. ale zobaczymy. ośla łączka wzywa ;-)

sobota, 20 marca 2010

day after

no i byłam w bajce przez chwilę :-) siedzieliśmy blisko sceny i to było niesamowite. gdyby nie wielka głowa przede mną, to widoczność byłaby idealna. ale i tak dokładnie widziałam twarze aktorów, każdy ich gest i mnóstwo szczegółów! zupełnie inaczej niż ostatnio z loży. chociaż muszę przyznać, że kilka scen robiło większe wrażenie z góry. w ogóle to rewelacyjnie było obejrzeć to samo przedstawienie z innej perspektywy!

ciekawa byłam wrażeń nie-męża i szczerze mówiąc z lekkim przerażeniem spoglądałam na niego w pierwszej części. w ogóle jakiś był nieresponsywny ;-) później się okazało, że on skupiony taki! no i bardzo mu się podobało... czyli wrażliwiec jednak ;-)

a żeby bajka trwała nadal słucham sobie teraz muzyki, którą kupiłam z zastrzeżeniem i przyżeczeniem, że "tylko na słuchawkach"...

piątek, 19 marca 2010

upiornie

strasznie szybko czas zleciał. dopiero rezerwowaliśmy bilety, wydawało się, że tak długo trzeba czekać, a to już dziś!!! Upiór w Operze. ja już byłam i widziałam, ale zrobiło na mnie takie wrażenie, że później oglądałam jeszcze na dvd, no i dziś powtórka na żywo :-) udało mi się nawet bez większych trudności zachęcić nie-męża i szczerze mówiąc bardzo jestem ciekawa jego wrażeń. ale to się już wieczorem okaże.





ciary mnie przechodzą od samego patrzenia na te zdjęcia. czysta magia...

czwartek, 18 marca 2010

za ciosem

zabawa z turkusem tak mi się spodobała, że w ślad za brochą dla Q powstała mała seria (brocha + kolczyki). i z całą pewnością nie było to jeszcze moje ostatnie słowo.






dostałam też zlecenie na specjalny tajny projekt, którego efekty zaprezentuję już wkrótce :-) na szczęście miałam swobodę... bo szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie realizowania cudzych wizji. to ja projektuję i niech już tak zostanie. dostałam tylko wskazówkę kolorystyczną. i to jest bardzo fajne, bo dobrze jest poznać ulubiony kolor osoby dla której przygotowuje się twora.

nie przygotowuję projektów na papierze. mam w głowie tylko wizję. przed rozpoczęciem pracy myślę sobie o tym jak mogłaby dana rzecz wyglądać, wymyślam ogólny zarys - tło i połączenia kolorystyczne. dopiero kiedy siadam przy stole dobieram i mieszam konkretne kolory. reszta dzieje się sama. z niewielką pomocą moich łapek ;-) dla mnie to trochę jak malowanie.

strasznie, strasznie przyjemne... chociaż trwa długo. samo lepienie zajmuje mi ok. 4 godzin. niezależnie od tego czy jest to brocha, para kolczyków, czy wisiorek, mniej więcej wychodzi to podobnie. oczywiście wszystko zależy od stopnia skomplikowania i dokładności. ja w domu nazywana jestem szczególarzem ;-) więc...

no i cierpliwość się ćwiczy... sama!

wtorek, 16 marca 2010

brocha na kolczyki

swojego czasu (jakoś w okolicy świąt to było) przyszła również kolej na stworzenie czegoś specjalnego dla mojej drogiej QjakQueen. 1/4 lejdis, królowej wizażu, pierwszej fanki Trinny i Susannah, zakupoholiczki na odwyku, wielbicielki kostek do kąpieli Sephory. tak w skrócie.

z racji okazałych "kolczyków", padło na brochę ;-) z kolorem przewodnim nie było problemu, no bo przecież turkus, turkus, turkus...


Q znana ze swojego upodobania do nieskazitelnej czystości wyprała brochę razem z bluzką wysokiej jakości detergentem sprowadzonym przez biednego kuriera z Niemiec w ilościach hurtowych. brocha jednak nie dała się sponiewierać, okazała się twardsza niż najtwardszy głaz. zgubiła jedynie przypinkę i jedną cyrkonię. terminator. tadam.

swoją drogą, jakieś fatum nade mną wisi... jak nie czacha zgubiona to brocha wyprana. niezły początek. ciekawe co będzie dalej? ;-)

poniedziałek, 15 marca 2010

tymczasem...

oto co zobaczyłam przez okno rano w dniu 15 marca 2010 ;-)  ktoś coś mówił o wiośnie???




Gajka była oburzona i zszokowana tym co zobaczyła za oknem...


nie-mąż z kolei przyjął śnieg na klatę i pospacerował niespiesznie do pracy z aparatem na szyi. takim to się powodzi! dlatego też dzisiejsze zdjęcia sponsorowała litera N i M ;-)



ale trzeba przyznać, że krajobraz iście bajkowy...

mógłby jeszcze tylko w tramwaju śnieg nie padać. bo padał niestety. wewnątrz. taaaaa...

piątek, 12 marca 2010

remanent

ostatnio nie mam mocy. zero weny. no może i dusza by chciała, ale ciallo odmawia. tak sobie tłumaczę, że zima dłuuuga, przemęczenie... ale prawda jest taka, że od momentu kiedy się rozchorowałam (już ponad miesiąc temu) nie mogę się jakoś pozbierać! wcześniej miałam wszystko poukładane. co, kiedy, gdzie i jak. a teraz żel. no kompletny żel.

tymczasem zrobiłam mały remanent, żeby twory dotychczasowe uporządkować. chronologicznie w miarę. i tak tu ładnie, kolorowo... jakby już wiosna była! 





no! a jutro ma śnieg padać! just great!

wtorek, 9 marca 2010

lodołamacz

nie jest łatwo pokazać swoje projekty światu. ja osobiście mam z tym duży problem. chyba przez silne poczucie obciachu i niewielką wiarę w swoje umiejętności. ale, ale... pracuję nad tym :-) poza tym nie ma nic lepszego niż uśmiechy na ustach osób, które dostają moje... brochy. (hmm długo się zastanawiałam jak te moje twory nazwać... roboczo i tak mówimy na nie brochy, niezależnie od tego czy są nimi faktycznie, czy też raczej powinny się znaleść w kategorii kolczyki, wisiory, pierścienie, dyndasy ;-)

pierwsza para oczu, oglądająca gotowy projekt (a czasem nawet półprodukt) należy do nie-męża. i to na nim wypróbowuję reakcje. ale to jest nie-mąż i nie jest obiektywny. a nawet jak się stara być, to jest w tym obiektywiźmie subiektywny. no bo jeden jest, niestety...

a jeśli chodzi o szerszą widownię, pierwsze lody w przełamałam na święta, obdarowując najbliższych. tych przy wigilijnym stole i tych daleko stąd. i to była chyba najtrudniejsza próba. a nie! najtrudniejszą próbą był mój Bro - esteta, gadżeciaż ;-) ale jakoś poszło. i idzie dalej. do coraz to nowych osób. znajomych i obcych. i jak na razie odzew jest bardzo pozytywny.

a lepienie idzie coraz lepiej ;-) najfajniejsze jest poczucie, że każda kolejna rzecz jest lepsza niż poprzednia. kiedy patrzę na swoje początki z jesieni ubiegłego roku widzę duuuuży postęp! tamte rzeczy zamknęłam w pudełku, żeby móc się czasem pośmiać, chociaż wtedy uważałam że jak na początki to i tak całkiem nieźle. no cóż... teraz patrzę na to nieco inaczej :-) poprzeczka poszłą w górę. i bardzo dobrze.

 prezenty gwiazdkowe





z ostatnich doniesień - jedna z czaszek niestety zaginęła gdzieś w głębokiej Kanadzie. znalazcę uprasza się o dożywotnią i czułą opiekę. właścicielka dokłada wszelkich starań, żeby druga nie poszła w ślady tej pierwszej ;-)

środa, 3 marca 2010

good news

mówią, że no news is a good news. a ja mam newsa i to bardzo dobrego! wyniki badań panny Gajanny są dobre! poziom leukocytów w normie (spadł całkiem drastycznie). wreszcie! aż nie mogę w to uwierzyć. zastanawiam się ciągle czy ktoś się przypadkiem nie pomylił.

no nie mogłam się po prostu powstrzymać!