wtorek, 25 maja 2010
poniedziałek, 24 maja 2010
tak mam
ja to chyba jednak curra domestica jestem... idealny wieczór... hmmm…
zamiast szpilek zakładam kapcie, łychę drewnianą z zapałem chwytam w dłoń i do dzieła. wylaszczona w fartuch, z paznokciami czerwonymi od buraków. klubowe granie zapewniają pokrywki garów, podskakujące na wrzącej wodzie i pyrkotanie na patelni. wyginam śmiało ciało krojąc, siekając, szatkując, jednocześnie, nadzorując zawartość patelni, uchylam się od ostrzału pryskającego tłuszczu. odrobina wina do smaku i wprost do gardła rzecz jasna. atmosfera robi się coraz gorętsza... puszczają parę i dopiero zaczyna się prawdziwa impreza. gorące towary tłoczą się na talerzu, wystylizowane, wymuskane, prężą swoje smakowite ciała. uwodzą zapachem. pozostaje tylko wybrać najsmakowitszy kąsek i oddalić się w ustronne miejsce, w celu zmysłowej konsumpcji… najchętniej przy świecach, bo wbrew pozorom romanyczna dusza ze mnie.
a nie-mąż wyjechany i to tak fajnie wyjechany. Göteborg o tej porze podobno rozkoszny. słońce, gorąco, wietrznie (żeby nie było zbyt gorąco). i tak mu zazdroszczę, bo jak mi opowiadał o tak bardzo znajomych miejscach to czułam się już jedną nogą tam. widziałam w myślach nabrzeże i operę i Central Station. czy tak już musi być? że on tam, a ja z poniedziałkową depresją tu. w korpo. tuż przed korpo-wyjazdem. który to napawa mnie radością dziką, gdyż kocham typu tego imprezy. być może mój poranny zjazd to również jego dobroczynny wpływ…
i w ten właśnie sposób kobieta pracująca została sama, samiuteńka. i się marnuje...
niedziela, 23 maja 2010
zielone ogórki na zielone świątki
ten weekend jest jednym z moich ulubionych ever. dał mi poczucie, że wszystko można jak tylko... świeci słońce. mam wrażenie, że to ono daje mi takiego powera. poza tym idealnie jest zrobić zakupy w tygodniu, żeby nie zawracać sobie nimi głowy później. w ten weekend czułam niemalże każdą mijającą minutę i każdą wykorzystałam na maxa. wycisnęłam go jak cytrynę i spiłam całe rześkie soki.
ale wbrew pozorom ranek należał dziś do nie-męża, który przygotował przepyszne śniadanie. żebyśmy mieli siłę stawić czoła wielkiemu sprzątaniu. i faktycznie po 3 godzinach równoległego hard-workingu wszystko wokół błyszczało. czy to nie zasługa śniadania? na wszelki wypadek zamieszczam przepis, gdyby ktoś potrzebował potężnego pikantnego kopa o poranku. dla wrażliwych przełyków, można zmniejszyć ilość papryczki, ale nie gwarantuję efektu ;-)
Porcja dla 2 osób
2 placki tortilli, małe
a żeby dzień w pełni należał do smakowitych wieczorem zrobiłam znowu zupę kubańską, od której jestem całkowicie i bezwstydnie uzależniona. lubie mieć w zapasie puszkę czarnej fasoli i kiełbasę chorizo, żeby w chwili słabości nic nie przeszkodziło mi w przygotowaniu tej rozkosznej potrawy. sama świadomość tego działa na mnie uspokajająco ;-)
a z okazji zielonych świątek obiecany przepis na, pasujące kolorystycznie, ogórki małosolne. od dwóch lat moją specjalność ;-) wychodzą tak dobre, że tata nie-męża może o nich opowiadać bez końca ;-)
Przepis na 2 słoiki
1 - 1,2 kg małych, jędrnych (i bezlitosnych ;-) ogórków gruntowych
1 zestaw do kiszenia (łodygi kopru, liście i korzeń chrzanu)
pół główki czosnku
1 litr przegotowanej, nieco przestudzonej wody*
sól - najlepiej gruboziarnista (kopiasta łyżka)
ogórki dokładnie umyć pod bieżącą wodą. to samo zrobić z przyprawami do kiszenia, korzeń chrzanu dodatkowo obrać, żeby uwolnić jego właściwości ;-) czosnek obrać i przekroić każdy ząbek na pół (w tym samym celu co poprzednio). podzielić przyprawy na dwie części.
przegotowaną wodę posolić w proporcjach 1 kopiasta łyżka na 1 litr wody. mieszać do całkowitego rozpuszczenia.
w umytych i wyparzonych słoikach ułożyć na dnie połowę przypraw: połamaną łodygę kopru, kawałek korzenia i zwnięty liść chrzanu oraz kawałek czosnku. ogórki ustawiać pionowo, tak ścisło jak tylko się da, wrzucając pomiędzy połówki ząbków czosnku, ewentualnie korzeń chrzanu (jeśli jest go większa ilość). na wierzchu ponownie ułożyć łodygę kopru i liść chrzanu, zalać osoloną wodą. zamknąć słoik i... Voilà!
-------------------------------------
* podobno jeśli ogórki zaleje się gorącą wodą ogórki szybciej dochodzą. ja jestem zdania, że wszystko zależy od temperatury w której trzyma się słoiki po zamknięciu. kiedy robię dwa słoiki zawsze jeden z nich wstawiam do lodówki, a ten który chcę szybciej otworzyć zostawiam na blacie w kuchni. dodatkowo pełni funkcję dekoracyjną i popisową ;-) już następnego dnia widać różnicę w mętności wody i kolorze ogórków. za jakieś 3-4 dni będzie można sprawdzić, czy przypadkiem nie wyszły trujące ;-)
Gaj na porannym relaksie
ale wbrew pozorom ranek należał dziś do nie-męża, który przygotował przepyszne śniadanie. żebyśmy mieli siłę stawić czoła wielkiemu sprzątaniu. i faktycznie po 3 godzinach równoległego hard-workingu wszystko wokół błyszczało. czy to nie zasługa śniadania? na wszelki wypadek zamieszczam przepis, gdyby ktoś potrzebował potężnego pikantnego kopa o poranku. dla wrażliwych przełyków, można zmniejszyć ilość papryczki, ale nie gwarantuję efektu ;-)
Tortilla z jajkiem, pomidorami i zwariowaną papryczką
(improwizacja nie-męża)Porcja dla 2 osób
2 placki tortilli, małe
2 jajka
1 suszona papryczka chilli
3 ząbki czosnku
1/2 świeżej, pikantnej tureckiej papryczki
1/2 puszki pomidorów krojonych w zalewie (200g)
oliwa, odrobina masła
świeża kolendra
sól, pieprz, kumin
/najlepiej użyć 2 patelni/
na pierwszą patelnię wlać trochę oliwy (2-3 łyżki stołowe) i włączyć mały ogień.
podczas gdy oliwa nabiera temperatury, połamać suszoną papryczkę chilli i wrzucić ją do oliwy, aby oddała ostrość (należy wrzucić wszystko oprócz ogonka - najwięcej "mocy" kryje się w wewnętrznych ściankach papryki oraz ziarenkach). następnie wrzucić obrane i pokrojone w drobną kostkę ząbki czosnku.
gdy czosnek leciutko się zezłoci, wrzucić połowę zawartości puszki pomidorów. wymieszać, dodać sól, pieprz i płaską łyżeczkę herbacianą kuminu. zostawić na wolnym ogniu, co jakiś czas mieszając, aby odparował nadmiar wilgoci. kiedy konsystencja będzie przypominać lekko ściętą jajecznicę, należy zdjąć patelnię z ognia.
w międzyczasie na drugiej patelni zrumienić lekko placki tortilli - około 30 sekund z każdej strony na średnim ogniu powinno wystarczyć. placki odłożyć, najlepiej tak, aby wilgoć od spodu mogła odparować.
na patelnię po plackach wrzucić odrobinę masła. roztopić je na małym ogniu i wbić dwa jajka. lekko posolić, dodać trochę pieprzu. mieszać na początku tak, aby nie rozbić żółtek. gdy większość białka się zetnie, przebić żółtka i mieszać do uzyskania lekko ściętej jajecznicy - musi być nadal płynna. niestety łatwo przeoczyć ten moment, więc najlepiej robić ją na najmniejszym ogniu.
na placki wyłożyć pikantny sos pomidorowy. rozprowadzić. w ten sam sposób na wierzch wyłożyć jajecznicę. obłożyć plasterkami świeżej papryczki i posypać świeżo posiekanymi liśćmi kolendry.
mniam :)
a żeby dzień w pełni należał do smakowitych wieczorem zrobiłam znowu zupę kubańską, od której jestem całkowicie i bezwstydnie uzależniona. lubie mieć w zapasie puszkę czarnej fasoli i kiełbasę chorizo, żeby w chwili słabości nic nie przeszkodziło mi w przygotowaniu tej rozkosznej potrawy. sama świadomość tego działa na mnie uspokajająco ;-)
a z okazji zielonych świątek obiecany przepis na, pasujące kolorystycznie, ogórki małosolne. od dwóch lat moją specjalność ;-) wychodzą tak dobre, że tata nie-męża może o nich opowiadać bez końca ;-)
Ogórki małosolne / kiszone (jeśli starczy silnej woli ;-)
(przepis bardzo sprawdzony) Przepis na 2 słoiki
1 - 1,2 kg małych, jędrnych (i bezlitosnych ;-) ogórków gruntowych
1 zestaw do kiszenia (łodygi kopru, liście i korzeń chrzanu)
pół główki czosnku
1 litr przegotowanej, nieco przestudzonej wody*
sól - najlepiej gruboziarnista (kopiasta łyżka)
ogórki dokładnie umyć pod bieżącą wodą. to samo zrobić z przyprawami do kiszenia, korzeń chrzanu dodatkowo obrać, żeby uwolnić jego właściwości ;-) czosnek obrać i przekroić każdy ząbek na pół (w tym samym celu co poprzednio). podzielić przyprawy na dwie części.
przegotowaną wodę posolić w proporcjach 1 kopiasta łyżka na 1 litr wody. mieszać do całkowitego rozpuszczenia.
w umytych i wyparzonych słoikach ułożyć na dnie połowę przypraw: połamaną łodygę kopru, kawałek korzenia i zwnięty liść chrzanu oraz kawałek czosnku. ogórki ustawiać pionowo, tak ścisło jak tylko się da, wrzucając pomiędzy połówki ząbków czosnku, ewentualnie korzeń chrzanu (jeśli jest go większa ilość). na wierzchu ponownie ułożyć łodygę kopru i liść chrzanu, zalać osoloną wodą. zamknąć słoik i... Voilà!
* podobno jeśli ogórki zaleje się gorącą wodą ogórki szybciej dochodzą. ja jestem zdania, że wszystko zależy od temperatury w której trzyma się słoiki po zamknięciu. kiedy robię dwa słoiki zawsze jeden z nich wstawiam do lodówki, a ten który chcę szybciej otworzyć zostawiam na blacie w kuchni. dodatkowo pełni funkcję dekoracyjną i popisową ;-) już następnego dnia widać różnicę w mętności wody i kolorze ogórków. za jakieś 3-4 dni będzie można sprawdzić, czy przypadkiem nie wyszły trujące ;-)
sobota, 22 maja 2010
sezon na szparagi
dzisiaj postanowiłam niestandardowo podejść do śniadania... w końcu sezon szparagowy w pełni, a my do tej pory nie mieliśmy okazji ich zjeść. bo zawsze coś... Bro nawet zdradził nam po powrocie ze Stambułu, że planował powitalną ucztę ze szparagów w szlafroczkach, ale pech chciał, że akurat tego dnia szparagi na kramiku nawaliły i nie wyglądały najlepiej... no pech. pech. pech.
w piątek za to, na warzywnych zakupach, szparagi dopisały w pełni. kramik zaoferował dużą różnorodność - grubsze, cieńsze, zielone, białe... postawiłam na cienkie zielone. i to był idealny wybór jak się później okazało. zainspirowana moją książką "eat, pray, love" i tym co ostatnio w niej przeczytałam o włoskiej kuchni, improwizacji i robieniu czegoś (pysznego) z niczego, zapragnęłam czegoś prostego i szybkiego. czegoś co idealnie nadaje się na śniadanie. i wymyśliłam. coś, co nawet trudno nazwać przepisem, ale czy nie na tym właśnie polega założenie "do something out of nothing"?
Porcja dla 2 osób (śniadaniowa)
pęczek zielonych szparagów
2 jajka
sól
szparagi umyć, odciąć od dołu na 1/4 długości. dokładnie obrać dolną część szparagów (do połowy długości). związać sznureczkiem, żeby się nie rozsypały podczas gotowania (zapobiega to nierównomiernemu gotowaniu). w wysokim garnku (musi pomieścić całe szparagi włożone w pionie i mieć pokrywkę, ja używam specjalnego garnka do szparagów, ale może to być po prostu duży garnek) zagotować wodę. osolić wrzątek. włożyć pęczek szparagów. woda powinna sięgać do wysokości główek szparagów, nie wyżej. główki są delikatne i ugotują się na parze, dlatego ważne, żeby garnek przykryć pokrywką. gotować do miękkości, w zależności od grubości. mi zależało na uzyskaniu nieco twardszych szparagów, więc gotowałam je ok. 7 minut.
w międzyczasie w drugim garnku zagotować wodę i wstawić jajka. gotować ok. 5-7 min. (w zależności od wielkości i od tego czy są prosto z lodówki), żeby uzyskać jajko na miękko, ale bez niespodzianek w postaci nie ściętego białka.
ugotowane szparagi wyjąć na talerz. jajko obrać, położyć na szparagach i rozkroić, żeby żółtko rozlało się po wierzchu.
takie proste, a taka rozkosz!!!
po takim rozpoczęciu dnia mogliśmy ruszyć do boju. odwiedziliśmy Ikeę i wyszliśmy z pięknymi zakupami. za dwieście polskich złotych kupiliśmy lampkę stojącą, designerski dzbanek do parzenia herbaty, garnek ze stali nierdzewnej, wirówkę do sałaty, pojemnik do przechowywania nadprogramowej zupy w lodówce, 3 łopatki do mieszania i wygładzania ciasta, zapas taśmy do odkłaczania ubrań z koty (zużywa się bowiem w zastraszającym tempie), secik kubków wyjazdowych na herbatę i 2 poszewki na poduszki. niezła lista za taką cenę!
po przepysznej obiadowej tortilli sporządzonej przez nie-męża poszliśmy na Nowe Miasto na obchody dnia Szwecji - coby pozostać w temacie Ikeowym ;-) trafiliśmy akurat na koncert Frederiki Stahl, zasiedliśmy na trawie położonej specjalnie na tą okazję na bruku Nowego Miasta i poczuliśmy się zupełnie jak nie w Łorsole. wokół nas, na soczyście zielonej trawie, grupa kolorowych, barwnych ludzi podrygiwała w rytm muzyki. urzekające poczucie beztroski. i pomimo, że przyszliśmy już na koniec, było warto. dla tych kilku ulotnych chwil... i dla mapy Sztokholmu ;-)
a po powrocie - uwaga, uwaga, to jeszcze nie koniec - zabrałam się za robienie ogórków małosolnych. a co, tak miało być przecież. tyle, że jak zwykle wszystko przygotowałam na dwa słoiki, a po ułożeniu ogórków okazało się, że starczyło ich tylko na jeden. idealnie wymierzone... tylko połowę za mało. a jutro sklepy zamknięte oczywiście, bo ja mam przecież wielki dar do przyciągania szczęścia. no więc nie było innego wyjścia, jak o 21:30 w sobotę wyruszyć na polowanie na ogórki gruntowe. taki wieczorny quest. zwieńczony sukcesem :-) no i ogóreczki piękne stoją w rządku. ze względu na to, że jest 23:37 i po tak wyczerpującym dniu padam na pysk, przepis na ogórki będzie jutro. na zielone świątki pasuje jak ulał...
w piątek za to, na warzywnych zakupach, szparagi dopisały w pełni. kramik zaoferował dużą różnorodność - grubsze, cieńsze, zielone, białe... postawiłam na cienkie zielone. i to był idealny wybór jak się później okazało. zainspirowana moją książką "eat, pray, love" i tym co ostatnio w niej przeczytałam o włoskiej kuchni, improwizacji i robieniu czegoś (pysznego) z niczego, zapragnęłam czegoś prostego i szybkiego. czegoś co idealnie nadaje się na śniadanie. i wymyśliłam. coś, co nawet trudno nazwać przepisem, ale czy nie na tym właśnie polega założenie "do something out of nothing"?
Najprostsze szparagi na świecie
(inwencja własna)
(inwencja własna)
Porcja dla 2 osób (śniadaniowa)
pęczek zielonych szparagów
2 jajka
sól
szparagi umyć, odciąć od dołu na 1/4 długości. dokładnie obrać dolną część szparagów (do połowy długości). związać sznureczkiem, żeby się nie rozsypały podczas gotowania (zapobiega to nierównomiernemu gotowaniu). w wysokim garnku (musi pomieścić całe szparagi włożone w pionie i mieć pokrywkę, ja używam specjalnego garnka do szparagów, ale może to być po prostu duży garnek) zagotować wodę. osolić wrzątek. włożyć pęczek szparagów. woda powinna sięgać do wysokości główek szparagów, nie wyżej. główki są delikatne i ugotują się na parze, dlatego ważne, żeby garnek przykryć pokrywką. gotować do miękkości, w zależności od grubości. mi zależało na uzyskaniu nieco twardszych szparagów, więc gotowałam je ok. 7 minut.
w międzyczasie w drugim garnku zagotować wodę i wstawić jajka. gotować ok. 5-7 min. (w zależności od wielkości i od tego czy są prosto z lodówki), żeby uzyskać jajko na miękko, ale bez niespodzianek w postaci nie ściętego białka.
ugotowane szparagi wyjąć na talerz. jajko obrać, położyć na szparagach i rozkroić, żeby żółtko rozlało się po wierzchu.
takie proste, a taka rozkosz!!!
po takim rozpoczęciu dnia mogliśmy ruszyć do boju. odwiedziliśmy Ikeę i wyszliśmy z pięknymi zakupami. za dwieście polskich złotych kupiliśmy lampkę stojącą, designerski dzbanek do parzenia herbaty, garnek ze stali nierdzewnej, wirówkę do sałaty, pojemnik do przechowywania nadprogramowej zupy w lodówce, 3 łopatki do mieszania i wygładzania ciasta, zapas taśmy do odkłaczania ubrań z koty (zużywa się bowiem w zastraszającym tempie), secik kubków wyjazdowych na herbatę i 2 poszewki na poduszki. niezła lista za taką cenę!
po przepysznej obiadowej tortilli sporządzonej przez nie-męża poszliśmy na Nowe Miasto na obchody dnia Szwecji - coby pozostać w temacie Ikeowym ;-) trafiliśmy akurat na koncert Frederiki Stahl, zasiedliśmy na trawie położonej specjalnie na tą okazję na bruku Nowego Miasta i poczuliśmy się zupełnie jak nie w Łorsole. wokół nas, na soczyście zielonej trawie, grupa kolorowych, barwnych ludzi podrygiwała w rytm muzyki. urzekające poczucie beztroski. i pomimo, że przyszliśmy już na koniec, było warto. dla tych kilku ulotnych chwil... i dla mapy Sztokholmu ;-)
a po powrocie - uwaga, uwaga, to jeszcze nie koniec - zabrałam się za robienie ogórków małosolnych. a co, tak miało być przecież. tyle, że jak zwykle wszystko przygotowałam na dwa słoiki, a po ułożeniu ogórków okazało się, że starczyło ich tylko na jeden. idealnie wymierzone... tylko połowę za mało. a jutro sklepy zamknięte oczywiście, bo ja mam przecież wielki dar do przyciągania szczęścia. no więc nie było innego wyjścia, jak o 21:30 w sobotę wyruszyć na polowanie na ogórki gruntowe. taki wieczorny quest. zwieńczony sukcesem :-) no i ogóreczki piękne stoją w rządku. ze względu na to, że jest 23:37 i po tak wyczerpującym dniu padam na pysk, przepis na ogórki będzie jutro. na zielone świątki pasuje jak ulał...
środa, 19 maja 2010
kraj buraka i ziemniaka
jak pięknie określił to pewien wieszcz narodowy, po kilku kieliszkach czerwonego wina i zdecydowanym przesycie grzybów jak na jedną kolację Wigilijną. "a gdzie barszcz?" - dopytywał rozjuszony. "przecież Polska to jest kraj buraka i ziemniaka" - zgrabnie skwitował. po czym wszystkie lejdis znalazły się pod stołem, wijąc się w dzikich spazmach. nie, nie spowodowanych zatruciem grzybkiem niejednym, lecz zaszokowane twórczością poetycką Q.
no więc burak mnie wczoraj uwiódł. całkiem znienacka. wracałam do domu i jak codzień przechodziłam koło straganu z warzywami. i nagle zobaczyłam świeże zielono-purpurowe liście puszczające do mnie oko. botwinka. urzekła mnie i chwyciła za serce. ale pozostałam nieczuła na jej względy i powędrowałam do domu. no bo przecież mama wyjechana a ja nigdy w życiu nie robiłam botwinki... sama... w domu od razu usiadam do kompa i zaczęłam szukać. z głową pełną buraczanych liści. obsesja. przedmiot dzikiego pożądania. oczywiście skończyło się na tym, że znalazłam przepis, poszłam z nie-mężem na stragan i wykupiliśmy pół jego zawartości.
a dzisiaj rękawice w dłoń i kroję, szatkuję, przyprawiam, gotuję.
wyszło mniam. nawet nie-mężu smakowała. pomimo nienajlepszych botwinkowych wspomnień, które, jak się na dodatek okazało, wyparł ze swojej świadomości... historia miała miejsce dawno, dawno temu... za czasów króla świeczka... lub królowej świeczki. mieszkałam jeszcze z rodzicami i którejś pięknej wiosny mama zrobiła botwinkę. wtedy jeszcze nie-nie-mąż przyszedł do mnie strudzony po pracy, a mama wielkodusznie zaoferowała biedakowi - "może chcesz spróbować troszkę botwinki w kubeczku? czy wolisz kanapki?" na co n-n-mąż odpalił z pełnym wdziękiem - "to ja poproszę kanapkę z botwinką". i wilk syty i owca cała :-) wszyscy, oprócz zdezorientowanego biedaka, leżeli pod stołem. i tym sposobem zdarzenie przeszło do historii a botwinka zyskała nowy, głębszy wymiar.
Botwinka purytańska
(zmodyfikowany, uproszczony przepis Wedelki)
Porcja dla 4 osób
duży pęczek botwiny (jeśli buraczki przy botwinie są zbyt małe, można dodać buraka)
2 litry bulionu (polecam bulionetki, a nie kostki rosołowe)
sok z połowy cytryny
2 duże ząbki czosnku (lubię wersję bardziej pikantną)
łyżeczka cukru
pieprz do smaku
koperek
Botwinkę przebrać i dokładnie wypłukać. Buraczki obrać i pokroić w kostkę. Liście i łodygi drobno posiekać. Buraczki wrzucić do bulionu (bulionetki drobiowe Knorra to moje nowe odkrycie kulinarne) i gotować około 15 minut. Po tym czasie dodać łodygi i liście. Czosnek posiekać i dorzucić do zupy wraz z sokiem z cytryny. Doprawić do smaku cukrem i pieprzem (sól jest zdecydowanie zbędna, bo bulion już ją zawiera). Posypać po wierzchu koperkiem. Podawać z młodymi ziemniakami lub/i jajkiem na twardo.
przy okazji szukania przepisu na botwinkę znalazłam świetnego bloga kwestia smaku. co prawda ich przepis na botwinkę nie do końca pokrywał się z moim purytańskim wyobrażeniem i nie zaspokajał mojego najdzikszego pragnienia, więc tym razem z niego nie skorzystałam, ale myślę, że będzie to baaardzo bogate źródło nowych pomysłów na pyszne, pyszne jedzonko. ach... i te zupy!!!!
w ogóle wróciła mi wreszcie radość z gotowania. i chcę, żeby to trwało jak najdłużej! i ogórki kisić będę, a co!
a teraz mam ochotę na młodą kapustę z młodymi ziemniakami, boczkiem i koperiem... znowu czas na mały research ;-)
no więc burak mnie wczoraj uwiódł. całkiem znienacka. wracałam do domu i jak codzień przechodziłam koło straganu z warzywami. i nagle zobaczyłam świeże zielono-purpurowe liście puszczające do mnie oko. botwinka. urzekła mnie i chwyciła za serce. ale pozostałam nieczuła na jej względy i powędrowałam do domu. no bo przecież mama wyjechana a ja nigdy w życiu nie robiłam botwinki... sama... w domu od razu usiadam do kompa i zaczęłam szukać. z głową pełną buraczanych liści. obsesja. przedmiot dzikiego pożądania. oczywiście skończyło się na tym, że znalazłam przepis, poszłam z nie-mężem na stragan i wykupiliśmy pół jego zawartości.
a dzisiaj rękawice w dłoń i kroję, szatkuję, przyprawiam, gotuję.
wyszło mniam. nawet nie-mężu smakowała. pomimo nienajlepszych botwinkowych wspomnień, które, jak się na dodatek okazało, wyparł ze swojej świadomości... historia miała miejsce dawno, dawno temu... za czasów króla świeczka... lub królowej świeczki. mieszkałam jeszcze z rodzicami i którejś pięknej wiosny mama zrobiła botwinkę. wtedy jeszcze nie-nie-mąż przyszedł do mnie strudzony po pracy, a mama wielkodusznie zaoferowała biedakowi - "może chcesz spróbować troszkę botwinki w kubeczku? czy wolisz kanapki?" na co n-n-mąż odpalił z pełnym wdziękiem - "to ja poproszę kanapkę z botwinką". i wilk syty i owca cała :-) wszyscy, oprócz zdezorientowanego biedaka, leżeli pod stołem. i tym sposobem zdarzenie przeszło do historii a botwinka zyskała nowy, głębszy wymiar.
Botwinka purytańska
(zmodyfikowany, uproszczony przepis Wedelki)
Porcja dla 4 osób
duży pęczek botwiny (jeśli buraczki przy botwinie są zbyt małe, można dodać buraka)
2 litry bulionu (polecam bulionetki, a nie kostki rosołowe)
sok z połowy cytryny
2 duże ząbki czosnku (lubię wersję bardziej pikantną)
łyżeczka cukru
pieprz do smaku
koperek
Botwinkę przebrać i dokładnie wypłukać. Buraczki obrać i pokroić w kostkę. Liście i łodygi drobno posiekać. Buraczki wrzucić do bulionu (bulionetki drobiowe Knorra to moje nowe odkrycie kulinarne) i gotować około 15 minut. Po tym czasie dodać łodygi i liście. Czosnek posiekać i dorzucić do zupy wraz z sokiem z cytryny. Doprawić do smaku cukrem i pieprzem (sól jest zdecydowanie zbędna, bo bulion już ją zawiera). Posypać po wierzchu koperkiem. Podawać z młodymi ziemniakami lub/i jajkiem na twardo.
przy okazji szukania przepisu na botwinkę znalazłam świetnego bloga kwestia smaku. co prawda ich przepis na botwinkę nie do końca pokrywał się z moim purytańskim wyobrażeniem i nie zaspokajał mojego najdzikszego pragnienia, więc tym razem z niego nie skorzystałam, ale myślę, że będzie to baaardzo bogate źródło nowych pomysłów na pyszne, pyszne jedzonko. ach... i te zupy!!!!
w ogóle wróciła mi wreszcie radość z gotowania. i chcę, żeby to trwało jak najdłużej! i ogórki kisić będę, a co!
a teraz mam ochotę na młodą kapustę z młodymi ziemniakami, boczkiem i koperiem... znowu czas na mały research ;-)
poniedziałek, 17 maja 2010
wstyd
powinnam się spalić... ze wstydu właśnie.
wreszcie dobraliśmy się do zdjęć ze Stambułu... sprzed roku! wstyd, wstyd, wstyd! włożyliśmy w nie dużo serca i... odłożyliśmy w czeluści przepastnego dysku twardego. ta digitalizacja nas kiedyś zgubi.
na szczęście rozum nam wrócił i postanowiliśmy się zrehabilitować. idąc za przykładem Jacka Soplicy. chcemy bowiem zrobić własny album o Stambule! niestety zabierze to znowu kupę czasu, ale, ale... finalnie będzie pięknie. już się nie mogę doczekać. zapomniałam nawet, że te zdjęcia takie fajne nam wtedy powychodziły. łaziliśmy i łaziliśmy. i wyłaziliśmy całkiem sporą masę zdjęć. w tym roku czuliśmy się rozgrzeszeni i tak samo jak różniło się nasze zwiedzanie, tak różnią się nasze zdjęcia. ciekawe czy przyjdzie taki czas, że będziemy chodzić po Stambule, przed Błękitnym Meczetem czy nad Bosforem i nie będziemy czuli potrzeby zrobienia zdjęcia? teraz wydaje mi się to niemożliwe. bo przecież nawet te same miejsca wyglądają zupełnie inaczej w zależności od pory dnia i światła (nie mówiąc już o porze roku). ale być może te wszystkie majestatyczne meczety mogą spowszednieć, kiedy się je ogląda na codzień, jakkolwiek absurdalnie by to dla mnie w tej chwili nie brzmiało...
tak więc wkrótce czeka nas wycieczka nostalgiczna szlakiem wspomnień o Stambule... i mam nadzieję przywieźć z niej pamiątki w postaci uporządkowanych zdjęć na picasie. let's hope!
tylko czemu te weekendy wciąż za krótkie?!
chociaż w ten przynajmniej udało nam się wybrać na film "Samotny mężczyzna".
piękna i ciepła opowieść o prawdziwej miłości i o pustce po jej stracie. historia, która w tak piękny sposób pokazuje te krótkie chwile w życiu dla których żyć warto. niezwykle naturalnie, spokojnie, delikatnie, ale i bardzo zmysłowo przedstawia związek homoseksualny dwóch mężczyzn. albo raczej jego wspomnienie.
fantastyczna rola Colina Firth'a. był fenomenalnym Panem Darcy'm a teraz jest doskonałym Georgem Falconerem... ta rola tylko potwierdza jak świetnym jest aktorem. cały film pięknie ubrany przez Toma Forda w obrazy i kameralną muzykę. chyba właśnie przez muzykę, sposób prowadzenia kamery i duże zbliżenia, widz czuje się bardzo blisko związany z Georgem. ja przez 99 minut byłam Georgem. a może jestem nim tochę nawet teraz...
wreszcie dobraliśmy się do zdjęć ze Stambułu... sprzed roku! wstyd, wstyd, wstyd! włożyliśmy w nie dużo serca i... odłożyliśmy w czeluści przepastnego dysku twardego. ta digitalizacja nas kiedyś zgubi.
na szczęście rozum nam wrócił i postanowiliśmy się zrehabilitować. idąc za przykładem Jacka Soplicy. chcemy bowiem zrobić własny album o Stambule! niestety zabierze to znowu kupę czasu, ale, ale... finalnie będzie pięknie. już się nie mogę doczekać. zapomniałam nawet, że te zdjęcia takie fajne nam wtedy powychodziły. łaziliśmy i łaziliśmy. i wyłaziliśmy całkiem sporą masę zdjęć. w tym roku czuliśmy się rozgrzeszeni i tak samo jak różniło się nasze zwiedzanie, tak różnią się nasze zdjęcia. ciekawe czy przyjdzie taki czas, że będziemy chodzić po Stambule, przed Błękitnym Meczetem czy nad Bosforem i nie będziemy czuli potrzeby zrobienia zdjęcia? teraz wydaje mi się to niemożliwe. bo przecież nawet te same miejsca wyglądają zupełnie inaczej w zależności od pory dnia i światła (nie mówiąc już o porze roku). ale być może te wszystkie majestatyczne meczety mogą spowszednieć, kiedy się je ogląda na codzień, jakkolwiek absurdalnie by to dla mnie w tej chwili nie brzmiało...
tak więc wkrótce czeka nas wycieczka nostalgiczna szlakiem wspomnień o Stambule... i mam nadzieję przywieźć z niej pamiątki w postaci uporządkowanych zdjęć na picasie. let's hope!
tylko czemu te weekendy wciąż za krótkie?!
chociaż w ten przynajmniej udało nam się wybrać na film "Samotny mężczyzna".
piękna i ciepła opowieść o prawdziwej miłości i o pustce po jej stracie. historia, która w tak piękny sposób pokazuje te krótkie chwile w życiu dla których żyć warto. niezwykle naturalnie, spokojnie, delikatnie, ale i bardzo zmysłowo przedstawia związek homoseksualny dwóch mężczyzn. albo raczej jego wspomnienie.
czwartek, 13 maja 2010
piekło/niebo
dzisiejszy dzień był koszmarny.
wracałam do domu w stanie totalnego rozkładu. ledwie żywa. wiedząc, że mam masę rzeczy do zrobienia. przyszła mi jednak do głowy szalona myśl. a może zamiast tego co muszę, zrobię to co chcę?! tylko co ja bym chciała? zadałam sobie to pytanie po raz pierwszy od nie wiem jak długiego czasu. w sumie nie wiem czy kiedykolwiek je sobie zadawałam wracając do domu (zawsze mam gotową listę TO DO w głowie i to ona determinuje mój rozkład dnia. takie myślenie zadaniowe, które w dłuższej perspektywie jest nie do zniesienia). wiem jednak na pewno, że po raz pierwszy szczerze się zastanowiłam nad odpowiedzią. chciałam iść spać. nie później, tylko natychmiast. co więcej, po powrocie do domu od razu to zrobiłam (jak nigdy, choć czasem sobie przecież obiecywałam). Gajka może najszczęśliwsza z tego powodu nie była, ale pomarudziła trochę i później była już przekochana, cichutka i współczująca. po przebudzeniu, czułam się jak nowo narodzona.
gdyby tylko można było wychodzić wcześniej z pracy i codziennie spać przez godzinę, to życie miałoby całkowicie inny smak. naładowałam bateryjki, znalazłam tyle siły, żeby sprzątnąć, uprać, rozwiesić pranie, poczytać książkę, zrobić kolację... a mam jeszcze dalsze plany. i naprawdę jestem z siebie dumna!
zjadłam pyszne kanapki ze świeżutkim, chrupiącym chlebem górskim, który upolował nie-mąż. popijam, przygotowaną przez niego na specjalne zamówienie, turecką herbatkę w naszych ślicznych szklaneczkach przywiezionych ze Stambułu i czuję się dobrze. naprawdę dobrze.
do pełni szczęścia brakuje mi może tylko tłuścioszka...
a Gajka właśnie weszła w swoją fazę manii. wszystko leci z góry na dół ;-)
wracałam do domu w stanie totalnego rozkładu. ledwie żywa. wiedząc, że mam masę rzeczy do zrobienia. przyszła mi jednak do głowy szalona myśl. a może zamiast tego co muszę, zrobię to co chcę?! tylko co ja bym chciała? zadałam sobie to pytanie po raz pierwszy od nie wiem jak długiego czasu. w sumie nie wiem czy kiedykolwiek je sobie zadawałam wracając do domu (zawsze mam gotową listę TO DO w głowie i to ona determinuje mój rozkład dnia. takie myślenie zadaniowe, które w dłuższej perspektywie jest nie do zniesienia). wiem jednak na pewno, że po raz pierwszy szczerze się zastanowiłam nad odpowiedzią. chciałam iść spać. nie później, tylko natychmiast. co więcej, po powrocie do domu od razu to zrobiłam (jak nigdy, choć czasem sobie przecież obiecywałam). Gajka może najszczęśliwsza z tego powodu nie była, ale pomarudziła trochę i później była już przekochana, cichutka i współczująca. po przebudzeniu, czułam się jak nowo narodzona.
gdyby tylko można było wychodzić wcześniej z pracy i codziennie spać przez godzinę, to życie miałoby całkowicie inny smak. naładowałam bateryjki, znalazłam tyle siły, żeby sprzątnąć, uprać, rozwiesić pranie, poczytać książkę, zrobić kolację... a mam jeszcze dalsze plany. i naprawdę jestem z siebie dumna!
zjadłam pyszne kanapki ze świeżutkim, chrupiącym chlebem górskim, który upolował nie-mąż. popijam, przygotowaną przez niego na specjalne zamówienie, turecką herbatkę w naszych ślicznych szklaneczkach przywiezionych ze Stambułu i czuję się dobrze. naprawdę dobrze.
do pełni szczęścia brakuje mi może tylko tłuścioszka...
a Gajka właśnie weszła w swoją fazę manii. wszystko leci z góry na dół ;-)
środa, 12 maja 2010
chwilo trwaj
jadąc dzisiaj tramwajem do domu, zatopiona w książce (anglojęzycznej na dodatek), za plecami usłyszałam odmiennie brzmiący język. od razu go rozpoznałam. zanim jeszcze udało mi się wyłuskać pojedyncze słowa. nerede, tamam... turecki ma bardzo specyficzną melodię, łatwo ją rozpoznać, tym bardziej, że ostatnio słyszałam ją wszędzie. aż uśmiechnęłam się do swoich myśli. jakie to zabawne, że jeszcze niedawno z tureckiego wyłapywałam pojedyncze, znajomo brzmiące polskie słowa, a teraz zupełnie odwrotnie, z papki słów w języku ojczystym wyłapuję tak znajome, pomimo że niezrozumiałe tureckie słowa... tak miło odnaleźć cząstkę tamtego tu...
w tamtej chwili miałam wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu. poukładane. podjęłam dobrą decyzję. czytam właściwą książkę, słyszę odpowiedni język. wszystko grało. szkoda, że takich momentów nie można zapakować w pudełeczko i sprawić, żeby trwały. bo człowiek od czasu do czasu powinien mieć wrażenie, że wszystko się układa i idealnie do siebie pasuje.
w sumie takie uczucie spokoju mam od wczoraj. byliśmy na filmie "Whatever Works" Woody'ego Allena. polskiego tytułu nie przytoczę, ze względu na to, że jest absurdalny. film doskonały!!! mądry, zabawny, przemyślany. kolejny raz Allen udowodnił, że wielkim człowiekiem jest. każdy film jest tak bardzo "jego". cudownie przemyca swoją filozofię i mądrość. i, co chyba najważniejsze, sprawia, że każdy po wyjściu z kina myśli... o filmie, ale też o swoim własnym życiu... bo film jest trochę jak lustro. można się w nim przejrzeć i znaleźć coś swojego. a po chwili zastanowienia człowiek ponownie odkrywa we własnym życiu to co najwartościowsze, co często w codziennym zabieganiu chowa się głęboko i staje niewidoczne. a takie odkrycie przywraca równowagę i spokój. daje poczucie, że cokolwiek by się nie działo, będzie dobrze. dodaje skrzydeł i odwagi, żeby robić wszystko zgodnie ze sobą.
w tamtej chwili miałam wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu. poukładane. podjęłam dobrą decyzję. czytam właściwą książkę, słyszę odpowiedni język. wszystko grało. szkoda, że takich momentów nie można zapakować w pudełeczko i sprawić, żeby trwały. bo człowiek od czasu do czasu powinien mieć wrażenie, że wszystko się układa i idealnie do siebie pasuje.
w sumie takie uczucie spokoju mam od wczoraj. byliśmy na filmie "Whatever Works" Woody'ego Allena. polskiego tytułu nie przytoczę, ze względu na to, że jest absurdalny. film doskonały!!! mądry, zabawny, przemyślany. kolejny raz Allen udowodnił, że wielkim człowiekiem jest. każdy film jest tak bardzo "jego". cudownie przemyca swoją filozofię i mądrość. i, co chyba najważniejsze, sprawia, że każdy po wyjściu z kina myśli... o filmie, ale też o swoim własnym życiu... bo film jest trochę jak lustro. można się w nim przejrzeć i znaleźć coś swojego. a po chwili zastanowienia człowiek ponownie odkrywa we własnym życiu to co najwartościowsze, co często w codziennym zabieganiu chowa się głęboko i staje niewidoczne. a takie odkrycie przywraca równowagę i spokój. daje poczucie, że cokolwiek by się nie działo, będzie dobrze. dodaje skrzydeł i odwagi, żeby robić wszystko zgodnie ze sobą.
wtorek, 11 maja 2010
niedziela, 9 maja 2010
trudne powroty do rzeczywistości
mieliśmy idealne zakończenie naszego wyjazdu. tłuścioszek (chociaż ledwo wszedł po obfitym śniadaniu) - ale przyrzeczenia dotrzymałam i jeden tłuścioszek na każdy dzień musiał być... no a raz nieco więcej, ale przecież im więcej tym lepiej ;-) później najlepszy kebab w Beyazıt Saray Büfe i przepyszny sok Super Atom, który prawie sokiem nie jest. zrobiony z bananów, orzechów włoskich, mleka i miodu smakuje trochę jak deser czekoladowy, a w konsystencji przypomina bardziej koktajl. mniamniuśny! no i pogoda się zepsuła, co powinno nam ułatwić wyjazd. niestety jakoś nie wyszło... z ciężkim sercem ruszyliśmy na lotnisko w takich korkach i tak wąskimi uliczkami, że kierowca z samochodami jadącymi z naprzeciwka mijał się na lusterka, a czasem na zgrzyt lusterka po lakierze nawet ;-)
później czekała nas jeszcze tylko naprawa prawego skrzydła w samolocie rodzimych linii lotniczych LOT, Palikot vel smelly-cat, steward z seksownym głosem i szary miauczący plusz. i wuj, co się nim zajął wzorowo. tak wzorowo, że futro chodzi teraz i szuka wuja... a my to co? pies?
Bro musi teraz chyba wpadać częściej, bo jeszcze nam kot w depresję wpadnie...
a dzień dzisiaj dramatyczny. puls ledwo wyczuwalny. głowa potłuczona. a nie-mąż ma szparki zamiast oczu. i siedzi jak jakieś warzywo strączkowe...
później czekała nas jeszcze tylko naprawa prawego skrzydła w samolocie rodzimych linii lotniczych LOT, Palikot vel smelly-cat, steward z seksownym głosem i szary miauczący plusz. i wuj, co się nim zajął wzorowo. tak wzorowo, że futro chodzi teraz i szuka wuja... a my to co? pies?
Bro musi teraz chyba wpadać częściej, bo jeszcze nam kot w depresję wpadnie...
a dzień dzisiaj dramatyczny. puls ledwo wyczuwalny. głowa potłuczona. a nie-mąż ma szparki zamiast oczu. i siedzi jak jakieś warzywo strączkowe...
sobota, 8 maja 2010
goodbye my love, goodbye...
nie mogłabym wymyślić sobie lepszego miejsca na pisanie pożegnalnej notki. siedzę w zacienionej altance przed Błękitnym Meczetem. świeci słońce, wieje lekki wiatr. jest sobotnie wczesne popołudnie. wieczorem będę już w domu. daleko stąd. i z jednej strony strasznie się cieszę, że przytulę wreszcie moje szare futro (z tęsknoty chyba, oboje z nie-mężem mieliśmy dzisiejszej nocy sny o Gajce, na szczęście różnej treści, w innym przypadku zaczęłabym się martwić), ale z drugiej strony jakiś dobijający smutek mnie ogarnia, że tutaj wszystko dalej będzie się toczyć swoim naturalnym rytmem, ale już bez mojego udziału... będzie mi brakować tej mieszaniny języków, którą słyszę na ulicy, tej łatwosci zatopienia się we własne myśli, kiedy niczyje słowa nie drażnią i nie rozpraszają. będzie mi brakować herbaty, której można napić się tu w każdym miejscu. będzie mi brakować takich plenerów z darmowym WiFi. i meczetów, i Bosforu... chociaż wiem, że nie jestem tutaj po raz ostatni. ale z drugiej strony kto wie, co zdarzy się za rok? co zdarzy się jutro?
za każdym razem, kiedy wyjeżdżam w dobrze mi znane miejsca, któryś raz z rzędu, słyszę zdziwienie w głosach osób z którymi rozmawiam. trudno im zrozumieć, że zamiast poznawać nowe kraje, ja jeżdżę wciąż w te same miejsca. znowu Turcja, znowu Stambuł. który to już raz? ale dla mnie to proste. wyjeżdżam tam, gdzie się dobrze czuję. to jest chyba najkrótsza odpowiedź. mam swoje miejsca, które wygrywają za każdym razem w rankingu stare czy nowe! Stambuł, Budapeszt, Göteborg. moja trójca. świetna trójca. jak na ironię - im lepiej mi znana, tym więcej w niej jeszcze do zobaczenia.
mam w sobie głód na Pragę, Berlin, Londyn, Sztokholm, Barcelonę czy Talin i pewnie kiedyś, jakimś cudem, znajdę się też tam. ale tutaj jest jeszcze tyle do zobaczenia!
więc nie żegnaj, ale do zobaczenia...
za każdym razem, kiedy wyjeżdżam w dobrze mi znane miejsca, któryś raz z rzędu, słyszę zdziwienie w głosach osób z którymi rozmawiam. trudno im zrozumieć, że zamiast poznawać nowe kraje, ja jeżdżę wciąż w te same miejsca. znowu Turcja, znowu Stambuł. który to już raz? ale dla mnie to proste. wyjeżdżam tam, gdzie się dobrze czuję. to jest chyba najkrótsza odpowiedź. mam swoje miejsca, które wygrywają za każdym razem w rankingu stare czy nowe! Stambuł, Budapeszt, Göteborg. moja trójca. świetna trójca. jak na ironię - im lepiej mi znana, tym więcej w niej jeszcze do zobaczenia.
mam w sobie głód na Pragę, Berlin, Londyn, Sztokholm, Barcelonę czy Talin i pewnie kiedyś, jakimś cudem, znajdę się też tam. ale tutaj jest jeszcze tyle do zobaczenia!
więc nie żegnaj, ale do zobaczenia...
piątek, 7 maja 2010
wszystkie drogi prowadzą na Taksim
zaczynam szczerze w to wierzyć.
na dzisiaj mieliśmy bardzo luźne i niesprecyzowane plany, ale w końcu skierowaliśmy się na nabrzeże Eminönü, żeby popłynąć w górę Złotego Rogu. szczęście nam chyba średnio jednak dopisywało, bo nie znaleźliśmy przystani, z której odpływają tam promy. ogólnie teraz na nabrzeżu wszystko jest tymczasowe, a duża część brzegu za mostem Galata ogrodzona, bo prowadzone są prace budowlane. być może jest to związane z tym, że niedaleko Atatürk Köprüsü (mostu Ataturka) powstaje nowy most pod przedłużenie linii metra M2 do Yenikapı tak, żeby w przyszłości właśnie tam łączyła się z linią M1. nie wspominając o tym, że na nabrzeżu po prawej stronie mostu Galata również wszystko jest pogrodzone, bo trwają tam kolejne prace. projekt Marmaray. od stacji Sirkeci budowany jest podwodny tunel dla kolei, który połączy obie linie kolejowe (te wyruszające z Sirkeci i Haydarpaşa Garı). zakończenie planowane było na rok 2008, ale opóźnienia wynikłe z większego niż przewidywane skomplikowania podwodnych prac trochę namieszały i obecnie zakłada sę ukończenie budowy na rok 2012.
hmm... jednak łatwiej to będzie zwizualizować.
i znowu mała dygresyjka się wdarła, ale wracając do wątku przewodniego... w związku z barykadami przeróżnej maści minęliśmy zapewne przystań promową, która nas interesowała, a ponieważ robiło się coraz cieplej, postanowiliśmy chwilę odpocząć w parku, idąc za przykładem miejscowych. nikt kto tego nie próbował, nie wie jaka to ulga w gorący dzień zdjąć adidasy i poczuć miękką trawę pod stopami. bezpłatna rozkosz dla stóp!
tak długo jak zajadaliśmy pieczone kasztany, mogliśmy iść do przodu... kiedy się skończyły droga stała się monotonna, wręcz nie do zniesienia... postanowiliśmy wziąć odwrót. z dobrze poinformowanych źródeł nie-mąż wiedział, że z Abdülezelpaşa Caddesi, wzdłuż której szliśmy, można dojechać do placu Taksim. autobusem 55T. jako, że byliśmy całkowicie zieleni w kwestii transportu autobusowego, postanowiliśmy wziąć byka za rogi. niestety mijające nas autobusy nie wyglądały zachęcająco. pełne jak tramwaje w godzinach szczytu. czekaliśmy dość długo na jakimś absurdalnie wąskim skrawku chodnika udającego przystanek, a 55T jak na złość się nie zjawiał. a było nas coraz więcej, stojących grzecznie, gęsiego, przetupujących z nogi na nogę... i wtedy właśnie nastąpiło objawienie. przyjechał piękny, błyszczący, pusty autobus z wielkim napisem Taksim na przedzie. o zachwycającym, tłustym numerze 830. co z tego, że nie był to ten, którego oczekiwaliśmy. wsiedliśmy z rozkoszą. i to była bardzo przyjemna podróż, zupełnie inna niż się spodziewałam.
na Taksim okazało się, że mamy zupełnie odmienne wyobrażenie na temat tego co dalej. bo Taksim daje bardzo dużo możliwości. chyba nawet za dużo ;-) stamtąd można dostać się wszędzie. nie-mąż chciał jechać do bogatej dzielnicy Nişantaşı, o której pisał Max Cegielski w swojej książce "Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu". mnie natomiast przy życiu trzymała jedynie wizja najlepszego i najtańszego soku w oswojonym przeze mnie Stambule, w naszym ulubionym miejscu, po zejściu z Istiklal Caddesi. tani sok zwyciężył z bogactwem i snobizmem, więc ruszyliśmy w dół.
widząc tą masę ludzi na btonowej ulicy po raz kolejny doszłam do wniosku, że nie jest to moje ulubione miejsce. oj, bardzo nie jest. przynajmniej pierwsza jej część - od placu Taksim - bo ta ulica zmienia się jak kameleon. im dalej od Taksim tym przyjemniej, pojawia się więcej zieleni i zaczyna się robić coraz bardziej kameralnie. właśnie w tej przyjemniejszej okolicy utworzył się spory, zasłuchany i podrygujący tłum, wokół małej grupki grajków. ich muzyka była tak przejmująca, że nie sposób się było nie zatrzymać. ciary na plecach i wilgotne oczy. to wrażenie było spotęgowane dodatkowo ich wyglądem - bose stopy, długie włosy, dready, koraliki i luźne klorowe ubrania. toalna wolność i radość z tego co robią. kiedy zrobili przewę, wszyscy jakby obudzili się z krótkiego półsnu, tłum nie topniał od razu, każdy liczył na więcej. miałam wrażenie, że to kadr wyjęty prosto z filmu Fatiha Akina "Crossing the Bridge: The Sound of Istanbul" (polski tytuł, nie wiedzieć czemu "Życie jest muzyką"). muzyka była żywa i spontaniczna, a jednocześnie miało się wrażenie że od zawsze należy do tego miejsca.
być może ktoś, kto lubi tłum i gwar zakocha się w Istiklal, bo tłum jest naprawdę barwny, a skepów i kawiarni cała masa. ale ja lubię wydeptywać swoje ściezki, z dala od takich spendów. dlatego to co zaczyna się poniżej - to mój raj! raj nosi nazwę Galip Dede Caddesi. i jest klimatyczną, wąską ulicą, na której dominują sklepy muzyczne - te z płytami i z instrumentami. właśnie tutaj sprzedawane są najtańsze soki i moje ulubione ćwartki świeżego ananasa, które dwoma sprawnymi pociągnięciami noża są gotowe do jedzenia. to miejsce jest dla mnie jak przejście z morderczego słońca na pustyni i schronienie się w cieniu, w przyjemnej oazie. ludzi jet zdecydowanie mniej (większość pewnie po wyczerpujących zakupach decyduje się pojechać zabytkowym metrem (funikularem) z 1875 roku z placu Tünel do Karaköy. a ja dopiero się rozkręcam, rozkoszuję się każdym krokiem, każdym kęsem ananasa, patrzę w niebo i w duchu śmieję się do siebie... właśnie tak miał się zakończyć ten dzień!
post scriptum. nie wspomniałam o tłuścioszku, ale oczywiście znów był po drodze. poza tym tłuścioszki są wszędzie, nie mogłoby ich więc zabraknąć na Istiklal...
na dzisiaj mieliśmy bardzo luźne i niesprecyzowane plany, ale w końcu skierowaliśmy się na nabrzeże Eminönü, żeby popłynąć w górę Złotego Rogu. szczęście nam chyba średnio jednak dopisywało, bo nie znaleźliśmy przystani, z której odpływają tam promy. ogólnie teraz na nabrzeżu wszystko jest tymczasowe, a duża część brzegu za mostem Galata ogrodzona, bo prowadzone są prace budowlane. być może jest to związane z tym, że niedaleko Atatürk Köprüsü (mostu Ataturka) powstaje nowy most pod przedłużenie linii metra M2 do Yenikapı tak, żeby w przyszłości właśnie tam łączyła się z linią M1. nie wspominając o tym, że na nabrzeżu po prawej stronie mostu Galata również wszystko jest pogrodzone, bo trwają tam kolejne prace. projekt Marmaray. od stacji Sirkeci budowany jest podwodny tunel dla kolei, który połączy obie linie kolejowe (te wyruszające z Sirkeci i Haydarpaşa Garı). zakończenie planowane było na rok 2008, ale opóźnienia wynikłe z większego niż przewidywane skomplikowania podwodnych prac trochę namieszały i obecnie zakłada sę ukończenie budowy na rok 2012.
hmm... jednak łatwiej to będzie zwizualizować.
i znowu mała dygresyjka się wdarła, ale wracając do wątku przewodniego... w związku z barykadami przeróżnej maści minęliśmy zapewne przystań promową, która nas interesowała, a ponieważ robiło się coraz cieplej, postanowiliśmy chwilę odpocząć w parku, idąc za przykładem miejscowych. nikt kto tego nie próbował, nie wie jaka to ulga w gorący dzień zdjąć adidasy i poczuć miękką trawę pod stopami. bezpłatna rozkosz dla stóp!
tak długo jak zajadaliśmy pieczone kasztany, mogliśmy iść do przodu... kiedy się skończyły droga stała się monotonna, wręcz nie do zniesienia... postanowiliśmy wziąć odwrót. z dobrze poinformowanych źródeł nie-mąż wiedział, że z Abdülezelpaşa Caddesi, wzdłuż której szliśmy, można dojechać do placu Taksim. autobusem 55T. jako, że byliśmy całkowicie zieleni w kwestii transportu autobusowego, postanowiliśmy wziąć byka za rogi. niestety mijające nas autobusy nie wyglądały zachęcająco. pełne jak tramwaje w godzinach szczytu. czekaliśmy dość długo na jakimś absurdalnie wąskim skrawku chodnika udającego przystanek, a 55T jak na złość się nie zjawiał. a było nas coraz więcej, stojących grzecznie, gęsiego, przetupujących z nogi na nogę... i wtedy właśnie nastąpiło objawienie. przyjechał piękny, błyszczący, pusty autobus z wielkim napisem Taksim na przedzie. o zachwycającym, tłustym numerze 830. co z tego, że nie był to ten, którego oczekiwaliśmy. wsiedliśmy z rozkoszą. i to była bardzo przyjemna podróż, zupełnie inna niż się spodziewałam.
na Taksim okazało się, że mamy zupełnie odmienne wyobrażenie na temat tego co dalej. bo Taksim daje bardzo dużo możliwości. chyba nawet za dużo ;-) stamtąd można dostać się wszędzie. nie-mąż chciał jechać do bogatej dzielnicy Nişantaşı, o której pisał Max Cegielski w swojej książce "Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu". mnie natomiast przy życiu trzymała jedynie wizja najlepszego i najtańszego soku w oswojonym przeze mnie Stambule, w naszym ulubionym miejscu, po zejściu z Istiklal Caddesi. tani sok zwyciężył z bogactwem i snobizmem, więc ruszyliśmy w dół.
widząc tą masę ludzi na btonowej ulicy po raz kolejny doszłam do wniosku, że nie jest to moje ulubione miejsce. oj, bardzo nie jest. przynajmniej pierwsza jej część - od placu Taksim - bo ta ulica zmienia się jak kameleon. im dalej od Taksim tym przyjemniej, pojawia się więcej zieleni i zaczyna się robić coraz bardziej kameralnie. właśnie w tej przyjemniejszej okolicy utworzył się spory, zasłuchany i podrygujący tłum, wokół małej grupki grajków. ich muzyka była tak przejmująca, że nie sposób się było nie zatrzymać. ciary na plecach i wilgotne oczy. to wrażenie było spotęgowane dodatkowo ich wyglądem - bose stopy, długie włosy, dready, koraliki i luźne klorowe ubrania. toalna wolność i radość z tego co robią. kiedy zrobili przewę, wszyscy jakby obudzili się z krótkiego półsnu, tłum nie topniał od razu, każdy liczył na więcej. miałam wrażenie, że to kadr wyjęty prosto z filmu Fatiha Akina "Crossing the Bridge: The Sound of Istanbul" (polski tytuł, nie wiedzieć czemu "Życie jest muzyką"). muzyka była żywa i spontaniczna, a jednocześnie miało się wrażenie że od zawsze należy do tego miejsca.
być może ktoś, kto lubi tłum i gwar zakocha się w Istiklal, bo tłum jest naprawdę barwny, a skepów i kawiarni cała masa. ale ja lubię wydeptywać swoje ściezki, z dala od takich spendów. dlatego to co zaczyna się poniżej - to mój raj! raj nosi nazwę Galip Dede Caddesi. i jest klimatyczną, wąską ulicą, na której dominują sklepy muzyczne - te z płytami i z instrumentami. właśnie tutaj sprzedawane są najtańsze soki i moje ulubione ćwartki świeżego ananasa, które dwoma sprawnymi pociągnięciami noża są gotowe do jedzenia. to miejsce jest dla mnie jak przejście z morderczego słońca na pustyni i schronienie się w cieniu, w przyjemnej oazie. ludzi jet zdecydowanie mniej (większość pewnie po wyczerpujących zakupach decyduje się pojechać zabytkowym metrem (funikularem) z 1875 roku z placu Tünel do Karaköy. a ja dopiero się rozkręcam, rozkoszuję się każdym krokiem, każdym kęsem ananasa, patrzę w niebo i w duchu śmieję się do siebie... właśnie tak miał się zakończyć ten dzień!
post scriptum. nie wspomniałam o tłuścioszku, ale oczywiście znów był po drodze. poza tym tłuścioszki są wszędzie, nie mogłoby ich więc zabraknąć na Istiklal...
Subskrybuj:
Posty (Atom)















