przyszedł czas na opisanie dramatu z jakim się tutaj zetknęliśmy. akbil. czarodziejskie słowo, które od trzech dni spędzało nam sen z powiek. akbil to taka komunikacyjna "karta miejska", tyle że nie w postaci karty, a hmmm... breloczka - to chyba najlepsze określenie jakie przychodzi mi do głowy. ładuje się go dowolną kwotą i zużywa przechodząc przez bramki do tramwaju, metra czy promu. i to jest najfajniejsze, że działają również na prom. bo prom jest szybki, punktualny, niezawodny i nie stoi w korkach! do jednorazowych przejazdów służą jetony - 1,5 TRY każdy. a ile kosztuje przejazd akbilem? wciąż pracujemy nad tą kwestią ;-) raz zjada 1,5 raz 0,75 TRY. więc nie wiadomo... może to zależy od pory dnia, albo odstępu od ostatniego przejazdu?
no ale wracając do wątku przewodniego. akbila kupiliśmy w zeszłym roku (kosztuje 7 TRY i jest to taki zastaw do chwili zwrotu) i zapomnieliśmy spieniężyć. ale wiedzieliśmy już wtedy, że z całą pewnością wrócimy, więc nie przejęliśmy się specjalnie. problem w tym, że nie-mąż w taksówce z lotniska zorientował się, że nie wziął ze sobą nieszczęśnika. chociaż w domu przeszedł całą procedurę poszukiwawczą, zakończoną sukcesem, a jakże. przytulił, pomiętosił i odłożył na miejsce. złe miejsce, bardzo złe miejsce. do szafki. zamiast do walizki. no i niestety musieliśmy kupić nowego. ale zadziwiająco, nie jest to koniec tej historii, a dopiero jej niewinny początek. bowiem gdzie tylko nas nogi poniosły pytaliśmy o akbile. byliśmy jak głosiciele dobrej nowiny. mówiliśmy o nim wszędzie, lecz każdy był głuchy na nasze wezwania. nawet w naszym zeszłorocznym pewniaku odmówiono współpracy. postanowiliśmy zapytać naszego przyjaciela Googla, o co w tym wszystkim chodzi. okazało się, że w całym Stambule jest problem ze zdobyciem małego akbila. stał się mrocznym przedmiotem pożądania...
ale, ale... tadam! dziś udało nam się go zdobyć. na dworcu autobusowym w naszym niezawodnym Eminönü. jest śliczny, niebieski jak niebo i morze i wcale go teraz nie chcę oddawać :-) taki miły początek dnia...
akbil - nasz błękitny skarb
jednorazowe jetony
rozochoceni wygraną bitwą, postanowiliśmy wygrać całą wojnę i ruszyliśmy na podbój reszty dnia. od razu wsiedliśmy na prom do Kadikoy po azjatyckiej stronie Stambułu, żeby zobaczyć stację kolejową Haydarpaşa Garı. z zewnątrz, stojąca nad brzegiem morza robi piorunujące wrażenie. nie-mąż doczytał że to neoklasycystyczna stacja kolejowa udająca barokowy bawarski zamek (ale po co stacja kolejowa miałaby to robić?), która była prezentem od Wilhelma I, władcy Prus dla sułtana Abdülhamida II następcy Abdülmecida (tego, który miał niezwykle bujną wyobraźnię i lekką rękę do nie swoich pieniędzy). stąd wiodła niegdyś trasa do Bagdadu i Damaszku. wnętrze stacji, chociaż bardzo okazałe, nie zrobiło na mnie niestety takiego wrażenia jak Sirkeci Garı. to chyba dlatego, że tutaj nie odczułam oczyszczającego spokoju po wejściu do środka. nad morzem jest zdecydowanie spokojniej niż w centrum miasta, więc nie można mówić o uldze po przekroczeniu progu stacji. weszłam zwyczajnie na bardzo ładny dworzec. przed budynkiem stoi za to piękna, drewniana, nieco zapomniana i niestety zaniedbana przystań promów, która ginie przy majestatycznej stacji. ale oglądana sama, na tle morza, jest piękna. ma się wrażenie, że to właśnie ona pamięta najlepiej czasy wielkiego imperium, a fakt, że popada w ruinę dodatkowo potęguje wrażenie tęsknoty za czasami dawnej świetności.
Haydarpaşa Garı
witraże w budynku stacji Haydarpaşa
budynek dworca, witraże i kafelki na elewacji przystani Haydarpaşa
przystań promów Haydarpaşa - kasy
wróciliśmy promem do Karaköy i przeszliśmy mostem Galata do Eminönü. otaczała nas rzeka ludzi. może dlatego, że była pora lunchu, a może dlatego, że to niedziela. nie wiem. ale nie czułam się wyobcowana w tym tłumie. chyba nawet nie do końca czułam się turystką. byłam kimś, kto przyjechał pobyć tu przez jakiś czas. to co zobaczyłam po zejściu z mostu trochę mnie jednak zszokowało...
Karaköy
kiedy wmieszaliśmy się w tłum okazało się, że wcale nie jest tak strasznie. po prostu głód przygnał wszystkich na kanapkę z rybą. zupełnie tak samo jak nas ;-) tym razem byliśmy w prawdziwej fabryce kanapek. trzy starodawne, stylizowane łodzie przycumowane do nabrzeża, sprzedawcy uwijający się jak w ukropie... zastanawialiśmy się jaki mają obrót w godzinach szczytu, skoro w 2 sekundy zarabiają 8 TRY. na całym placu ciężko było znaleźć skrawek wolnego, żeby usiąść (nie mówiąc już o stolikach). na szczęście jesteśmy w miarę szczupli (nie-mąż przoduje w tej kwestii), więc udało nam się wcisnąć w jakąś wolną przestrzeń. dokupiliśmy jeszcze sałatkę z kiszonych ogórków i kapusty (salgam), która jest tutaj strasznie popularna, sprzedawana z małych budek, stylem nawiązujących do łodzi. i w końcu zaczęliśmy pałaszować swój najpyszniejszy obiad pod słońcem.
stylizowane łodzie sprzedawców rybnych kanapek
fabryka ziemskich rozkoszy
mniaaaaaaaam
na placu był prawdziwy tłum, ale nie było tłoczno ani głośno. wszystkie odgłosy znikały w przestrzeni, wchłaniane przez fale Bosforu. w tamtej chwili strasznie żałowałam, że u nas nie ma kultury jedzenia na powietrzu, w tłumie, na kolanie. to na prawdę daje takie dziwne poczucie jedności i dzielenia wspólnego losu. chociażby tylko przez chwilę. co prawda u nas nie ma też przestrzeni, która mogłaby to godnie przyjąć... chociaż może Wisła?
nie-mężowi zachciało się na sam koniec jeszcze słodkich tłuścioszków, wyglądających jak małe pączko-racuszki, a oficjalnie - Tarihi Osmanlı Lokmacısı. oczywiście smażone w głębokim tłuszczu. przez wzgląd na planowaną dietę, byłam stanowczo przeciwna, ale nie-mąż był nieugięty. kupił, ugryzł... i dał spróbować. ku mojej zgubie. wyżarłam mu prawie połowę. 100 razy lepsze niż racuchy, cieplutkie i nasączone czymś słodkim, prawdopodobnie miodem. mniaaaaam...
nowy rodzaj diety
tu można kupić pączko-tłuścioszki
takie obżarstwo nie przeszkodziło oczywiście w zjedzeniu regularnego preclowego tłuścioszka Koski (Halka Tatlısı), którego obiecałam sobie zjadać codziennie, żeby czuć spełnienie i nasycenie przed wyjazdem. dzisiaj ledwie się wręcz załapaliśmy. straganik był już prawie pusty, ale uffff... udało się... mi i jeszcze kilku szczęściarzom za mną ;-) znalazłam też w necie przepis na tulumbę, krótszą wersję halki - ratunek po powrocie ;-)
tłuścioszek w pełnej krasie
a teraz siedzę w hotelu z opuchniętą nogą i całe dalsze zwiedzanie stoi pod wielkim znakiem zapytania. jestem obolała, zła (wściekła wręcz) i bezradna. jest coraz gorzej i aż się boję pomyśleć co będzie dalej... i bynajmniej to nie przez tłuścioszki!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz