poniedziałek, 3 maja 2010

rejs po Bosforze

brzmi bardzo romantycznie, nostalgicznie i malowniczo. pewnie gdyby statek był troszkę mniejszy, a my nie tak łasi na zdjęcia czulibyśmy się jak Pierre Loti. jak się okazało później, brak aparatu lub dostatecznie dobrych miejsc może być czasem błogosławieństwem. po pierwsze można rozmawiać spokojnie i pić herbatkę, po drugie jest cieplej, a po trzecie "bardziej" się wszystko widzi - oczkami swymi, a nie przez wizjer aparatu, bo zdjęć przez szybę nie warto robić. no i trochę się poprzytulać też można. i nawet jeśli to pod groźbą tortur perfidnych uzyskane, to i tak miło.





wybraliśmy na dzisiaj rejs głównie ze względu na to, że miał być nieobciążający, bo jako rekonwalescentka muszę się oszczędzać. miał być. a skończyło się na tym, że prawie biegiem kuśtykałam do tramwaju, zahaczywszy jeszcze o przydziałowego tłuścioszka (i - uwaga, uwaga - nie był to mój pomysł). na Eminönü w ostatniej chwili kupiliśmy bilety na prom, który był już w blokach startowych, a po 1,5 godziny faktycznego odpoczynku i podziwiania widoków zamiast posiedzieć w knajpie na krańcowej przystani rejsu - Anadolu Kavağı, po azjatyckiej stronie, ja głupia gąska poleciałam za tłumem. taka to właśnie ze mnie indywidualistka. no bo co? oni wejdą na ruiny twierdzy bizantyjskiej górującej nad wioską, a ja nie? przez głupi palec? byłam na niego wściekła. na to, że taka jestem niedołężna. no więc go olałam i poszłam. a, że kondycja u mnie zerowa (oraz bonus w postaci kuśtykania) to trasa wcale taka lajtowa nie była. strome podejście nie tyle mnie męczyło, co przerażało, kiedy myślałam o drodze powrotnej i o tym jak to przeżyje mój palec. on niestety chyba stracił do mnie cierpliwość, wkurzyła go chyba lekkomyślność i zaczął z premedytacją boleć. w końcu już sama nie wiedziałam czy nie zawrócić, ale skoro tyle przeszłam... no i prowadziła mnie zasada Murakamiego - ból jest nieunikniony, cierpienie jest wyborem. powtarzałam ją sobie w myślach dla dodania otuchy i jakimś cudem doszłam. widoki aż tak powalające nie były. zdecydowanie bardziej podoba mi się twierdza oglądana z dołu, ozdabiająca szczyt wzgórza. ale przynajmniej mam satysfakcję, że tam byłam. przecież bym sobie nie darowała, że nie weszłam...


krótka drzemka na szczycie

po powrocie na przystań planowaliśmy coś zjeść, ale okazało się, że jednak bardzo głodni nie jesteśmy, więc wyruszyliśmy w poszukiwaniu jakiejś przekąski. padło na szaszłyk, pomimo, że nie wiedzieliśmy z czym mamy przyjemność. wyglądał jak zrobiony z racuszków, pewne było jedynie to, że jest to danie rybne. po degustacji okazało się, że są to smażone w cieście małże (midye tava) z sosem jogurtowo-czosnkowym, a do tego koniecznie Efes. szaszłyki tak nam zasmakowały, że konieczna była dokładka. tym bardziej, że Efes, jak każdy inny, kocha towarzystwo.



w drodze powrotnej miejsca mieliśmy lepsze, więc szaleństwo z aparatem się odbyło. może nie na skalę przemysłową na szczęście, ale jednak. nie straszne wiatry i wichury, zdjęcie musi być. więc zero rozmowy i przemyśleń. same foty. coś za coś.





ale myślałam sobie całkiem sporo płynąc w górę Bosforu, szczególnie przepływając koło dzielnicy super-bogaczy. łatwo zlokalizować to miejsce po nowoczesnych domach, przycumowanych na nabrzeżu statkach, oraz po sztucznej wyspie nieopodal brzegu, służącej jako prywatny klub sportowy. patrząc na to wszystko, zamiast zachwytu poczułam totalne zniesmaczenie. i odrazę. pomyślałam sobie od razu o ludziach widywanych na ulicach Stambułu - tych najbiedniejszych - oferujących przechodniom skorzystanie z wagi za kilka kuruszy, czyszczących buty, sprzedających skarpetki, czy inne drobne przedmioty. zarabiających pewnie od kilku do kilkunastu lir dziennie. mam nadzieję, że oni nigdy nie widzieli tych willi stojących zaraz za Mostem Bosforskim. bo gdybym ja była na ich miejscu i miała świadomość, że tak blisko jest tak totalnie inny świat (który nawet mi nie mieści się w głowie), nie byłabym w stanie przeżyć chyba ani jednego dnia więcej. nie mogłabym sobie wytłumaczyć skąd się bierze się ta niesprawiedliwość. nie widziałabym w tym wszystkim sensu.

na szczęście nie całe wybrzeże jest takie, to zaledwie fragment. reszta jest bardziej malownicza, odremontowane, zadbane wille stoją koło tych, które zostały zapomniane, brutalnie dotknięte upływem czasu.  taka różnorodność sprawia, że panuje większa równowaga. bogactwo miesza się z życiem codziennym, nie tworząc zamkniętej enklawy. to dodaje autentyczności i nie budzi u mnie sprzeciwu. takie jest życie. mieszanina starego z nowym, pięknego z brzydkim, a wszystko skąpane w zieleni, oblewane wzburzonymi falami Bosforu.







ja wiem, że było, jest i będzie rozwarstwienie społeczne, że bez biednych nie mogłoby być bogatych, a jednocześnie nie jest możliwe, żeby wszyscy mieli tyle samo. ja to doskonale wiem, rozumiem i nie zamierzam zaprzeczać. żeby społeczeństwa się rozwijały i bogaciły, to jedni muszą być uciskani. wiem, ale nie musi mi się to podobać. ja po prostu nie mogę patrzeć na ten przesadny konsumpcjonizm, prześciganie się w wielkości. na budowanie sztucznej wyspy. na wyłącznie zabawowy tryb życia. podczas gdy ludzie na świecie, nawet ludzie w tym samym mieście, głodują. strasznie mnie to poruszyło i przytłoczyło, być może byłam jedyną osobą która miała takie czarne myśli, podczas gdy inni podziwiali widoki. ale co zrobić... chyba w kolejce po przydział empatii byłam jedną z pierwszych...




tak naprawdę dopiero przepływając przez całą cieśninę, zdałam sobie sprawę jaki Stambuł jest ogromy. przeraźliwie wielki. nie znam słowa, które dobrze oddałoby jego ogrom. 1,5 godzinny rejs w jedną stronę, wzdłuż miasta, a prom płynie dosyć szybko. przez ten czas obejrzałam sobie pobieżnie jedynie to co stoi po jednej stronie nabrzeża. nie jestem w stanie wyobrazić sobie jak ogromne to miasto jest w głąb lądu. bo to zupełnie co innego zobaczyć zarys na mapie, a co innego poczuć te odległości (chociażby pomiędzy obydwoma mostami) na własnej skórze. mam świadomość, że to miasto jest przytłaczające i onieśmielające - chociaż obawiam się, że tylko świadomość, bo widziane z wód Bosforu wygląda pięknie, malowniczo i zielono. nie widać mrocznych tajemnic, które w sobie kryje i które aż strach poznać.



a teraz siedzę po nocy, po udanej kolacji z lamb-chopsów, popijam herbatkę, piszę sobie i czasem czuję kołysanie... ale żeby wszystko było jasne - od trzech godzin na promie, nie od Efes'a ;-) no i chyba jednak trochę mnie przewiało...


miało być jeszcze wylewanie żali... ale to już chyba nie dzisiaj. siły mnie opuściły. Stambulczycy, a może Turcy, in general, jednak czasem mnie nieco wnerwiają, więc nie odpuszczę...

post scriptum. podczas rejsu ja zobaczyć delfin, chociaż nie wiedzieć nawet, że mieć taką możliwość ;-) i to nawet nie jeden delfin!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz