przez cały ranek czułam się marnie, przeziębiona, śpiąca i niezdolna do wyższych celów. poszłam spać zaraz po śniadaniu i przystawce z aspiryny. spałam jak dziecko, wygrzałam się i wstałam o 13:30. później musiałam nadrobić zaległości na blogu, bo to jakby mój drugi etat. ale w odróżnieniu od pierwszego szalenie rozkoszny!
w związku z tym pół dnia minęło bezpowrotnie. żeby jednak nie mieć dojmującego poczucia niezagospodarowania, po przekąsce złożonej z simita i tureckiej herbatki, postanowiliśmy pójść na wieczorny spacer. no i padło na Sultanahmet. wreszcie. po drodze upolowaliśmy oczywiście tłuścioszka - jakie szczęście, że on jest zawsze po drodze!
dochodząc do Błękitnego Meczetu byliśmy przerażeni... tłumy ludzi sunęły chodnikami i ulicami... chcieliśmy kameralnego spacerku (może istotnie nieco ryzykowne miejsce wybraliśmy), a czuliśmy się jak w horrorze. z zeszłego roku pamiętaliśmy coś zupełnie innego. nawet w tej okolicy wieczory były spokojne i bardzo przyjemne. a tu nagle morze ludzi. na szczęście na placu pomiędzy Hagią Sofią i Błękitnym Meczetem było już zdecydowanie lepiej - luźniej i przestrzenniej. czułam się jakbym wracała do przeszłości. ale nie, nie tej osmańskiej... tej naszej sprzed roku. wtedy spędzaliśmy tu naprawdę dużo czasu.
był bardzo przyjemny wieczór, więc postanowiliśmy się przejść w stronę Eminönü, upolować jakieś jedzenie. okazało się jednak, że gorąco polecane w necie knajpki odstraszyły nas natrętnym naganiactwem i zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. wychodzimy z założenia, że knajpa powinna obronić się sama, bez nagonki, a najlepszą rekomendacją jest to, że jedzą w niej miejscowi, którzy znają się najlepiej na lokalnej kuchni. postanowiliśmy wrócić tramwajem do Beyazıt i tam wybrać miejsce na kolację.
jak się okazało tramwaj dzisiaj to był błąd. wielki błąd. pierwszy, który podjechał na przystanek był tak zatłoczony, że chyba nikt nie był w stanie się dosiąść. była godzina 21, więc to trochę zaskakujący widok. postanowiliśmy poczekać na następny. tutaj (a w przecież nie oszukujmy się, czasem w Warszawie również) takie rzeczy się zdarzają. w pewnych godzinach, jeśli tramwaj się opóźni albo poprzedni w ogóle nie przyjedzie, nie sposób się wcisnąć. tyle że ten kolejny wcale nie nadjeżdżał. a tłum gęstniał. wiało od wody i zrobiło się całkiem zimno. po 10 minutach przyjechał następny tramwaj. znowu ta sama sytuacja. napakowany do granic możliwości, dopchało się jednak kilka zdesperowanych osób. tramwaj zamknął drzwi, przejechał 2 metry i stanął. w środku ludzie niczym sardynki helskie kiszą się w sosie własnym. tramwaj stoi. tory na skrzyżowaniu zastawione. wszystko stoi. kiedy się rozejrzałam okazało się, że nie tylko ludzi na przystanku przybyło, przybyło również samochodów. w obie strony utworzyły się gigantyczne korki. na ulicach masy taksówek, jak roje żółtych pszczół. tramwaj wreszcie po 5 minutach odjechał. po kolejnych 10 minutach zwątpiłam. nadal nic nie nadjeżdżało, a gdyby w końcu przyjechało, to łatwo mi było przewidzieć zakończenie. ile można przepuszczać zatłoczonych tramwajów i stać na zimnie na przystanku. wybraliśmy drogę na niezawodnych, choć niedoskonałych przecież, nóżkach. niestety tutaj jest tak, że za przejazd płaci się w momencie wejścia na przystanek, więc rezygnując z niego, nie da się odzyskać opłaty. nie mam pojęcia co się dzisiaj działo, że o tej porze był taki dziki tłok... wieczorem były finały ligi tureckiej, w których stambulska drużyna Fenerbahçe została pokonana przez drużynę Trabzonspor 1:3. hmm... po chwili namysłu stwierdzam, że jednak znalazłam przyczynę. zdruzgotani stambulczycy, wylegli pewnie na ulice, topić swoje żale...
zauważyłam, że tutaj ogólnie często jest problem z dobiciem się do tramwaju, pomimo, że normalnie jeżdżą one dosyć często i są naprawdę długie (jak małe pociągi, nie to co u nas). w mieście liczącym 12 mln. ludzi może nawet nie powinno to dziwić. z moich skromnych obserwacji wynika, że są trzy takie newralgiczne pory. rano (co prawda nie zaobserwowałam tego, z oczywistych względów, ale mogę się domyślać), ok.13-14, trudno powiedzieć dlaczego właśnie wtedy i o 18 - 19, kiedy następuje kompletna masakra.
i w ten właśnie sposób mogę płynnie przejść do zaległej notki, która mogłaby zostać zatytułowana wkurzająca prawda o turkach/ stambulczykach*. są dwie palące sprawy, które rzuciły mi się w oczy i zniesmaczyły kompletnie.
po pierwsze, nawiązując do wcześniejszych rozważań, przy wsiadaniu do środków komunikacji (skupię się tu na tramwaju) pchają się niemiłosiernie. zdepczą, skopią, żeby tylko wejść. a potem staną na środku, dumni niczym kolumna koryncka, bo po co przejść dalej? co więcej, przepuszczanie wysiadających jest tutaj kompletną abstrakcją. więc sytuacja w skrócie wygląda tak, że aby wysiąść z zatłoczonego tramwaju, najlepiej zaopatrzyć się w kask bobslejowy i napierać na drzwi, niczym rzymianie na wroga. tarcza i dzida nie byłaby wcale nie na miejscu! moment nieuwagi może kosztować życie, na dodatek zakończone mało chlubną śmiercią poprzez zadeptanie. na prawdę trzeba mieć się na baczności. najgorszy jest fakt, że tutaj nikt chyba nie propaguje doskonale nam znanych zasad - że najpierw się wysiada, dopiero później wsiada, a chodzi się prawą stroną chodnika...
druga kwestia to śmiecenie - nagminnie zostawiają po sobie wszelkie odpadki, tak jakby byli przekonani, że ulegają one samozniszczeniu po 10 sekundach. zero krępacji. nawet jeśli kawałek dalej znajduje się kosz. albo druga opcja - wrzucają śmiecie do Bosforu, co z oczu to i z serca. przy takiej masie ludzi w krótkim czasie całe miasto znalazłoby się pod góra śmieci, ale oni wydają się nie zaprzątać sobie tym głowy. najbardziej przerażające jest to, że robią tak również młodzi ludzie. gdyby nie prężnie działające służby oczyszczania miasta, które usuwają nieziemskie ilości śmieci, ziściłaby się wizja twórców filmu Wally. w ogóle uważam, że Wally powinien być tutaj edukacyjnym filmem obowiązkowym. bo to się wszystko o edukację i wychowanie rozbija. dlatego mnie to tak razi, dlatego jestem wściekła jak to widzę. ja rozumiem, że inna mentalność, ale trochę kultury! wszak Stambuł stolicą kultury podobno jest w tym roku. i co? kultura to nie tylko eventy, muzyka i zabytki. to całokształt. to też dbanie o te zabytki i o ekologię. bo co z tego, że podziwiam piękny meczet, jeśli koleś przede mną rzuca papier po kebabie wprost pod moje stopy? kultura pełna gębą. nie ma co. muszę ochłonąć, bo się zapieniłam...
ale wracając z manowców do dzisiejszego dnia... na kolację wylądowaliśmy w końcu w knajpie Şar, niedaleko naszego hotelu. znaliśmy ją z zeszłego roku, ale zdążyliśmy już zapomnieć jak długo czeka się tam na podanie posiłku. spokojnie licząc 25 minut, kolejne 20 pałaszowaliśmy jagnięcy Şiş kebab (grillowany mięsny szaszłyk, podawany na talerzu już bez patyka) oraz Iskender kebab (mieszanka mięsa baraniego i jagnięcego, skrawanego jak klasyczny kebab, ułożonego na kostkach chleba, podanego z jogurtem i sosem pomidorowym), a 10 następnych czekaliśmy na podanie rachunku. obsługa fatalna jeśli chodzi o tempo, bo ogólnie miła i uśmiechnięta. jedzenie bez zarzutu.
kolejno: Iskender kebab i Şiş kebab
* pisząc te słowa mam oczywiście świadomość tego, że generalizuję. nie chce nikogo obrażać, ale takie zachowania obserwuję u przytłaczającej ilości osób, więc piszę "in general". jeśli ktoś się z tym nie identyfikuje, to tylko powód do radości i dumy. osobiście gratuluję. szkoda tylko, że takich osób nie ma więcej. więcej i więcej.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz