zamiast szpilek zakładam kapcie, łychę drewnianą z zapałem chwytam w dłoń i do dzieła. wylaszczona w fartuch, z paznokciami czerwonymi od buraków. klubowe granie zapewniają pokrywki garów, podskakujące na wrzącej wodzie i pyrkotanie na patelni. wyginam śmiało ciało krojąc, siekając, szatkując, jednocześnie, nadzorując zawartość patelni, uchylam się od ostrzału pryskającego tłuszczu. odrobina wina do smaku i wprost do gardła rzecz jasna. atmosfera robi się coraz gorętsza... puszczają parę i dopiero zaczyna się prawdziwa impreza. gorące towary tłoczą się na talerzu, wystylizowane, wymuskane, prężą swoje smakowite ciała. uwodzą zapachem. pozostaje tylko wybrać najsmakowitszy kąsek i oddalić się w ustronne miejsce, w celu zmysłowej konsumpcji… najchętniej przy świecach, bo wbrew pozorom romanyczna dusza ze mnie.
a nie-mąż wyjechany i to tak fajnie wyjechany. Göteborg o tej porze podobno rozkoszny. słońce, gorąco, wietrznie (żeby nie było zbyt gorąco). i tak mu zazdroszczę, bo jak mi opowiadał o tak bardzo znajomych miejscach to czułam się już jedną nogą tam. widziałam w myślach nabrzeże i operę i Central Station. czy tak już musi być? że on tam, a ja z poniedziałkową depresją tu. w korpo. tuż przed korpo-wyjazdem. który to napawa mnie radością dziką, gdyż kocham typu tego imprezy. być może mój poranny zjazd to również jego dobroczynny wpływ…
i w ten właśnie sposób kobieta pracująca została sama, samiuteńka. i się marnuje...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz