w piątek za to, na warzywnych zakupach, szparagi dopisały w pełni. kramik zaoferował dużą różnorodność - grubsze, cieńsze, zielone, białe... postawiłam na cienkie zielone. i to był idealny wybór jak się później okazało. zainspirowana moją książką "eat, pray, love" i tym co ostatnio w niej przeczytałam o włoskiej kuchni, improwizacji i robieniu czegoś (pysznego) z niczego, zapragnęłam czegoś prostego i szybkiego. czegoś co idealnie nadaje się na śniadanie. i wymyśliłam. coś, co nawet trudno nazwać przepisem, ale czy nie na tym właśnie polega założenie "do something out of nothing"?
Najprostsze szparagi na świecie
(inwencja własna)
(inwencja własna)
Porcja dla 2 osób (śniadaniowa)
pęczek zielonych szparagów
2 jajka
sól
szparagi umyć, odciąć od dołu na 1/4 długości. dokładnie obrać dolną część szparagów (do połowy długości). związać sznureczkiem, żeby się nie rozsypały podczas gotowania (zapobiega to nierównomiernemu gotowaniu). w wysokim garnku (musi pomieścić całe szparagi włożone w pionie i mieć pokrywkę, ja używam specjalnego garnka do szparagów, ale może to być po prostu duży garnek) zagotować wodę. osolić wrzątek. włożyć pęczek szparagów. woda powinna sięgać do wysokości główek szparagów, nie wyżej. główki są delikatne i ugotują się na parze, dlatego ważne, żeby garnek przykryć pokrywką. gotować do miękkości, w zależności od grubości. mi zależało na uzyskaniu nieco twardszych szparagów, więc gotowałam je ok. 7 minut.
w międzyczasie w drugim garnku zagotować wodę i wstawić jajka. gotować ok. 5-7 min. (w zależności od wielkości i od tego czy są prosto z lodówki), żeby uzyskać jajko na miękko, ale bez niespodzianek w postaci nie ściętego białka.
ugotowane szparagi wyjąć na talerz. jajko obrać, położyć na szparagach i rozkroić, żeby żółtko rozlało się po wierzchu.
takie proste, a taka rozkosz!!!
po takim rozpoczęciu dnia mogliśmy ruszyć do boju. odwiedziliśmy Ikeę i wyszliśmy z pięknymi zakupami. za dwieście polskich złotych kupiliśmy lampkę stojącą, designerski dzbanek do parzenia herbaty, garnek ze stali nierdzewnej, wirówkę do sałaty, pojemnik do przechowywania nadprogramowej zupy w lodówce, 3 łopatki do mieszania i wygładzania ciasta, zapas taśmy do odkłaczania ubrań z koty (zużywa się bowiem w zastraszającym tempie), secik kubków wyjazdowych na herbatę i 2 poszewki na poduszki. niezła lista za taką cenę!
po przepysznej obiadowej tortilli sporządzonej przez nie-męża poszliśmy na Nowe Miasto na obchody dnia Szwecji - coby pozostać w temacie Ikeowym ;-) trafiliśmy akurat na koncert Frederiki Stahl, zasiedliśmy na trawie położonej specjalnie na tą okazję na bruku Nowego Miasta i poczuliśmy się zupełnie jak nie w Łorsole. wokół nas, na soczyście zielonej trawie, grupa kolorowych, barwnych ludzi podrygiwała w rytm muzyki. urzekające poczucie beztroski. i pomimo, że przyszliśmy już na koniec, było warto. dla tych kilku ulotnych chwil... i dla mapy Sztokholmu ;-)
a po powrocie - uwaga, uwaga, to jeszcze nie koniec - zabrałam się za robienie ogórków małosolnych. a co, tak miało być przecież. tyle, że jak zwykle wszystko przygotowałam na dwa słoiki, a po ułożeniu ogórków okazało się, że starczyło ich tylko na jeden. idealnie wymierzone... tylko połowę za mało. a jutro sklepy zamknięte oczywiście, bo ja mam przecież wielki dar do przyciągania szczęścia. no więc nie było innego wyjścia, jak o 21:30 w sobotę wyruszyć na polowanie na ogórki gruntowe. taki wieczorny quest. zwieńczony sukcesem :-) no i ogóreczki piękne stoją w rządku. ze względu na to, że jest 23:37 i po tak wyczerpującym dniu padam na pysk, przepis na ogórki będzie jutro. na zielone świątki pasuje jak ulał...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz