nie mogłabym wymyślić sobie lepszego miejsca na pisanie pożegnalnej notki. siedzę w zacienionej altance przed Błękitnym Meczetem. świeci słońce, wieje lekki wiatr. jest sobotnie wczesne popołudnie. wieczorem będę już w domu. daleko stąd. i z jednej strony strasznie się cieszę, że przytulę wreszcie moje szare futro (z tęsknoty chyba, oboje z nie-mężem mieliśmy dzisiejszej nocy sny o Gajce, na szczęście różnej treści, w innym przypadku zaczęłabym się martwić), ale z drugiej strony jakiś dobijający smutek mnie ogarnia, że tutaj wszystko dalej będzie się toczyć swoim naturalnym rytmem, ale już bez mojego udziału... będzie mi brakować tej mieszaniny języków, którą słyszę na ulicy, tej łatwosci zatopienia się we własne myśli, kiedy niczyje słowa nie drażnią i nie rozpraszają. będzie mi brakować herbaty, której można napić się tu w każdym miejscu. będzie mi brakować takich plenerów z darmowym WiFi. i meczetów, i Bosforu... chociaż wiem, że nie jestem tutaj po raz ostatni. ale z drugiej strony kto wie, co zdarzy się za rok? co zdarzy się jutro?
za każdym razem, kiedy wyjeżdżam w dobrze mi znane miejsca, któryś raz z rzędu, słyszę zdziwienie w głosach osób z którymi rozmawiam. trudno im zrozumieć, że zamiast poznawać nowe kraje, ja jeżdżę wciąż w te same miejsca. znowu Turcja, znowu Stambuł. który to już raz? ale dla mnie to proste. wyjeżdżam tam, gdzie się dobrze czuję. to jest chyba najkrótsza odpowiedź. mam swoje miejsca, które wygrywają za każdym razem w rankingu stare czy nowe! Stambuł, Budapeszt, Göteborg. moja trójca. świetna trójca. jak na ironię - im lepiej mi znana, tym więcej w niej jeszcze do zobaczenia.
mam w sobie głód na Pragę, Berlin, Londyn, Sztokholm, Barcelonę czy Talin i pewnie kiedyś, jakimś cudem, znajdę się też tam. ale tutaj jest jeszcze tyle do zobaczenia!
więc nie żegnaj, ale do zobaczenia...
sobota, 8 maja 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz