sobota, 31 lipca 2010

na walizkach

nadszedł niezaprzeczalnie dzień, którego najbardziej nie lubię - dzień pakowania. hmmm... no może nie, najbardziej nie lubię dnia powrotu z urlopu. ale ten jest następny w kolejności. w związku z tym robię wszystko inne, tylko nie to co powinnam. zawsze tak mam. czekam do ostatniej chwili, a później biegam w panice i płaczę, że się nie spakuję. nie wiem skąd się to wzięło. kiedyś byłam mega zorganizowana, zaczynałam zbierać potrzebne rzeczy kilka dni wcześniej. ale prawda jest taka, że wtedy miałam wakacje i duuużo czasu. no ale ten wyjazd jest zdecydowanie "na spokojnie", a ja i tak odstawiam swoje stałe przedstawienie.

pomalowałam paznokietki na czerwono. bo nie wypada przecież jechać z niepomalowanymi ;-) gotowałam sobie, bo to mnie akurat odstresowuje... oglądałam książkę z indyjskimi przepisami i pięknymi zdjęciami, połaziłam po internecie. koniecznie musiałam wejść na bloga, oczywiście w celach terapeutycznych... a potem będzie płacz i zgrzytanie zębów. no wiem. ja to wszystko wiem. to nie jest tak że jestem nieświadoma. to chyba pewien rodzaj schizofrenii...

tylko kota zdaje się nie przejmować faktem pakowania, chociaż z drugiej strony mam wrażenie, że się już na nas lekko obraziła, bo przeczuwa naszą dezercję. chociaż do walizek jest przyzwyczajona i kocha je nad życie. wszak nie-mąż non stop w rozjazdach. ale tym razem jest większe zamieszanie i biedak świetnie to czuje.


i pomimo, że przyjeżdża ojciec chrzestny - padre - najlepszy opiekun pod słońcem, to smutno mi ją zostawiać. gdyby to nie było takie męczące, zabrałabym ją ze sobą, tym bardziej, że nasz hotel jest pet-friendly :-) chociaż wiem, że to bez sensu. teraz będzie miała opiekę całą dobę. większy wypas niż kiedy jest z nami, a my w korpo. i znowu będzie standardowo - nawet za nami nie zatęskni :-) taka niewdzięczność :-)


pakowanie naprawdę bywa męczące...

piątek, 30 lipca 2010

koci aerobik

przy okazji kolejnego dnia home-base odkryłam zaskakującą prawdę o Gajce. nam się wszak wydawalo, że ona całymi dniami, kiedy pracujemy na chwałę korpo, śpi...

a tu niespodzianka! nic z tych rzeczy! ćwiczy dziewczyna! i to jak zażarcie ;-)

rozciąganie grzbietu

wymachy nóg

ćwiczenia na boku

naprzemienne wymachy nóg i rąk (z obciążnikiem)

skłony klasyczne

skrętoskłony z dużym zaangażowaniem ;-)

pół-pompki

a na zakończenie trochę boksu, coby odreagować...

środa, 28 lipca 2010

szurum burum

a dzisiaj nie-mąż ma fazę manii.

sprząta, aż się kurzy. wszystko co popadnie. już czwartą godzinę! przed chwilą szorował ściany, teraz zębami wgryza się w fugi kuchenne. aż Kota jest w głebokim szoku. łazi z szeroko otwartymi oczami i zadaje krótkie, acz zdecydowane pytania. wielce zdziwionym tonem.

może to ta pogoda?
ludzie-zombie...

ale, ale... my thx to u!

wtorek, 27 lipca 2010

globalna wioska

jak cudowny byłby świat, w którym udałoby się wyeliminować niekończące się, nużące dojazdy do pracy! pierwszy raz miałam namiastkę tego idealnego świata. chociaż wczoraj ledwie żywa wróciłam z korpo taszcząc lapa, dokumenty, eko-siatę i regularną torbę, wymachując do tego wszystkiego parasolką, to dzisiejszy dzień uświadomił mi jak bardzo warto było!!! dojechałam mokra, wściekła i zdruzgotana, z kiełkującą w głowie myślą, że może zdalna praca nie jest mi pisana. to jak bardzo się myliłam wyszło na jaw dzisiaj. i mogę tylko krzyczeć, że chcę więcej i więcej, bo dwa dni w miesiącu to trochę za mało...

rano, nie dość, że pospałam dłużej, to zaczęłam pracę godzinę wcześniej. punktualnie o 8 pełna energii zasiadłam do kompa, z ulubioną herbatą w zanadrzu. ileż człowiek ma zapału do pracy jeśli nie spędzi godziny w korkach lub ścisku, upale lub strugach deszczu, albo mieszance wszystkich powyższych. pierwszy raz od nie wiem jak dawna z ochotą zabierałam się do pracy. i chociaż budżet nie jest extremely sexy to pochłonął mnie i wciągnął całkowicie. nawet nie czułam upływu czasu. cisza, spokój i rozmruczany Gaj z boku. czy w takich warunkach wypada narzekać?

koło południa poszliśmy z nie-mężem na przepyszny lunch do Restro. jak zwykle dali czadu. dzisiaj w menu był:

Bulion z krewetek z imbirem, sokiem z limonki i pomarańczy z makaronem ryżowym i olejem sezamowym
*****
Pszenna tortilla z soczystą wieprzowiną, zapiekana z mozarellą z odrobiną curry
*****
Salsa z pomidorów pelati ze słodkimi brzoskwiniami, świeżą miętą i nutką kolendry
*******
Kolorowe sałaty ze świeżymi warzywami i dipem jogurtowo- koperkowym

bulion powalił mnie i pozabijał swoim kwaskowym, lekko pikantnym smakiem. chciałam koniecznie zabrać do domu 365 pełnych miseczek na każdy dzień roku! a salsa? mmmmm... o niej mogłabym mówić godzinami, bo mieszanka smaków była tak zaskakująca, że bez zerknięcia w menu trudno było odgadnąć składniki. nam się to udało, tyle tylko, że i tak nie mogłam w to uwierzyć! że takie proste rzeczy połączone ze sobą w magiczny sposób dadzą tak nieoczekiwany smak!

powrót do pracy po lunchu nie okazał się ani trochę bolesny. a co więcej, po jej zakończeniu znaleźliśmy jeszcze czas na to, żeby pójść na 1,5 godzinny spacer w dżdżystą pogodę nad Wisłę. szybkim marszem, trzeba dodać, w celach pro-sportowyh. a po powrocie polowanie na pieczwo, czepki kąpielowe i wizyta w korpo przy okazji, coby lapa odstawić, żebym taszczyć go jutro z rana nie musiała. bo lekki to jest słowo całkiem mu obce. nie-mąż przy okazji zwiad zrobił, zobaczył jak mieszkam w korpo. i miło było usłyszeć, że dzięki moim kwiatkom, zdjęciom i innym gadżetom mam taki domowy korpo-kącik. zresztą słyszałam to już nie pierwszy raz :-)

i dzisiaj tak nieco bardziej do korpo miłością zapałałam. niewielka sprawa, a może zmienić tak dużo! super, że żyjemy w globalnej wiosce i podłączyć się wszędzie możemy zewsząd! nie ma nierozpracowanych terytoriów, a większość spraw da się załatwić mailowo albo rozmawiając przez komunikator, w ostateczności telefonicznie. systemy, dyski, dane... wsztstko jest przy mnie tak długo , jak długo mam ze sobą lapa. 

ale skoro go odwiozłam to mogę spokojnie iść spać. to był piękny i owocny dzień. faza manii. jutro czeka mnie niestety koszmarna droga do pracy...
cóż, nie można mieć wszystkiego... 

niedziela, 25 lipca 2010

pracowita niedziela

z okazji imienin mamy na weekend zaplanowaliśmy grilla. i to nie byle jakiego, bo pierwszego w tym roku! w sobotę byliśmy razem w bułgarskiej knajpce i to dla nas gotowano, a w niedzielę dla odmiany to ja postanowiłam ugotować. oczywiście większość grillowego menu przygotowała sama solenizantka, ja postanowiłam przejąć zaledwie przystawki. tym bardziej, że już od jakiegoś czasu chodziły mi po głowie dwa przepisy, które idealnie uzupełniają pieczone mięsko.

w ten oto sposób w niedzielny poranek, w godzinach 10-15, zostałam kompletnie pochłonięta gotowaniem, siekaniem, doprawianiem i pieczeniem. nucąc przy tym bliżej niezidentyfikowane melodie. ale szczerze muszę się przyznać, że po upływie tych 5 godzin miałam już dość! a właściwie mój kręgosłup miał dość! dość stania przy kuchni!
...na dziś ;-)

ostatecznie przy imieninowym stole zasiadło niespodziewanie dużo osób. przypadkowe spotkanie zmieniło się we wspólne ucztowanie. a rozkosze dla podniebenia były niemałe... kaszanka, udka z kurczaka, kiełbasa, kotleciki jagnięce, szaszłyki z jagnięciny, oscypki i camemberty z grilla. sałatka caprese, ser z ananasem, kolejny z rumem i orzechami, buraczki orientalne i ślimaczki z ciasta francuskiego z tapenadą. hmmm... pewnie o czymś zapomniałam... a do tego hektolitry piwa...

spotkanie udało się lepiej niż ktokolwiek mógł przypuszczać, a wszyscy z zadowoleniem opróżniali talerze, chwaląc przy tym kunszt kuchareczek i dopytując o szczegóły przepisów. to strasznie miłe, bo to zadowolenie tych, dla których się gotuje sprawia, że warto nawet żeby czasem plecy rozbolały...


Buraczki orientalne
(na podstawie przepisu Laury Calder)

4 średniej wielkości buraczki
1,5 łyżeczki całych nasion kolendry
1,5 łyżeczki całych ziaren kuminu (kminu rzymskiego)
0,5 łużeczki mielonego kuminu
sól morska
świeżo zmielony pieprz
łyżka oliwy
łyżka octu winnego
posiekana świeża kolendra

nieobrane buraczki (dzięki temu nie puszczą soku i zachowają swój głeboki kolor oraz witaminki) ugotować w osolonej wodzie z łyżką octu winnego. buraki są gotowe, kiedy widelec łatwo w nie wchodzi.

w międzyczasie na suchej patelni podgrzać nasiona kolendry i kuminu, żeby uwolniły swoje aromaty (ok. 1 min.) następnie przyprawy przesypać do moździerza i rozgnieść, ale nie na proszek.

ugotowane buraki obrać palcami ze skórki (wcześniej uzbroiwszy się w rękawice ochronne), która praktycznie sama odchodzi. obrane buraki pokroić na ok. 1 cm. kostkę. polać łyżką oliwy. posypać je mieszanką przygotowaną w moździerzu, zmielonym kuminem, solą i pieprzem.

odstawić w chłodne miejsce na kilka godzin, żeby przeszły smakiem. przed podaniem posypać posiekaną kolendrą.






Ślimaczki z ciasta francuskiego z tapenadą
(na podstawie przepisu Laury Calder)

arkusz mrożonego ciasta francuskiego
25 czarnych oliwek bez pestek
25 czarnych oliwek suszonych (uprzednio odpestkowanych)
2 małe ząbki czosnku (lub 1 duży)
łyżka oliwy
parmezan

oliwki zmiksować z czosnkiem i oliwą na gładką masę.

rozłożyć delikatnie arkusz ciasta francuskiego. posmarować równą warstwą przygotowanej wcześniej tapenady. lekko posypać startym parmezanem. nie należy sypać dużo sera, żeby ciasto miało siłę wyrosnąć. zawinąć całość jak roladę, delikatnie odrywając ciasto od pergaminu. gotowy rulon zawinąć w pergamin i włożyć na co najmniej 10 minut do zamrażalnika. ciasto musi leżeć na równej powierzchni!

rozgrzać piekarnik do 200°C

wyjąć roladę, rozwinąć i pokroić na 1-1,5 cm plastry. układać je na blasze wyłożonej pergaminem, zostawiając wokół miejsce do wyrośnięcia. piec w temperaturze 200°C przez ok 15 min. aż się zrumienią.





Hiszpańskie marynowane szaszłyki jagnięce (Pinchitos morunos)
(przepis Joanna Pawelczak - Wakacyjne smaki, GW)

40 dag jagnięciny
łyżka posiekanej świeżej kolendry
2 małe ząbki czosnku (zmiażdżone)
1/2 łyżeczki ostrej papryki w proszku
1/4 łyżeczki mielonego kuminu
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka oliwy

mięso umyć, oczyścić i pokroić w kostkę. z pozostałych składników przygotować marynatę. mięso zalać w miseczce marynatą i odstawić do lodówki na kilka godzin. po wyjęciu nadziewać na namoczone w wodzie patyczki tworząc niewielkie szaszłyki. chodzi o to, żeby szaszłyki miały raczej charakter przekąski. piec na grillu ok. 10 - 15 minut, co jakiś czas odwracając.

sobota, 24 lipca 2010

jedzenie 'nic'

w bezduszne upały, które panowały w weekend, nawet największym smakoszom nie chce się jeść. a jeśli już głód dopadnie, to nie chce się tego "jeść" przygotowywać. w mieszkaniu panują tropiki. temperatura 30 stopni. zero wiatru, pomimo pracującego dzielnie i bez wytchnienia wiatraczka - najcenniejszego sprzętu domowego! Kota robi się długa... dłuuuuga... najdłuższa jaką widziałam. i przyjmuje dziwne pozy. chociaż na jej psychikę akurat upały działają całkiem nieźle, hamując wampirze zapędy. kotek nie ma wręcz siły gryźć.

dla ochłody wybraliśmy się więc na shopping, coby pobyć trochę w klimatyzowanej przestrzeni. i to pomimo mojej odrazy do przeszukiwania stert ciuchów z przeceny w celu znalezienia jakiejś rzeczy wartej uwagi. i  mimo sceptycznego nastawienia do zakupów - in general. chyba doszłam do wieku, kiedy strasznie mnie męczy łażenie po sklepach, a co więcej przytłacza mnie ich ilość! i nawet jeśli wybiorę sobie jedynie 3 sklepy do których chcę zajrzeć, to i tak jest dla mnie za dużo! na samo wspomnienie tej wycieczki kręci mi się w głowie, więc zakończę na tym, że oczywiście pośród tylu okazji nabyłam coś nieprzecenionego. ale coś czemu się nie mogłam oprzeć. moja sukienka 'nic' jest idealna na takie upały... nie bardzo nadaje sie do pracy, bo czuję się w niej goła, choć na pierwszy rzut oka wyglądam jak całkiem stosownie ubrana...


no więc w mojej sukience 'nic' zawojowałam i zrobiłam jedzenie 'nic'. 'nic' rzecz jasna odnosi się do nakładu pracy, a nie do jakości i smaku! tak jak 'nic' w sukience oznacza jej przezroczystość i lekkość, a nie nieprzyzwoita skąpość ;-)


Sałatka z serkiem halloumi
(wariacja przepisów zasłyszanych i zasmakowanych)

Porcja dla 2 osób

rukola lub mieszanka sałat (ok. 60 g)
pół opakowania serka halloumi (125 g)
ok. 3 łyżki oliwy
sok z połówki cytryny
1 płaska łyżeczka musztardy Dijon
świeżo zmielony pieprz
uprażone pestki dyni (opcjonalnie)

sałatę umyć, osuszyć, rozłożyć na dwa talerze.

pół serka halloumi (słony grecki ser) pokroić na 6 plastrów. rozgrzać patelnię i ułożyć na niej ser. w związku z tym, że ser ma w sobie dużo wilgoci musi się chwilę podsmażyć i osuszyć, zanim zacznie nabierać pięknego rumieńca. trzeba jednak uważać, bo w późniejszym etapie smażenia bardzo łatwo ser przypalić. po podsmażeniu z obu stron, zdjąć ser z patelni i ułożyć na sałacie. całość posypać świeżo zmielonym pieprzem.

w małym słoiczku wymieszać oliwę, sok z cytryny oraz musztardę. doprawić pieprzem. zamknąć słoiczek i energicznie potrząsać do całkowitego połączenia składników. polać sałatkę.

na koniec można sałatkę posypać pestkami dyni, uprażonymi na suchej patelni.


czwartek, 22 lipca 2010

oczy z orbit i szczęka w dół...

a to za sprawą jednego maila.

dziś, bardziej niż kiedykolwiek, potrzebuję wsparcia czerwonego przyjaciela...


a Harold oczywiście to wyczuł....

środa, 21 lipca 2010

Stockholm to be

bilety kupione. hotele zarezerwowane. nie-mąż dzielnie zbierał punkty w czasie wyjazdów, dzięki czemu kilka nocy mamy kompletnie za free. reszta to kombinatoryka zaawansowana. teraz tylko musimy załatwić opiekunkę Pluszakowi i odliczać dni...



nieplanowany wcześniej urolp to najlepszy prezent jaki można sobie podarować! chyba nie wytrzymałabym do tego regularnego w drugim tygodniu września. a tak, za półtora tygodnia czeka nas tłuściutki pobyt w Sztokholmie! i już nawet wiem co zjem! żeberka -. musowo podobno. i krewetki do piwa ;-) wszystko zaplanowane! a teraz kiedy o tym myślę ściska mnie w brzuchu, chyba pora coś przekąsić. a na obiad mam przepyszne roladki z bakłażana. mniammmmmmm. nie możemy się nimi jakoś najeść i pomimo, że są pracochłonne (no nie ukrywajmy tego faktu), to i tak do nich wracamy. i coś czuję, że to nie jest ostatni traz kiedy u nas zagościły.

mmmmmm... jak jeden kęs może zmienić cały dzień... uśmiech sam wchodzi na usta. nieproszony. dobre jedzenie sprawia, że świat dookoła jest naprawdę piękny!
a mnie już rączki korcą, żeby próbować nowych rzeczy... może temperatura na to pozwoli...

poniedziałek, 19 lipca 2010

lato pełną gębą

no comment...

nie mam na to siły... ledwie łapię powietrze. widział ktoś moczydło w sobotę? drugi jarocin, tyle że w większym negliżu.


Letnia pizza
(pomsłu mojego)

Pizza o średnicy ok 30 cm.

ciasto
200 g mąki
1/2 szklanki ciepłej (ale nie gorącej) wody
drożdże w proszku 1/3 opakowania (ok. 2 g)
łyżeczka cukru
łyżka oliwy
szczypta soli

wierzch pizzy
czerwona cebula
3 ząbki czosnu
pół puszki krojonych pomidorów pelati
1/3 płaskiej łyżeczki harissy (opcjonalnie)
oliwa
4 plastry szynki dojrzewającej np. Bauern (w tym przepisie zdecydowanie nie musi to być oryginalna szynka parmeńska)
1/3 opakowania rukoli ok. 30 g
świeżo zmielony pieprz
sól

rozgrzać piekarnik (najlepiej z płytą szamotową) do najwyższej temperatury. po godzinie można piekarnik wyłączyć, bo płyta utrzymuje wystarczające ciepło.

przepis na ciasto znajduje się tutaj.

przygotować sos pomidorowy. cebulę pokroić w kostkę i zeszklić na rozgrzanej oliwie. dorzucić posiekany czosnek, harissę i pomidory pelati. doprawić solą i świeżo zmielonym pieprzem. smażyć do czasu aż cały płyn z pomidorów odparuje.

ciasto rozwałkować na kształtną pizzę o średniy ok 30 cm. gotowy placek posmarować sosem z pomidorów. tak ptrzygotowaną pizzę włożyć do pieca na ok 10-15 minut.

po wyjęciu z piekarnika pizzę pokroić na kawałki, na których ułożyć porwaną na kawałki szynkę i garść rukoli. posypać świeżo zmielonym pieprzem.

pizza jest wyjątkowo lekka dzięki dużej ilości świeżej rukoli.
polecam serdecznie!


poniedziałek, 12 lipca 2010

hiszpania kontra faule

po dramatycznej sobocie, w niedzielę koło południa nieco ożyłam. a to dzięki temu, że udało mi się wreszcie pozbyć paskudnego bólu głowy, z którym borykałam się od piątku. no więc na śniadanie były szparagi, na obiad sałatka z kurczakiem i mango, którą zaspany nie-mąż zobaczył, by z miejsca się w niej zakochać. w sumie wstał na gotowe, więc zakochać się nie było trudno, tym bardziej kiedy pustka hulała w brzuszku.

a na kolację spaghetti z czosnkiem, chilli i pomidorami przed telewizorem. kibicując hiszpanii rzecz jasna! emocje niesamowite. a trzeba zaznaczyć, że ja nie lubię piłki nożnej. znaczy nie lubiłam do wczoraj. bo na pewnym poziomie to nawet tyle fauli miło się ogląda. znaczy próbę gry mimo tych holenderskich fauli. a Iker Casillas to od wczoraj mój guru! w ogóle fajne chłopaki, bez grama tłuszczu na ciele ;-)



do tego jeszcze wybłyszczyłam całą łazienkę i wypaśliśmy Gaja w nowym parczku. a trzeba przyznać, że wypasał się pięknie, kiedy nie było krzaczorów, tylko same dorodne drzewka... wędrował i niuchał, obserwując bacznie wielki świat :-)

i pomyśleć, że to wszystko w jeden dzień...


Sałatka Złote Gody
(przepis Nigelli Lawson)

Porcja dla 2 osób (porządna)

mieszanka sałat
1 dojrzałe mango
1 mała dymka (jasna część)
1 czerwona papryczka chilli (z pestkami lub bez)
sok z 1 limonki
2 małe piersi z kurczaka (lub 1 większa)
oliwa
sól
pieprz
kolendra

sałatę umyć i osuszyć. jeśli nie używamy gotowej mieszanki należy liście porwać na mniejsze kawałki.

obrać mango i pokroić je na centymetrowe kostki. najprostszym sposobem na oddzielenie owocu od pestki jest skrawanie miąższu. kawałki mango zalać sokiem z limonki. pokroić na drobne kawałki dymkę i papryczkę chilli (można uprzednio wyjąć z papryczki pestki, ale ja oczywiście pomijam tę czynność), dodać do mango i posypać świeżo zmielonym pieprzem.

pierś z kurczaka umyć, oczyścić, natrzeć oliwą. rozgrzać patelnię grillową. smażyć piersi po obu stronach przez ok 4-5 minut na każdej stronie (w zależności od wielkości). po usmażeniu każdą stronę posypać solą i świeżo zmielonym pieprzem. zdjąć mięso z patelni i odstawić na 5 minut na przewiewną powierzchnię (np. ruszt lub talerz) żeby odpoczęło i nie traciło soków przy krojeniu.

pokroić pierś na plastry grubości ok. 1 cm. (najładniej wygląda krojenie pod kątem). ułożyć je na mieszance sałat. polać dressingiem z mango, rozkładając owoce równomiernie na całej powierzchni. oprószyć pieprzem i polać odrobiną oliwy. na koniec posypać posiekaną kolendrą.



taka ze mnie kuchareczka i kibolka w jednym!

niedziela, 11 lipca 2010

pan pizza

od kiedy tylko sięgam pamięcią mój nie-mąż zawsze miał pragnienie zrobienia pizzy idealnej. z cienkim chrupiącym ciastem. i zawsze coś było nie tak. znaczy według niego, bo ja pałaszowałam zawzięcie. on  wiecznie nie do końca zadowolony. aż w końcu wpadł na pomysł, że musimy kupić płytę szamotową, którą mocno rozgrzewa się w piekarniku, żeby utrzymywała stałą, wysoką temperaturę podczas całego pieczenia. no i nastąpiła dłuuuga przerwa w robieniu pizzy. ale, ale jest nadzieja! w śroę dostałam cynk pocztą pantoflową, że szamot się pojawił. mamusia wypatrzyła i szybciutko doniosła. rzutem na taśmę dokonaliśmy zakupu i powstała wypaśna weekendowa pizza.

a podobno to dopiero początek... bo u nie-męża satysfakcja wystąpiła, a to dobrze wróży. mój pan pizza :-)


Pizza z łososiem
(wariacki przepis własnego pomysłu)

Pizza o średnicy ok 30 cm.

ciasto
200 g mąki
1/2 szklanki ciepłej (ale nie gorącej) wody
drożdże w proszku 1/3 opakowania (ok. 2 g)
łyżeczka cukru
łyżka oliwy
szczypta soli

wierzch pizzy
czerwona cebula
oliwa
opakowanie wędzonego łososia w plastrach 100 g
3 łyżki sera ricotta
3 łyżki śmietany 12%
czarny kawior
świeżo zmielony pieprz
kolendra (ewentualnie rukola)

rozgrzać piekarnik (najlepiej z płytą szamotową) do najwyższej temperatury. po godzinie można piekarnik wyłączyć, bo płyta utrzymuje wystarczające ciepło.

200 g mąki wysypać na stolnicę, usypać kopczyk. zrobić wgłębienie, wsypać tam suszone drożdże, łyżeczkę cukru i pół szklanki ciepłej wody. odczekać ok. 10 minut, aż drożdże zaczną pracować. po 10 minutach dodać szczyptę soli, łyżkę oliwy i zacząć mieszać, aż do całkowitego połączenia składników (w zależności od potrzeb dolewać ciepłej wody albo podsypywać mąką). wyrobione ciasto przełożyć do oprószonej mąką miski, przykrć czystą ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na pół godziny do wyrośnięcia.

po upływie tego czasu wyjąć ciasto i rozwałkować je na kształtną pizzę o średniy ok 30 cm. gotowy placek posmarować oliwą, ułozyć na nim plastry cebuli (plastry rónież posmarować oliwą, żeby zmiękły, a nie wyschły). tak ptrzygotowaną pizzę włożyć do pieca na ok 10-15 minut.


po wyjęciu z pieca całość posmarować sosem z ricotty wymieszanej ze śmietaną. ułożyć na wierzchu kawałki łososia, a na nich małe kopczyki z kawioru. całość posypać świeżo zmielonym pieprzem i posiekaną kolendrą (rukolą).


pizza jest świetna na wielce nam panujące upały. lekka, nietłusta i naprawdę pyszna.

piątek, 9 lipca 2010

cykady na cykladach...

dzisiaj korpo-biuro zamieniło się w grecką tawernę. a to za sprawą klimy, która zatęskniła za dalekimi wojażami i postanowiła poudawać, że jest kimś innym. padło na cyklady. od rana umila nam pracę delikatnym ćwierkaniem. czuję się jak nad kreteńskim basenem. tylko przyjemnie chłodniej...

o 14 przyniosą owoce, otworzymy okna i poczujemy smak tropików (no może z bonusowym dodatkiem ołowiu)... jak to życie może zaskoczyć przy piątku :-)

a teraz nie pozostaje nic innego jak zamknąć oczy i śnić dalej mój szalony sen o prostych przyjemnościach. czy ktoś mógłby mi podać wino?

wtorek, 6 lipca 2010

uff... jak gorąco...

jestem ledwo ciepła, ledwie żywa, zagotowana... ugotowałam sie w oparach absurdu w puszcce zwanej tramwajem w trakcie rozkosznej drogi do pracy. o 9 zlana potem dotarłam na miejsce i od progu powitał mnie przeszywający chłód z klimy. a teraz kicham. i piję herbatę za herbatą. gorącą rzecz jasna. przecież zwariować można. na dworzu roztapiam się w bluzce na ramiączkach, a przy biurku siedzę w swetrze... i marznę.

w domu też temperatura iście tropikalna. Gaj rozkosznie śpi, rozciągając się na całą swoją długość, celem odpowiedniej wentylacji jak sądzę. warto korzystać z takich momentów! wycałowanie całego kociego brzuszyska bowiem, to słodycz sama w sobie. i nie ma nic doskonalszego niż takie pieszczoty.
dzisiaj rano jednak było już na tyle nieznośnie, że Kota znalazła sobie miejscówkę pod łóżkiem, przy ścianie, co zaczęło mnie nawet nieco martwić. bo to nie jest kot, który bezpodstawnie chowa się po kątach (jedynym wyjątkiem jest walizka, w której może leżeć godzinami, cichutko i w kompletnych ciemnościach ;-) ale kiedy tylko włożyłam do niej rękę zrozumiałam, że cwaniara wyczaiła chłodne miejsce. na podłodze, w cieniu, łapiąc przewiew od okna...

może powinnam do niej dołączyć?

puff... jak gorąco...