sobota, 31 lipca 2010

na walizkach

nadszedł niezaprzeczalnie dzień, którego najbardziej nie lubię - dzień pakowania. hmmm... no może nie, najbardziej nie lubię dnia powrotu z urlopu. ale ten jest następny w kolejności. w związku z tym robię wszystko inne, tylko nie to co powinnam. zawsze tak mam. czekam do ostatniej chwili, a później biegam w panice i płaczę, że się nie spakuję. nie wiem skąd się to wzięło. kiedyś byłam mega zorganizowana, zaczynałam zbierać potrzebne rzeczy kilka dni wcześniej. ale prawda jest taka, że wtedy miałam wakacje i duuużo czasu. no ale ten wyjazd jest zdecydowanie "na spokojnie", a ja i tak odstawiam swoje stałe przedstawienie.

pomalowałam paznokietki na czerwono. bo nie wypada przecież jechać z niepomalowanymi ;-) gotowałam sobie, bo to mnie akurat odstresowuje... oglądałam książkę z indyjskimi przepisami i pięknymi zdjęciami, połaziłam po internecie. koniecznie musiałam wejść na bloga, oczywiście w celach terapeutycznych... a potem będzie płacz i zgrzytanie zębów. no wiem. ja to wszystko wiem. to nie jest tak że jestem nieświadoma. to chyba pewien rodzaj schizofrenii...

tylko kota zdaje się nie przejmować faktem pakowania, chociaż z drugiej strony mam wrażenie, że się już na nas lekko obraziła, bo przeczuwa naszą dezercję. chociaż do walizek jest przyzwyczajona i kocha je nad życie. wszak nie-mąż non stop w rozjazdach. ale tym razem jest większe zamieszanie i biedak świetnie to czuje.


i pomimo, że przyjeżdża ojciec chrzestny - padre - najlepszy opiekun pod słońcem, to smutno mi ją zostawiać. gdyby to nie było takie męczące, zabrałabym ją ze sobą, tym bardziej, że nasz hotel jest pet-friendly :-) chociaż wiem, że to bez sensu. teraz będzie miała opiekę całą dobę. większy wypas niż kiedy jest z nami, a my w korpo. i znowu będzie standardowo - nawet za nami nie zatęskni :-) taka niewdzięczność :-)


pakowanie naprawdę bywa męczące...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz