jak cudowny byłby świat, w którym udałoby się wyeliminować niekończące się, nużące dojazdy do pracy! pierwszy raz miałam namiastkę tego idealnego świata. chociaż wczoraj ledwie żywa wróciłam z korpo taszcząc lapa, dokumenty, eko-siatę i regularną torbę, wymachując do tego wszystkiego parasolką, to dzisiejszy dzień uświadomił mi jak bardzo warto było!!! dojechałam mokra, wściekła i zdruzgotana, z kiełkującą w głowie myślą, że może zdalna praca nie jest mi pisana. to jak bardzo się myliłam wyszło na jaw dzisiaj. i mogę tylko krzyczeć, że chcę więcej i więcej, bo dwa dni w miesiącu to trochę za mało...
rano, nie dość, że pospałam dłużej, to zaczęłam pracę godzinę wcześniej. punktualnie o 8 pełna energii zasiadłam do kompa, z ulubioną herbatą w zanadrzu. ileż człowiek ma zapału do pracy jeśli nie spędzi godziny w korkach lub ścisku, upale lub strugach deszczu, albo mieszance wszystkich powyższych. pierwszy raz od nie wiem jak dawna z ochotą zabierałam się do pracy. i chociaż budżet nie jest extremely sexy to pochłonął mnie i wciągnął całkowicie. nawet nie czułam upływu czasu. cisza, spokój i rozmruczany Gaj z boku. czy w takich warunkach wypada narzekać?
koło południa poszliśmy z nie-mężem na przepyszny lunch do Restro. jak zwykle dali czadu. dzisiaj w menu był:
Bulion z krewetek z imbirem, sokiem z limonki i pomarańczy z makaronem ryżowym i olejem sezamowym
*****
Pszenna tortilla z soczystą wieprzowiną, zapiekana z mozarellą z odrobiną curry
*****
Salsa z pomidorów pelati ze słodkimi brzoskwiniami, świeżą miętą i nutką kolendry
*******
Kolorowe sałaty ze świeżymi warzywami i dipem jogurtowo- koperkowym
bulion powalił mnie i pozabijał swoim kwaskowym, lekko pikantnym smakiem. chciałam koniecznie zabrać do domu 365 pełnych miseczek na każdy dzień roku! a salsa? mmmmm... o niej mogłabym mówić godzinami, bo mieszanka smaków była tak zaskakująca, że bez zerknięcia w menu trudno było odgadnąć składniki. nam się to udało, tyle tylko, że i tak nie mogłam w to uwierzyć! że takie proste rzeczy połączone ze sobą w magiczny sposób dadzą tak nieoczekiwany smak!
powrót do pracy po lunchu nie okazał się ani trochę bolesny. a co więcej, po jej zakończeniu znaleźliśmy jeszcze czas na to, żeby pójść na 1,5 godzinny spacer w dżdżystą pogodę nad Wisłę. szybkim marszem, trzeba dodać, w celach pro-sportowyh. a po powrocie polowanie na pieczwo, czepki kąpielowe i wizyta w korpo przy okazji, coby lapa odstawić, żebym taszczyć go jutro z rana nie musiała. bo lekki to jest słowo całkiem mu obce. nie-mąż przy okazji zwiad zrobił, zobaczył jak mieszkam w korpo. i miło było usłyszeć, że dzięki moim kwiatkom, zdjęciom i innym gadżetom mam taki domowy korpo-kącik. zresztą słyszałam to już nie pierwszy raz :-)
i dzisiaj tak nieco bardziej do korpo miłością zapałałam. niewielka sprawa, a może zmienić tak dużo! super, że żyjemy w globalnej wiosce i podłączyć się wszędzie możemy zewsząd! nie ma nierozpracowanych terytoriów, a większość spraw da się załatwić mailowo albo rozmawiając przez komunikator, w ostateczności telefonicznie. systemy, dyski, dane... wsztstko jest przy mnie tak długo , jak długo mam ze sobą lapa.
ale skoro go odwiozłam to mogę spokojnie iść spać. to był piękny i owocny dzień. faza manii. jutro czeka mnie niestety koszmarna droga do pracy...
cóż, nie można mieć wszystkiego...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz