piątek, 27 sierpnia 2010

my name is Borewicz, porucznik Borewicz ;-)

wczoraj zupełnie przypadkowo upolowałam w tv 07 zgłoś się. po wstępnej salwie śmiechu spowodowanej  samą myślą o poruczniku Borewiczu, pierwszym macho PRLu, zostałam kompletnie zauroczona. rok 81. kolory nieco spłowiałe. Hotel Victoria, Pollena, studia TVP, polonez w kolorze kości słoniowej... same smaczki. do tego macho z problemami, problemy z kobietami, kobiety z czerwonymi paznokciami i sztucznymi rzęsami.

blichtr i przepych. cała Polska musiała mu zazdrościć tych kobiet. a on wrażliwiec taki w głębi duszy... muchy by nie skrzywdził. introwertyk jeden.


doszłam do wniosku, że ja chyba nigdy nie oglądałam 07 zgłoś się bez dubbingu z offu na youtubie. wszak rok produkcji taki, że jeszcze dziecięciem byłam, a nawet mnie nie było. a Borewicz już rządził ;-) muszę koniecznie poznać dalsze jego losy!!!


i niech się Bond normalnie schowa ;-)
Sławek Rulez!!!

środa, 25 sierpnia 2010

burzowo i groźnie

noc była upiorna, pełna błysków i grzmotów... a dowiedziałam się tego w momencie kiedy niebo przeszył groźny ryk, który brutalnie wyrwał mnie ze snu. przerażona i oszołomiona nie wiedziałam co się dzieje. spojrzałam w bok i zastałam kotę siedząca na łóżku i warczącą buuuuuuu, buuuuuuu... jak to robi, kiedy czuje zagrożenie... i do tej pory nie rozkminiłam, czy to przejaw strachu, czy kozactwa - żeby brzmiała groźnie... i niech się te wszystkie grzmoty i pioruny schowają! głęboko w noc.

była godzina 0:30, więc huk musiał być naprawdę potężny, żebym się obudziła! tym bardziej, że położyłam się zaledwie półtorej godziny wcześniej. stroboskopowe, jasne błyski, przeplatające się z dudniącym łomotem przyprawiały o prawdziwie gęsią skórkę.

pogłaskałam rozdrażnionego kota, który ułożył mi się w kulkę obok twarzy, czujnie zerkając w stronę okna. głaskanie nieco chyba pomogło, bo po chwili przestała reagować na błyski i obie usnęłyśmy.

a rano obudziły mnie kocie łapki w oczodołach ;-)
sweet...

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

boskie cannelonni

ten przepis ma bardzo długą historię. jest z nami już od wielu lat i ciągle zachwyca. szczerze mówiąc, spoglądając na datę gazety, którą pieczołowicie przechowujemy właśnie ze względu na niego, przeraziłam się jak ten czas szybko biegnie. rok 2002. brzmi przedpotopowo ;-) gazeta nieco pożółkła, ale danie jest niezmiennie boskie. co więcej znaleźliśmy w niej kolejne przepisy, które będziemy chcieli wypróbować. jak najszybciej ;-) a tymczasem... czas przypomnieć go światu.


Cannelloni z farszem serowym i sosem pomidorowym
(Sól i pieprz 2002)

Porcja dla 3 osób (teoretycznie dla 4, ale ktoś tu chyba niedoszacował)

400 g pomidorów
1 cebula
1 ząbek czosnku
2 łyżki oliwy
sól, pieprz
3 łyżki białego wina
50 g sera gorgonzola
170 g sera ricotta
125 g mozarelli
1 jajko
1 łyżka masła do wysmarowania formy
100 g makaronu cannelloni (rurki do nadziewania)
ew. bazylia do dekoracji

pomidory naciąć na krzyż, sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki. przekroić na pół, usunąć pestki i pokroić w kostkę. cebulę i czosnek obrać i posiekać. zeszklić na 1 łyżce rozgrzanej oliwy. dodać pomidory, gotować na wolnym ogniu ok. 15 minut. sos doprawić solą, pieprzem i winem.

pokruszyć gorgonzolę, wymieszać ją w misce z ricottą na puszystą masę. połowę mozarelli pokroić w drobną kostkę, razem z całym jajkiem dodać do pasty serowej, wymieszać dokładnie. farsz doprawić do smaku solą i pieprzem.

piekarnik rozgrzać do 200°C. naczynie żaroodporne posmarować masłem.


rurki cannelloni napełnić farszem serowym. ułożyć w formie, dokładnie pokryć sosem pomidorowym. resztę mozarelli pokroić w plastry i ułożyć na wierzchu, skropić 1 łyżką oliwy. cannelloni wstawić do piekarnika i piec ok. 35 minut. po wyjęciu można udekorować bazylią.

rozkosz, która rozpływa się w ustach...

o mękach i udrękach

nie ma naprawdę chyba nic gorszego niż pisanie postów o wrażeniach z podróży po powrocie!!! odczułam to na własnym grzbiecie i to całkiem dobitnie. w piątek skończyłam definitywnie sztokholmskie posty. dopiero w piątek! minęły dwa tygodnie od powrotu! i była to droga przez mękę. już dawno nie czułam się tak przewałkowana. codzienność przydusiła mnie całym ciallem, a ja musiałam dodatkowo żyć ze świadomością, że mam rozbabraną robotę, a co więcej, że muszę się z nią uporać. i to jak najszybciej, bo zwariuję! no i byłam już blisko...

a z drugiej strony, nie ma nic piękniejszego niż wreszcie skończyć coś co przez tyle czasu dręczyło, męczyło i deptało po ambicji. poczuć wolność!!! i taki spokój. katharsis. jak po zdanych egzaminach na studia normalnie ;-)

i najważniejsze, że nie odpuściłam, wytrwałam do końca i nie było fuszerki!!!
jestem z siebie dumna normalnie.

a teraz ...

...zen...

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

po...

po podróży zostało już tylko wspomnienie... walizki rozpakowane, pranie rozwieszone, brzuszysko wygłaskane... a nie-mąż z powrotem w Szwecji, tyle że jako służbista...



na otarcie łez zostały tylko pamiątki kupione w pośpiechu, gdzieś w przelocie pomiędzy jednym muzeum a drugim. albo w stadium końcowym - na lotnisku. bo to właśnie na zakupy zabrakło nam czasu...

a w Szwecji naprawdę jest w czym wybierać. wszystko dookoła kusi... i nawołuje... kup mnie, kup mnie... no a ja... biedna, bezsilna, nie mam po prostu serca odmówić.

i jeszcze to cudowne uczucie, kiedy rachunek okazuje się mniejszy niż się spodziewałam. jakaś ukryta promocja... dokładne przeliczenie na PLNy i radość do końca dnia gwarantowana. do końca życia nawet ;-) tak było po wyjściu z Indiski.



niestety nie-mąż był okrutnie brutalny i siłą wyciągnął mnie z DesignTorget, obiecując jednak rychły powrót, który, nie muszę chyba kończyć, nigdy nie nastąpił. żal straszny i depresja na samą myśl o tych wszystkich nieodkrytych rzeczach, tych kolorach i zabawnych pomysłach. bo musze to koniecznie napisać, że oprócz świetnego wykonania, szwedzki design ma to do siebie, że jest zabawny. czasem prześmiewczy i ironiczny, czasem rozczulająco uroczy. na mnie to działa jak magnes. trochę tak jakby mnie wpuścić do sklepu z zabawkami... dla nieco starszych dzieci. chociaż wiem już, że niektórzy są bardziej odporni.

a pamiątki zawsze i niezmiennie z wizerunkiem łosia. w najróżniejszych odsłonach. najsłodsze pamiątki jakie znam...


kulturalnie

to czego najbardziej zazdroszczę Szwedom, to ich cudowne umiłowanie kultury, sztuki, architektury i designu. i to od najmłodszych lat. w samym tylko Sztokholmie jest ponad 70 muzeów (co ledwie mieści mi się w głowie), które z zapałem odwiedzają nie tylko turyści, ale i mieszkańcy, często nawet z małymi dziećmi. i myślę sobie, że to bardzo ważne, żeby oswajać dzieci z takimi miejscami i w ten sposób wzbudzać w nich ciekawość świata. tutaj pójście do muzeum nie kojarzy się z nudną wycieczką szkolną, ale z ogromną chęcią poznania czegoś nowego, sięgnięcia w głąb do historii (dzięki temu mają bardzo duży szacunek do swojego dziedzictwa), albo obejrzenia nowatorskich przedmiotów użytkowych. może w wieku 18 lat te dzieci nie będą miały dylematów i problemów z podjęciem decyzji co je interesuje i co chcą robić w życiu.

a to bezcenne...

za wszystko inne zapłacisz kartą Visa ;-) pod warunkiem, że bez chipa. bo jak masz chipa to masz przechlapane. przynajmniej jeśli jesteś Polakiem i jesteś w muzeum w Sztokholmie. a dokładniej w następujących miejscach:
- Moderna Museet (muzeum sztuki nowoczesnej) - nie przyjmują AmEx'a
- Arkitekturmuseet (muzeum architektury) - nie przyjmują AmEx'a
- Vasa Museet (muzeum Vasy)
- Skansen
- Fotografiska (galeria fotografii) 
i szczerze mówiąc to wszystkie muzea, do których poszliśmy, więc coś tu nie jest halo. na szczęście w niektórych miejscach dzięki AmEx'owi, a w pozostałych dzięki innym dziwnym zawirowaniom i odrobinie farta udało nam się dostać do środka. chociaż czasem bywało dramatycznie... próbowaliśmy łącznie 4 kart, niestety wszystkie były chipowe i wszystkie Visa. może MasterCard spisałby się lepiej. co ciekawe Visa koleżanki (na podpis) działała.

ale odbiegłam nieco od wątku przewodniego, którym miał być KULTURHUSET. w najprostszym tłumaczeniu dom kultury, ale jest to zdecydowanie coś więcej. podoba mi się określenie znalezione w wikipedii - ośrodek kultury. otwarty w 1974 roku. mieści się w samym centrum, na placu Sergela (Sergels Torg). w budynku ze szklaną fasadą, projektu Petera Celsinga, który został uznany za pomnik modernizmu, mieszczą się sale wystawiennicze i koncertowe, teatr, biblioteka dla małych i dużych oraz czytelnia komiksów. jest też makieta Sztokholmu z dodatkowo zaznaczonymi planowanymi inwestycjami. a co najlepsze - wstęp jest darmowy, nie tak jak do muzeów. to miejsce spotkań tych, którzy interesują się sztuką. niezależnie od wieku. można przyjść z dziećmi, spotkać się ze znajomymi, wypić kawę, herbatę lub zwyczajnie zatrzymać się na chwilę i popatrzeć na miasto. mnie zachwyciły trzy wystawy - o głodzie i globalnym ociepleniu (Hunger), tatuażowa (INKcorporated) i o ptaszkach (Ringed).

makieta Sztokholmu (na chwię przed zmasowanym atakiem piłki)





Kulturhuset - Jens Assur 'Hunger'

o głodzie... tym prawdziwym, najtragiczniejszym, jednak dość odległym od nas samych. i tym, na który po części cierpi każdy z nas. głód większych i szybszych samochodów, nowych gadżetów, dalszych podróży, większej ilości ciuchów, jedzenia... konsumpcjonizm bez granic. który systematycznie, podstępnie i bezlitośnie sieje spustoszenie... a kiedy się zorientujemy jak tragiczne w skutkach, będzie już za późno. globalne ocieplenie, zanieczyszczenia środowiska, wycinanie lasów tropikalnych, wysychanie zbiorników wodnych, które niejednokrotnie pozwalały przetrwać ludziom, żyjącym wokół nich, zmiany klimatu... to wszystko się już dzieje. całe szczęście, że są ludzie, którzy potrafią to nie tylko dostrzec, ale i bezustannie uświadamiać innym...

dlatego segreguję śmieci, jeżdżę komunikacją miejską, kupuję tylko tyle ile mogę przejeść. i choćbym nawet miała świadomość, że jestem jedyną osobą na świecie, która to robi i że to nie ma większego sensu, to i tak bym nie przestała, bo od czegoś/ kogoś trzeba zacząć. i naprawdę staram się nie zwariować na zakupach (lub chociaż kupować miseczki z recyklingu ;-). chociaż przyznaję, że czasem ciężko i gadżety też trochę lubię... no i jest jedna kwestia, z której nigdy nie byłabym w stanie zrezygnować - podróże. ale po obejrzeniu takich przygnębiających obrazów człowiek się zaczyna bardziej zastanawiać nad sobą i to jest pierwszy krok, żeby coś zmienić.





 

Kulturhuset - Björn Abelin "INKcorporated"


Kulturhuset - Lars Jonsson i Brutus Östling "Ringed" wystawa malarstwa i 
niesamowitych fotografii ptaków

żeby dzień był kulturalny pełną gębą zrobiliśmy przerwę na tajską knajpkę z przepysznym zielonym curry ;-) a po napełnieniu brzuszków skierowaliśmy się na Stadsgårdshamnen 22 (Slussen) do galerii fotografii - Fotografiska (wstęp normalny 95 SEK/os, studenci, emeryci 70 SEK/os, dzieci poniżej 12 roku życia bezpłatnie; godziny otwarcia - codziennie 10-21).

 

poszliśmy tam głównie ze względu na wystawę Annie Leibovitz "A Photographer's Life 1990–2005" (z tego co pamiętam polskie tłumaczenie - Życie w obiektywie), która okazała się doskonała! z jednej strony dobrze znane zdjęcia sławnych osób jak Nicole Kidman, Brada Pitta, Leonardo DiCaprio, Roberta De Niro, Ala Pacino, Johnnego Deppa i Kate Moss, królowej Elżbiety, Hilary i Billa Clintonów, Richarda Avedona, czy Demi Moore w ciąży, które w końcu pojawiło się na okładce Vanity Fair. z drugiej strony opowieść bardzo intymna o jej prywatnym życiu, przemijaniu, chwilach radosnych i bolesnych, związku z Susan Sontag, jej późniejszej chorobie, a w końcu śmierci, chorobie i śmierci ojca, późnym macierzyństwie, podróżach i codziennych chwilach, ulotnych momentach uchwyconych i zatrzymanych na zawsze. zdjęcia, niektóre opatrzone komentarzem autorki, opowiadają historię jej życia, której wcześniej w ogóle nie znałam. teraz jest mi zdecydowanie bliższa. nie jest już kimś, kogo mogę pomylić. znam jej tajemnicę. i chociaż z jednej strony jest to niesamowity ekshbicjonizm, to jednak ostateczną decyzję, co pokazać a czego nie, podjęła sama artystka. nie był to brutalny paparazzi, pakujący się w jej życie, a następnie sprzedający je brukowej gazecie. każde z prywatnych zdjęć było przepełnione miłością, a po ich obejrzeniu czułam się jakbym przeczytała jej biografię. ogromne wrażenie!

 Nicole Kidman by Annie Leibovitz (2003)

 Mikhail Baryshnikov and Rob Besserer by Annie Leibovitz

 Demi Moore by Annie Leibovitz

 "Brother Philip and My Father" by Annie Leibovitz (1988)

oprócz Leibovitz były jeszcze trzy inne, bardzo ciekawe wystawy. "Birthday Party" Vee Speers utrzymana w nieco piktorialnym stylu, z niesamowitymi, delikatnymi kolorami, podkreślającymi niewinność fotografowanych dzieci i kontrastującymi z rolami w jakich zostały obsadzone. na pierwszy rzut oka słodkie, cukierkowe fotografie, gdzieś w głębi ukrywały pewien niepokój. jest coś przygnębiającego w oglądaniu zdjęć dzieci i wyobrażaniu sobie ich jako dorosłych. wyrachowanych, zmanierowanych, często bezlitosnych. a przecież dzieci nigdy nie zostają na zawsze niewinnymi dziećmi, choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli w to wierzyć...

Vee Speers

 Vee Speers

Vee Speers / fot. Pauline Benthede

"From Back Home" Andersa Petersena, kojarząca mi się z realizmem (czasem nawet brutalnym) w stylu Nan Goldin. ponad 100 czarno-białych fotografii zrobionych w 2008 roku w rodzinnym Värmland. melancholijne wspomnienie obrazów zapamiętanych z czasu swojej młodości. subiektywna wizja miejsca, które kształtuje i determinuje dalsze życie. powrót po latach, w wyniku którego powstał wielowymiarowy autoportret artysty.

Anders Petersen / fot. Pauline Benthede

 Anders Petersen
Anders Petersen / fot. Pauline Benthede

"A child is Born" Lennarta Nilssona - zdjęcia pokazujące całą drogę od chwili poczęcia przez kolejne fazy rozwoju płodu w łonie matki, wykonane za pomocą mikroskopów elektronowych i aparatu endoskopowego. skompletowanie wszystkich zdjęć zajęło autorowi 12 lat (rozpoczął pracę w 1953 roku) i było przełomem w dziedzinie fotografii medycznej. kiedy magazyn Life opublikował 16 stronicowy artykuł opatrzony tymi zdjęciami, cały 8 milionowy nakład został wyprzedany w ciągu kilku dni. obok zamachu na Keneddy'ego i lądowania na księżycu ten artykuł jest do tej pory uważany za jeden z najważniejszych zamieszczonych w magazynie. w 2009 roku Nilsson dostał honorowy tytuł Profesora od Szwedzkiego rządu za swój znaczący wkład w rozwój nauki.

 Lennart Nilsson (20 weeks)

 Lennart Nilsson (20 weeks)

to co zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie w tej galerii, to cichutka, stonowana muzyka sącząca się z głośników, tworząca doskonałe tło, zagłuszająca szepty i wnosząca niezwykłą lekkość i  harmonię z oglądanymi obrazami.

i to był mój ulubiony dzień pod względem miejsc w których byliśmy. miejsc muzeopodobnych oczywiście ;-) z dziką rozkoszą bym tam wróciła, żeby zobaczyć kolejne wystawy.

a zakończyliśmy go jak zwykle piwkiem do północy, długimi 'los polacos' rozmowami i śmiechem absurdalnym lecz niepohamowanym ;-)


Ratusz o zachodzie słońca



a ostatniego dnia, po bardzo krótkiej nocy i szybkim, ale wyważonym (celem uniknięcia nadbagażu)pakowaniu, w strugach deszczu, z niemałymi przeszkodami dotarliśmy do Arkitekturmuseet na wyspie Skeppsholmen (wstęp: normalny 50 SEK/os, osoby poniżej 19 lat - wstęp wolny; godziny otwarcia: pon. - nieczynne, wt. 10-18, śr.-ndz. 10-16). można kupić łączny bilet do Arkitekturmuseet i Moderna Museet, w którym byliśmy już wcześniej, za 110 SEK/os. oba muzea mieszczą się w tym samym budynku. standardowy wstęp do Moderna Museet 80 SEK/os., ulgowy 60 SEK/os., osoby poniżej 18 lat - wstęp wolny; godziny otwarcia: pon. - nieczynne, wt. 10-20, śr.-ndz. 10-18).


bal? impreza? w muzeum?

na zwiedzanie mieliśmy ok.1,5 godziny, więc po upływie tego czasu wystrzeliliśmy jak z procy (wciąż w strugach deszczu) w stronę Central Station skąd odjeżdżał nasz autobus na lotnisko. zostawiliśmy wszystko za sobą (niestety łącznie ze znajomymi) i brodząc po kostki w wodzie, w przemokniętych butach, ubraniach, łamiąc po drodze parasolkę, przeciskając się z trudem przez niekończący się tłum fanów Iron Maiden, Alice Cooper, Slayer, Mötley Crüe, The Stooges, Anthrax, HammerFall i innych równie bliskich memu sercu zespołów (którzy 7 sierpnia opanowali Sztokholm w związku z Sonisphere Festival w Stora Skuggan), dotarliśmy strudzeni na stację, która, jak się okazało, zaczęła już mocno przeciekać... tak w dużym (chociaż może nie aż tak dużym) skrócie wyglądał nasz ostatni upojny dzień urlopu ;-)

acha i zapomniałabym - znowu mieliśmy problem z płatnością uroczą kartą z chipem - tym razem za bilet autobusowy. nie pomógł nawet AmEx (chociaż w jedną stronę zadziałał). na szczęście z odsieczą przyszła pani z okienka. chyba z większa czułością zaopiekowała się amerykańskim kolegą, który nawet, po namyśle, poszedł na współpracę. śmierć bezdusznym automatom!

ufff...ledwie zdążyliśmy.

piątek, 6 sierpnia 2010

tiger? ...in Stockholm?

bo jak się wybierać na safari, to gdzie? w Afryce? banał! na safari jedzie się do Sztokholmu w Szwecji, a raczej Kolmården pod Sztokholmem :-)


Kolmården jest czynne tylko w lato, standardowy bilet 1-dniowy na zwiedzanie Safari Parku i Wild Parku (zoo) kosztuje 310 SEK/os., dzieci 3-12 lat 200 SEK/os., poniżej 3 lat wstęp wolny, godziny otwarcia w sezonie od 28 czerwca do 15 sierpnia 10-18, a Safari od 9-18).

ze względu na dojazd (ok. 100 km od Sztokholmu) skorzystaliśmy ze zorganizowanej wycieczki do Kolmården, oferowanej przez firmę Strömma Turism & Sjöfart AB. kosztowała 695 SEK/os. (ok. 290 PLN/os., ale cena zawierała już bilety wstępu, czyli sam przejazd kosztował ok. 160 PLN/os.) autokar odjeżdża o godz. 8:00 z Central Station Bus Terminal. dojazd trwa ok. 1,5 godziny, a powrót jest przewidywany na godzinę 18:30.
szokująca była cena przejazdu pociągiem do Kolmården 786 SEK/os. w drugiej klasie czyli ok. 330 PLN/os. czy ktoś w ogóle z tego korzysta? już bardziej opłacałoby się wynajęcie samochodu w Avisie - 978 SEK/dzień (za dwie osoby). ale do tego wszystkiego trzeba doliczyć jeszcze regularne bilety wstępu.

to była wycieczka na którą czekałam najbardziej na tym wyjeździe i poza trzema faktami, które nieco wytrąciły mnie z równowagi, było idealnie ;-)
1. przez Safari jechaliśmy w korku - co oczywiście w niczym nie przeszkadzało, bo przecież chodziło o to, żeby jechać wolno. po prostu sam fakt był szokujący ;-)
2. lwy nie dopisały, zachowywały się niegodnie, jak ospałe koty domowe, które tak się nażarły, że nie mają siły ruszyć łapą. musiały być świeżo po śniadanku, bo wylegiwały się rozpłaszczone na słońcu, ewentualnie z łapami w górze (może w nadziei na utratę kalorii).
3. nigdy w życiu nie widziałam takiej ilości dzieci i wózków jak w zoo przy safari...

kłamałam... było idealnie! ;-)

samo safari trwało około godziny. zwierzątka chodziły sobie niewzruszone pomiędzy pojazdami dodatkowo hamując ruch - jak dwa strusie, którym strasznie spodobał się nasz wehikuł. stały jak wryte dobre 5 minut na drodze i patrzyły co za dziwaki siedzą w środku, ku uciesze wszystkich pasażerów i samego kierowcy.

zebry biegały radośnie i z przytupem niczym dzikie konie, żyrafy dostojnie spacerowały ważąc swoje dłuuugie szyje i śmiesznie kołysząc całym ciałem. w pewnym momencie jedna z nich podeszła do naszego autokaru i zaglądała w okna. oko w oko z żyrafą to jest coś! standardowo do pięt jej się nie dorasta ;-) żyrafie maleństwo, z początku nieśmiałe, niezgrabnie gramoliło się między drzewami, podążając za swoim stadem. a trzeba zaznaczyć że pół maleństwa stanowi szyja, a drugie pół cała reszta, więc naprawdę nie jest łatwo.

piknik rodzinny


dzielny maluch

dla mnie zdjęcie roku!



spadaj natręcie!!!


promocja!!! maluchy w ilościach hurtowych... przy zakupie jednego drugi za połowę ceny..

pan zebra... no jak ja strzelę fotę to nie ma wątpliwości...

tłuste zadki, dbają o to, żeby nie zchudnąć

były antylopy różnych maści, lamy, a wszystkie z wianuszkiem małych. niedźwiedzie chowające się w krzakach. i tylko te nieszczęsne lwy nie dopisały... chociaż było ich przecież całe stado ;-) a zobaczyć lwy w akcji to byłoby coś...

 wycie do księżyca. nowy świecki zwyczaj?

mały bez-filcak

koziorożec syberyjski

kotecki... masakra

po safari mieliśmy pięć godzin na zwiedzanie Wild Parku (zoo)... i to było zdecydowanie za mało. teren parku jest ogromny. rozłożyste, pięknie skomponowane wybiegi i dużo punktów obserwacyjnych wokół. wszędzie miejsca na odpoczynek, piknik, zmianę pieluch czy zjedzenie obiadu.



tiger! in Stokholm! i ma się dobrze!


pandemia lisiej grypy? ;-)


na barana najfajniej ;-)

co to ja miałem...???

dla mnie najcudowniejsze w tym parku było poczucie przestrzeni i wolności. zwierzęta nie wyglądały na zamknięte i odizolowane. każde z nich miało swój mały świat i ulubione miejsce. nie były znudzone, ospałe i sfrustrowane. wszystkie pełne energii, zawadiackie albo ewentualnie wyluzowane, z przymrużonymi oczami wylegujące się na słońcu. to najfajniejsze zoo jakie kiedykolwiek odwiedziłam. a trochę ich już było ;-)

tańczący z wilkami...

tapiry


przez pięć godzin byliśmy non stop na nogach, a wszystkiego i tak nie zdołaliśmy zobaczyć. zabrakło czasu na ptaki i delfinarium, do którego była kolejka gorsza niż do Muzeum Vasy i skutecznie nas odstraszyła. a później okazało się, że pokazy są co dwie godziny i nie zdążyliśmy się załapać ;-) przed 15 stanęliśmy w kolejce, która okazała się kolejką na godzinę 16 :-))) a zbiórkę mieliśmy o 16:15, a więc so.



szympansy


 no chodź!!! się ze mną pobaw!!!

 daj mi spokój... zarobiony jestem.
Gorillazzzz.





 moje ukochane 'tańczące' gibony

postanowiliśmy w tym czasie obejrzeć pozostałą część parku... wydawało się, że zostało tak niewiele. ale tylko my wiemy jak bardzo się myliliśmy;-) poza tym chcieliśmy przejechać się jeszcze raz kolejką linową, która jeździ po obrzeżach parku. bilety są dodatkowo płatne - 80 SEK/os., ale obowiązują przez cały dzień. można jeździć ile się chce. urocze, małe, kolorowe wagoniki, które zabierają 2-4 osoby jeżdżą non stop. cudownie jedzie się w ciszy, nieskończonej zieleni, ponad koronami drzew. problem był tylko taki, że przejażdżka trwała 25 minut, a nie 15 - jak nam się wydawało. na dodatek stacja końcowa znajdowała się dokładnie po drugiej stronie parku niż miejsce zbiórki... a w trakcie przejazdu widzieliśmy nasze autokary, zmierzające w kierunku strefy zero. godzina 16:15. godzina zbiórki. wysiadamy z wagonika. przed nami cały wieeeeeeelki park do przejścia. park ogromny. bezlitośnie ogromny. i rozciąga się jakby był z gumy. czujemy tą dużość, ogromność w nogach, a czas płynie nieubłaganie. adrenalina wzrasta. przed nami morze wózków, wózeczków spacerówek. tor z przeszkodami. włączamy turbo-doładowanie. zapieprzamy, pogoda piękna, słońce przygrzewa... gorąco! ratunku!!!! wszystko płynie... do mety dotarliśmy biegiem o godzinie 16:35 skrajnie wyczerpani. ledwie wdrapaliśmy się na schody. skruszeni i zawstydzeni zasiedliśmy na swoich miejscach, w pełnym punktualnych, karnych szwedów autobusie. szczęśliwie po 10 minutach zapadania się ze wstydu w fotel, naprzemiennie z wyskakiwaniem z niego w celu ostygnięcia, okazało się, że nie byliśmy ostatni :-) po nas przyszła jeszcze szwedka z trójką dzieci... mała pociecha ale zawsze ;-)

po dniu pełnym przygód naprawdę żal było stamtąd odjeżdżać. i zostawiać to wszystko za nami...

sielski obrazek

nosorożki ;-)

poznańskie koziołki? ;-)

się uśmiał...


antylopy różnych maści


słonie w koronie

przedziwna karawana

nie płacz kiedy odjadę....