a to bezcenne...
za wszystko inne zapłacisz kartą Visa ;-) pod warunkiem, że bez chipa. bo jak masz chipa to masz przechlapane. przynajmniej jeśli jesteś Polakiem i jesteś w muzeum w Sztokholmie. a dokładniej w następujących miejscach:
- Moderna Museet (muzeum sztuki nowoczesnej) - nie przyjmują AmEx'a
- Arkitekturmuseet (muzeum architektury) - nie przyjmują AmEx'a
- Vasa Museet (muzeum Vasy)
- Skansen
- Fotografiska (galeria fotografii)
i szczerze mówiąc to wszystkie muzea, do których poszliśmy, więc coś tu nie jest halo. na szczęście w niektórych miejscach dzięki AmEx'owi, a w pozostałych dzięki innym dziwnym zawirowaniom i odrobinie farta udało nam się dostać do środka. chociaż czasem bywało dramatycznie... próbowaliśmy łącznie 4 kart, niestety wszystkie były chipowe i wszystkie Visa. może MasterCard spisałby się lepiej. co ciekawe Visa koleżanki (na podpis) działała.
ale odbiegłam nieco od wątku przewodniego, którym miał być KULTURHUSET. w najprostszym tłumaczeniu dom kultury, ale jest to zdecydowanie coś więcej. podoba mi się określenie znalezione w wikipedii - ośrodek kultury. otwarty w 1974 roku. mieści się w samym centrum, na placu Sergela (Sergels Torg). w budynku ze szklaną fasadą, projektu Petera Celsinga, który został uznany za pomnik modernizmu, mieszczą się sale wystawiennicze i koncertowe, teatr, biblioteka dla małych i dużych oraz czytelnia komiksów. jest też makieta Sztokholmu z dodatkowo zaznaczonymi planowanymi inwestycjami. a co najlepsze - wstęp jest darmowy, nie tak jak do muzeów. to miejsce spotkań tych, którzy interesują się sztuką. niezależnie od wieku. można przyjść z dziećmi, spotkać się ze znajomymi, wypić kawę, herbatę lub zwyczajnie zatrzymać się na chwilę i popatrzeć na miasto. mnie zachwyciły trzy wystawy - o głodzie i globalnym ociepleniu (Hunger), tatuażowa (INKcorporated) i o ptaszkach (Ringed).
makieta Sztokholmu (na chwię przed zmasowanym atakiem piłki)
Kulturhuset - Jens Assur 'Hunger'
o głodzie... tym prawdziwym, najtragiczniejszym, jednak dość odległym od nas samych. i tym, na który po części cierpi każdy z nas. głód większych i szybszych samochodów, nowych gadżetów, dalszych podróży, większej ilości ciuchów, jedzenia... konsumpcjonizm bez granic. który systematycznie, podstępnie i bezlitośnie sieje spustoszenie... a kiedy się zorientujemy jak tragiczne w skutkach, będzie już za późno. globalne ocieplenie, zanieczyszczenia środowiska, wycinanie lasów tropikalnych, wysychanie zbiorników wodnych, które niejednokrotnie pozwalały przetrwać ludziom, żyjącym wokół nich, zmiany klimatu... to wszystko się już dzieje. całe szczęście, że są ludzie, którzy potrafią to nie tylko dostrzec, ale i bezustannie uświadamiać innym...
dlatego segreguję śmieci, jeżdżę komunikacją miejską, kupuję tylko tyle ile mogę przejeść. i choćbym nawet miała świadomość, że jestem jedyną osobą na świecie, która to robi i że to nie ma większego sensu, to i tak bym nie przestała, bo od czegoś/ kogoś trzeba zacząć. i naprawdę staram się nie zwariować na zakupach (lub chociaż kupować miseczki z recyklingu ;-). chociaż przyznaję, że czasem ciężko i gadżety też trochę lubię... no i jest jedna kwestia, z której nigdy nie byłabym w stanie zrezygnować - podróże. ale po obejrzeniu takich przygnębiających obrazów człowiek się zaczyna bardziej zastanawiać nad sobą i to jest pierwszy krok, żeby coś zmienić.
Kulturhuset - Björn Abelin "INKcorporated"
Kulturhuset - Lars Jonsson i Brutus Östling "Ringed" wystawa malarstwa i
niesamowitych fotografii ptaków
żeby dzień był kulturalny pełną gębą zrobiliśmy przerwę na tajską knajpkę z przepysznym zielonym curry ;-) a po napełnieniu brzuszków skierowaliśmy się na Stadsgårdshamnen 22 (Slussen) do galerii fotografii - Fotografiska (wstęp normalny 95 SEK/os, studenci, emeryci 70 SEK/os, dzieci poniżej 12 roku życia bezpłatnie; godziny otwarcia - codziennie 10-21).
poszliśmy tam głównie ze względu na wystawę Annie Leibovitz "A Photographer's Life 1990–2005" (z tego co pamiętam polskie tłumaczenie - Życie w obiektywie), która okazała się doskonała! z jednej strony dobrze znane zdjęcia sławnych osób jak Nicole Kidman, Brada Pitta, Leonardo DiCaprio, Roberta De Niro, Ala Pacino, Johnnego Deppa i Kate Moss, królowej Elżbiety, Hilary i Billa Clintonów, Richarda Avedona, czy Demi Moore w ciąży, które w końcu pojawiło się na okładce Vanity Fair. z drugiej strony opowieść bardzo intymna o jej prywatnym życiu, przemijaniu, chwilach radosnych i bolesnych, związku z Susan Sontag, jej późniejszej chorobie, a w końcu śmierci, chorobie i śmierci ojca, późnym macierzyństwie, podróżach i codziennych chwilach, ulotnych momentach uchwyconych i zatrzymanych na zawsze. zdjęcia, niektóre opatrzone komentarzem autorki, opowiadają historię jej życia, której wcześniej w ogóle nie znałam. teraz jest mi zdecydowanie bliższa. nie jest już kimś, kogo mogę pomylić. znam jej tajemnicę. i chociaż z jednej strony jest to niesamowity ekshbicjonizm, to jednak ostateczną decyzję, co pokazać a czego nie, podjęła sama artystka. nie był to brutalny paparazzi, pakujący się w jej życie, a następnie sprzedający je brukowej gazecie. każde z prywatnych zdjęć było przepełnione miłością, a po ich obejrzeniu czułam się jakbym przeczytała jej biografię. ogromne wrażenie!
Nicole Kidman by Annie Leibovitz (2003)
"Brother Philip and My Father" by Annie Leibovitz (1988)
oprócz Leibovitz były jeszcze trzy inne, bardzo ciekawe wystawy. "Birthday Party" Vee Speers utrzymana w nieco piktorialnym stylu, z niesamowitymi, delikatnymi kolorami, podkreślającymi niewinność fotografowanych dzieci i kontrastującymi z rolami w jakich zostały obsadzone. na pierwszy rzut oka słodkie, cukierkowe fotografie, gdzieś w głębi ukrywały pewien niepokój. jest coś przygnębiającego w oglądaniu zdjęć dzieci i wyobrażaniu sobie ich jako dorosłych. wyrachowanych, zmanierowanych, często bezlitosnych. a przecież dzieci nigdy nie zostają na zawsze niewinnymi dziećmi, choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli w to wierzyć...
Vee Speers
Vee Speers
Vee Speers / fot. Pauline Benthede
"From Back Home" Andersa Petersena, kojarząca mi się z realizmem (czasem nawet brutalnym) w stylu Nan Goldin. ponad 100 czarno-białych fotografii zrobionych w 2008 roku w rodzinnym Värmland. melancholijne wspomnienie obrazów zapamiętanych z czasu swojej młodości. subiektywna wizja miejsca, które kształtuje i determinuje dalsze życie. powrót po latach, w wyniku którego powstał wielowymiarowy autoportret artysty.
Anders Petersen / fot. Pauline Benthede
Anders Petersen
Anders Petersen / fot. Pauline Benthede
"A child is Born" Lennarta Nilssona - zdjęcia pokazujące całą drogę od chwili poczęcia przez kolejne fazy rozwoju płodu w łonie matki, wykonane za pomocą mikroskopów elektronowych i aparatu endoskopowego. skompletowanie wszystkich zdjęć zajęło autorowi 12 lat (rozpoczął pracę w 1953 roku) i było przełomem w dziedzinie fotografii medycznej. kiedy magazyn Life opublikował 16 stronicowy artykuł opatrzony tymi zdjęciami, cały 8 milionowy nakład został wyprzedany w ciągu kilku dni. obok zamachu na Keneddy'ego i lądowania na księżycu ten artykuł jest do tej pory uważany za jeden z najważniejszych zamieszczonych w magazynie. w 2009 roku Nilsson dostał honorowy tytuł Profesora od Szwedzkiego rządu za swój znaczący wkład w rozwój nauki.
Lennart Nilsson (20 weeks)
Lennart Nilsson (20 weeks)
to co zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie w tej galerii, to cichutka, stonowana muzyka sącząca się z głośników, tworząca doskonałe tło, zagłuszająca szepty i wnosząca niezwykłą lekkość i harmonię z oglądanymi obrazami.
i to był mój ulubiony dzień pod względem miejsc w których byliśmy. miejsc muzeopodobnych oczywiście ;-) z dziką rozkoszą bym tam wróciła, żeby zobaczyć kolejne wystawy.
a zakończyliśmy go jak zwykle piwkiem do północy, długimi 'los polacos' rozmowami i śmiechem absurdalnym lecz niepohamowanym ;-)
Ratusz o zachodzie słońca
a ostatniego dnia, po bardzo krótkiej nocy i szybkim, ale wyważonym (celem uniknięcia nadbagażu)pakowaniu, w strugach deszczu, z niemałymi przeszkodami dotarliśmy do Arkitekturmuseet na wyspie Skeppsholmen (wstęp: normalny 50 SEK/os, osoby poniżej 19 lat - wstęp wolny; godziny otwarcia: pon. - nieczynne, wt. 10-18, śr.-ndz. 10-16). można kupić łączny bilet do Arkitekturmuseet i Moderna Museet, w którym byliśmy już wcześniej, za 110 SEK/os. oba muzea mieszczą się w tym samym budynku. standardowy wstęp do Moderna Museet 80 SEK/os., ulgowy 60 SEK/os., osoby poniżej 18 lat - wstęp wolny; godziny otwarcia: pon. - nieczynne, wt. 10-20, śr.-ndz. 10-18).
bal? impreza? w muzeum?
na zwiedzanie mieliśmy ok.1,5 godziny, więc po upływie tego czasu wystrzeliliśmy jak z procy (wciąż w strugach deszczu) w stronę Central Station skąd odjeżdżał nasz autobus na lotnisko. zostawiliśmy wszystko za sobą (niestety łącznie ze znajomymi) i brodząc po kostki w wodzie, w przemokniętych butach, ubraniach, łamiąc po drodze parasolkę, przeciskając się z trudem przez niekończący się tłum fanów Iron Maiden, Alice Cooper, Slayer, Mötley Crüe, The Stooges, Anthrax, HammerFall i innych równie bliskich memu sercu zespołów (którzy 7 sierpnia opanowali Sztokholm w związku z Sonisphere Festival w Stora Skuggan), dotarliśmy strudzeni na stację, która, jak się okazało, zaczęła już mocno przeciekać... tak w dużym (chociaż może nie aż tak dużym) skrócie wyglądał nasz ostatni upojny dzień urlopu ;-)
acha i zapomniałabym - znowu mieliśmy problem z płatnością uroczą kartą z chipem - tym razem za bilet autobusowy. nie pomógł nawet AmEx (chociaż w jedną stronę zadziałał). na szczęście z odsieczą przyszła pani z okienka. chyba z większa czułością zaopiekowała się amerykańskim kolegą, który nawet, po namyśle, poszedł na współpracę. śmierć bezdusznym automatom!
ufff...ledwie zdążyliśmy.






























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz