noc była upiorna, pełna błysków i grzmotów... a dowiedziałam się tego w momencie kiedy niebo przeszył groźny ryk, który brutalnie wyrwał mnie ze snu. przerażona i oszołomiona nie wiedziałam co się dzieje. spojrzałam w bok i zastałam kotę siedząca na łóżku i warczącą buuuuuuu, buuuuuuu... jak to robi, kiedy czuje zagrożenie... i do tej pory nie rozkminiłam, czy to przejaw strachu, czy kozactwa - żeby brzmiała groźnie... i niech się te wszystkie grzmoty i pioruny schowają! głęboko w noc.
była godzina 0:30, więc huk musiał być naprawdę potężny, żebym się obudziła! tym bardziej, że położyłam się zaledwie półtorej godziny wcześniej. stroboskopowe, jasne błyski, przeplatające się z dudniącym łomotem przyprawiały o prawdziwie gęsią skórkę.
pogłaskałam rozdrażnionego kota, który ułożył mi się w kulkę obok twarzy, czujnie zerkając w stronę okna. głaskanie nieco chyba pomogło, bo po chwili przestała reagować na błyski i obie usnęłyśmy.
a rano obudziły mnie kocie łapki w oczodołach ;-)
sweet...
środa, 25 sierpnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz