niedziela, 1 sierpnia 2010

mocne wejście

Sztokholm to przedziwne miasto, w którym łatwo się zagubić i stracić orintację, przynajmniej komuś takiemu jak ja, kto jest tu po raz pierwszy. wszędzie kanały, woda, ukryte mosty i nawet nie wiem kiedy z jednej wyspy wkraczam na następną. jak na razie korzystam ze słodkiej dezorientacji, pozwalając się prowadzić dumnemu nie-mężowi, który z wypiętą klatą i wciągniętm brzuchem oprowadza mnie po prawie swoich włościach. na dodatek z takim zapałem, że pierwszego dnia chciał mi chyba pokazać całe miasto. a Sztokholm taki malutki wszak nie jest. dopiero po moich zdecydowanych protestach odpuścił i pozwolił mi wrócić do mojej słodkiej, puszystej pościeli, celem zakosztowania odrobiny snu.



ale to wszystko było już potem. bo najpierw to oczarowała mnie okolica w której mieszkamy Hammarby. na post-industarialnych terenach wybudowano nowoczesne osiedla. przemyślane architektonicznie, proste formy, dużo szkła, drewna i zieleni, stonowane kolory elewacji. a to wszystko usytuowane nad brzegiem zatoki. do tego ogromne tereny rekreacyjne, drewniane pomosty, przystanie, miejsce do biegania i wspólnego grillowania. siedzieliśmy na najwięszym pomoście z panoramicznym widokiem na jezioro i czas płynął jakby wolniej. ludzie spacerowali niespiesznie, wyprowadzali psy, rozmawiali, matka karmiła dziecko, siedząc na drewnianym tarasie. wszyscy mieli czas. na wszystko. przynajmniej tak to wyglądało... zawsze po powrocie ze Szwecji mam syndrom matki-polki, bo szwedzi pzwalają uwierzyć, że się da. bez wyrzeczeń, na spokojnie, a co więcej - z rozkoszą ;-) tyle tylko, że Polska takim pro-rodzinnym krajem niestety nie jest. i to jakby na tn moment kończy laktayjny wątek ;-)





od patrzenia na te sielskie obrazki zrobiliśmy się strasznie głodni i postanowiliśmy jak najszybciej upolować kolację. to co nastąpiło później, przerosło moje oczekiwania...

nie-mąż zabrał mnie do knajpy Garlic&Shots. miejsca, gdzie w każdym daniu można znaleźć czosnek - nawet w piwie, shot'ach i lodach ;-) lokal elegancki... z miejsca skojarzył mi się z zajazdem dla harleyowców, wyjętym z szalonej wizji duetu Rodriguez&Tarantino, w Od zmierzchu do świtu. czysty surrealizm ;-) różowe flamingi, stare fotografie i wszechobecne podobizny wyroczni lokalu - główki czosnku. do tego goście - w skórach, czarnych t-shirtach, z długimi, albo wygolonymi włosami. łysi, z siwymi brodami przykrywającymi klatę. czad!



cudowne jest też przesłanie knajpy:
"no dishes are served without garlic. you can always order extra garlic, but never less. as you leave the restaurant you should feel like you've been garlic marinated. this is our mission from god", says the Olsson bros.


dodatkowo urzekł mnie wystrój stolików - na każdym stał bukiecik... pietruszki :-) czy to nie urocze?


sama chyba nigy bym się nie odważył wejść do takiego lokalu, a byłoby to duże zaniedbanie! atmosfera paująca w środku super, nie mówiąc już o jedzeniu! miód na serce. u mnie akurat dosłownie. nie-mąż polecił mi bowiem GARLIC HONEY ROASTED BABY BACK RIBS With snake bite salsa & baked garlic & garlic cole slaw, czyli żeberka pieczone z czosnkiem w sosie miodowym, z pikantną salsą, czosnkową sałatką i grillowaną główką czosnku. nie umiem pisać o rozkoszach jedzenia, za to świetnie się tymi rozkoszami potrafię cieszyć. a tutaj cieszyłam się nieziemsko. ciepły miód opływający mięso i frytki, a do tego rozpływające się w ustach ząbki pieczonego czosnku... mmmmmmmm... smak, którego długo nie zapomnę.


porcje są tak nieziemsko wielkie, że pół wylądowało w brzuchu nie-męża, ku jego nieskrywanej uciesze. ja natomiast miałam okazję spróbować jego dania - grillowanych krewetek mombasa z salsą z mleka kokosowego i mango podawaych z jambalayą (czyli rodzajem risotta) z czosnkiem i papryką oraz grillowanym ananasem. mistrzowskie połączenie pikantnych i słodkich smaków!!!


polecam każdemu, kto odwiedza Sztokholm, Londyn lub Palmę (Majorka), bo tylko w tych trzech wyjątkowych miejscach skosztować można piekielnych rozkoszy braci Olssons.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz