po podróży zostało już tylko wspomnienie... walizki rozpakowane, pranie rozwieszone, brzuszysko wygłaskane... a nie-mąż z powrotem w Szwecji, tyle że jako służbista...
na otarcie łez zostały tylko pamiątki kupione w pośpiechu, gdzieś w przelocie pomiędzy jednym muzeum a drugim. albo w stadium końcowym - na lotnisku. bo to właśnie na zakupy zabrakło nam czasu...
a w Szwecji naprawdę jest w czym wybierać. wszystko dookoła kusi... i nawołuje... kup mnie, kup mnie... no a ja... biedna, bezsilna, nie mam po prostu serca odmówić.
i jeszcze to cudowne uczucie, kiedy rachunek okazuje się mniejszy niż się spodziewałam. jakaś ukryta promocja... dokładne przeliczenie na PLNy i radość do końca dnia gwarantowana. do końca życia nawet ;-) tak było po wyjściu z Indiski.
niestety nie-mąż był okrutnie brutalny i siłą wyciągnął mnie z DesignTorget, obiecując jednak rychły powrót, który, nie muszę chyba kończyć, nigdy nie nastąpił. żal straszny i depresja na samą myśl o tych wszystkich nieodkrytych rzeczach, tych kolorach i zabawnych pomysłach. bo musze to koniecznie napisać, że oprócz świetnego wykonania, szwedzki design ma to do siebie, że jest zabawny. czasem prześmiewczy i ironiczny, czasem rozczulająco uroczy. na mnie to działa jak magnes. trochę tak jakby mnie wpuścić do sklepu z zabawkami... dla nieco starszych dzieci. chociaż wiem już, że niektórzy są bardziej odporni.
a pamiątki zawsze i niezmiennie z wizerunkiem łosia. w najróżniejszych odsłonach. najsłodsze pamiątki jakie znam...
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz