środa, 12 maja 2010

chwilo trwaj

jadąc dzisiaj tramwajem do domu, zatopiona w książce (anglojęzycznej na dodatek), za plecami usłyszałam odmiennie brzmiący język. od razu go rozpoznałam. zanim jeszcze udało mi się wyłuskać pojedyncze słowa. nerede, tamam... turecki ma bardzo specyficzną melodię, łatwo ją rozpoznać, tym bardziej, że ostatnio słyszałam ją wszędzie. aż uśmiechnęłam się do swoich myśli. jakie to zabawne, że jeszcze niedawno z tureckiego wyłapywałam pojedyncze, znajomo brzmiące polskie słowa, a teraz zupełnie odwrotnie, z papki słów w języku ojczystym wyłapuję tak znajome, pomimo że niezrozumiałe tureckie słowa... tak miło odnaleźć cząstkę tamtego tu...

w tamtej chwili miałam wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu. poukładane. podjęłam dobrą decyzję. czytam właściwą książkę, słyszę odpowiedni język. wszystko grało. szkoda, że takich momentów nie można zapakować w pudełeczko i sprawić, żeby trwały. bo człowiek od czasu do czasu powinien mieć wrażenie, że wszystko się układa i idealnie do siebie pasuje.

w sumie takie uczucie spokoju mam od wczoraj. byliśmy na filmie "Whatever Works" Woody'ego Allena. polskiego tytułu nie przytoczę, ze względu na to, że jest absurdalny. film doskonały!!! mądry, zabawny, przemyślany. kolejny raz Allen udowodnił, że wielkim człowiekiem jest. każdy film jest tak bardzo "jego". cudownie przemyca swoją filozofię i mądrość. i, co chyba najważniejsze, sprawia, że każdy po wyjściu z kina myśli... o filmie, ale też o swoim własnym życiu... bo film jest trochę jak lustro. można się w nim przejrzeć i znaleźć coś swojego. a po chwili zastanowienia człowiek ponownie odkrywa we własnym życiu to co najwartościowsze, co często w codziennym zabieganiu chowa się głęboko i staje niewidoczne. a takie odkrycie przywraca równowagę i spokój. daje poczucie, że cokolwiek by się nie działo, będzie dobrze. dodaje skrzydeł i odwagi, żeby robić wszystko zgodnie ze sobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz