dzisiejszy dzień był koszmarny.
wracałam do domu w stanie totalnego rozkładu. ledwie żywa. wiedząc, że mam masę rzeczy do zrobienia. przyszła mi jednak do głowy szalona myśl. a może zamiast tego co muszę, zrobię to co chcę?! tylko co ja bym chciała? zadałam sobie to pytanie po raz pierwszy od nie wiem jak długiego czasu. w sumie nie wiem czy kiedykolwiek je sobie zadawałam wracając do domu (zawsze mam gotową listę TO DO w głowie i to ona determinuje mój rozkład dnia. takie myślenie zadaniowe, które w dłuższej perspektywie jest nie do zniesienia). wiem jednak na pewno, że po raz pierwszy szczerze się zastanowiłam nad odpowiedzią. chciałam iść spać. nie później, tylko natychmiast. co więcej, po powrocie do domu od razu to zrobiłam (jak nigdy, choć czasem sobie przecież obiecywałam). Gajka może najszczęśliwsza z tego powodu nie była, ale pomarudziła trochę i później była już przekochana, cichutka i współczująca. po przebudzeniu, czułam się jak nowo narodzona.
gdyby tylko można było wychodzić wcześniej z pracy i codziennie spać przez godzinę, to życie miałoby całkowicie inny smak. naładowałam bateryjki, znalazłam tyle siły, żeby sprzątnąć, uprać, rozwiesić pranie, poczytać książkę, zrobić kolację... a mam jeszcze dalsze plany. i naprawdę jestem z siebie dumna!
zjadłam pyszne kanapki ze świeżutkim, chrupiącym chlebem górskim, który upolował nie-mąż. popijam, przygotowaną przez niego na specjalne zamówienie, turecką herbatkę w naszych ślicznych szklaneczkach przywiezionych ze Stambułu i czuję się dobrze. naprawdę dobrze.
do pełni szczęścia brakuje mi może tylko tłuścioszka...
a Gajka właśnie weszła w swoją fazę manii. wszystko leci z góry na dół ;-)
czwartek, 13 maja 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz