jak pięknie określił to pewien wieszcz narodowy, po kilku kieliszkach czerwonego wina i zdecydowanym przesycie grzybów jak na jedną kolację Wigilijną. "a gdzie barszcz?" - dopytywał rozjuszony. "przecież Polska to jest kraj buraka i ziemniaka" - zgrabnie skwitował. po czym wszystkie lejdis znalazły się pod stołem, wijąc się w dzikich spazmach. nie, nie spowodowanych zatruciem grzybkiem niejednym, lecz zaszokowane twórczością poetycką Q.
no więc burak mnie wczoraj uwiódł. całkiem znienacka. wracałam do domu i jak codzień przechodziłam koło straganu z warzywami. i nagle zobaczyłam świeże zielono-purpurowe liście puszczające do mnie oko. botwinka. urzekła mnie i chwyciła za serce. ale pozostałam nieczuła na jej względy i powędrowałam do domu. no bo przecież mama wyjechana a ja nigdy w życiu nie robiłam botwinki... sama... w domu od razu usiadam do kompa i zaczęłam szukać. z głową pełną buraczanych liści. obsesja. przedmiot dzikiego pożądania. oczywiście skończyło się na tym, że znalazłam przepis, poszłam z nie-mężem na stragan i wykupiliśmy pół jego zawartości.
a dzisiaj rękawice w dłoń i kroję, szatkuję, przyprawiam, gotuję.
wyszło mniam. nawet nie-mężu smakowała. pomimo nienajlepszych botwinkowych wspomnień, które, jak się na dodatek okazało, wyparł ze swojej świadomości... historia miała miejsce dawno, dawno temu... za czasów króla świeczka... lub królowej świeczki. mieszkałam jeszcze z rodzicami i którejś pięknej wiosny mama zrobiła botwinkę. wtedy jeszcze nie-nie-mąż przyszedł do mnie strudzony po pracy, a mama wielkodusznie zaoferowała biedakowi - "może chcesz spróbować troszkę botwinki w kubeczku? czy wolisz kanapki?" na co n-n-mąż odpalił z pełnym wdziękiem - "to ja poproszę kanapkę z botwinką". i wilk syty i owca cała :-) wszyscy, oprócz zdezorientowanego biedaka, leżeli pod stołem. i tym sposobem zdarzenie przeszło do historii a botwinka zyskała nowy, głębszy wymiar.
Botwinka purytańska
(zmodyfikowany, uproszczony przepis Wedelki)
Porcja dla 4 osób
duży pęczek botwiny (jeśli buraczki przy botwinie są zbyt małe, można dodać buraka)
2 litry bulionu (polecam bulionetki, a nie kostki rosołowe)
sok z połowy cytryny
2 duże ząbki czosnku (lubię wersję bardziej pikantną)
łyżeczka cukru
pieprz do smaku
koperek
Botwinkę przebrać i dokładnie wypłukać. Buraczki obrać i pokroić w kostkę. Liście i łodygi drobno posiekać. Buraczki wrzucić do bulionu (bulionetki drobiowe Knorra to moje nowe odkrycie kulinarne) i gotować około 15 minut. Po tym czasie dodać łodygi i liście. Czosnek posiekać i dorzucić do zupy wraz z sokiem z cytryny. Doprawić do smaku cukrem i pieprzem (sól jest zdecydowanie zbędna, bo bulion już ją zawiera). Posypać po wierzchu koperkiem. Podawać z młodymi ziemniakami lub/i jajkiem na twardo.
przy okazji szukania przepisu na botwinkę znalazłam świetnego bloga kwestia smaku. co prawda ich przepis na botwinkę nie do końca pokrywał się z moim purytańskim wyobrażeniem i nie zaspokajał mojego najdzikszego pragnienia, więc tym razem z niego nie skorzystałam, ale myślę, że będzie to baaardzo bogate źródło nowych pomysłów na pyszne, pyszne jedzonko. ach... i te zupy!!!!
w ogóle wróciła mi wreszcie radość z gotowania. i chcę, żeby to trwało jak najdłużej! i ogórki kisić będę, a co!
a teraz mam ochotę na młodą kapustę z młodymi ziemniakami, boczkiem i koperiem... znowu czas na mały research ;-)
środa, 19 maja 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



niezłe; spróbowałbym tego wyrobu;
OdpowiedzUsuńPozdr
adam
to naprawdę nic prostszego ;-)
OdpowiedzUsuń