piątek, 7 maja 2010

wszystkie drogi prowadzą na Taksim

zaczynam szczerze w to wierzyć.

na dzisiaj mieliśmy bardzo luźne i niesprecyzowane plany, ale w końcu skierowaliśmy się na nabrzeże Eminönü, żeby popłynąć w górę Złotego Rogu. szczęście nam chyba średnio jednak dopisywało, bo nie znaleźliśmy przystani, z której odpływają tam promy. ogólnie teraz na nabrzeżu wszystko jest tymczasowe, a duża część brzegu za mostem Galata ogrodzona, bo prowadzone są prace budowlane. być może jest to związane z tym, że niedaleko Atatürk Köprüsü (mostu Ataturka) powstaje nowy most pod przedłużenie linii metra M2 do Yenikapı tak, żeby w przyszłości właśnie tam łączyła się z linią M1. nie wspominając o tym, że na nabrzeżu po prawej stronie mostu Galata również wszystko jest pogrodzone, bo trwają tam kolejne prace. projekt Marmaray. od stacji Sirkeci budowany jest podwodny tunel dla kolei, który połączy obie linie kolejowe (te wyruszające z Sirkeci i Haydarpaşa Garı). zakończenie planowane było na rok 2008, ale opóźnienia wynikłe z większego niż przewidywane skomplikowania podwodnych prac trochę namieszały i obecnie zakłada sę ukończenie budowy na rok 2012.

hmm... jednak łatwiej to będzie zwizualizować.


i znowu mała dygresyjka się wdarła, ale wracając do wątku przewodniego... w związku z barykadami przeróżnej maści minęliśmy zapewne przystań promową, która nas interesowała, a ponieważ robiło się coraz cieplej, postanowiliśmy chwilę odpocząć w parku, idąc za przykładem miejscowych. nikt kto tego nie próbował, nie wie jaka to ulga w gorący dzień zdjąć adidasy i poczuć miękką trawę pod stopami. bezpłatna rozkosz dla stóp!

tak długo jak zajadaliśmy pieczone kasztany, mogliśmy iść do przodu... kiedy się skończyły droga stała się monotonna, wręcz nie do zniesienia... postanowiliśmy wziąć odwrót. z dobrze poinformowanych źródeł nie-mąż wiedział, że z Abdülezelpaşa Caddesi, wzdłuż której szliśmy, można dojechać do placu Taksim. autobusem 55T. jako, że byliśmy całkowicie zieleni w kwestii transportu autobusowego, postanowiliśmy wziąć byka za rogi. niestety mijające nas autobusy nie wyglądały zachęcająco. pełne jak tramwaje w godzinach szczytu. czekaliśmy dość długo na jakimś absurdalnie wąskim skrawku chodnika udającego przystanek, a 55T jak na złość się nie zjawiał. a było nas coraz więcej, stojących grzecznie, gęsiego, przetupujących z nogi na nogę... i wtedy właśnie nastąpiło objawienie. przyjechał piękny, błyszczący, pusty autobus z wielkim napisem Taksim na przedzie. o zachwycającym, tłustym numerze 830. co z tego, że nie był to ten, którego oczekiwaliśmy. wsiedliśmy z rozkoszą. i to była bardzo przyjemna podróż, zupełnie inna niż się spodziewałam.


na Taksim okazało się, że mamy zupełnie odmienne wyobrażenie na temat tego co dalej. bo Taksim daje bardzo dużo możliwości. chyba nawet za dużo ;-) stamtąd można dostać się wszędzie. nie-mąż chciał jechać do bogatej dzielnicy Nişantaşı, o której pisał Max Cegielski w swojej książce "Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu".  mnie  natomiast przy życiu trzymała jedynie wizja najlepszego i najtańszego soku w oswojonym przeze mnie Stambule, w naszym ulubionym miejscu, po zejściu z Istiklal Caddesi. tani sok zwyciężył z bogactwem i snobizmem, więc ruszyliśmy w dół.












widząc tą masę ludzi na btonowej ulicy po raz kolejny doszłam do wniosku, że nie jest to moje ulubione miejsce. oj, bardzo nie jest. przynajmniej pierwsza jej część - od placu Taksim - bo ta ulica zmienia się jak kameleon. im dalej od Taksim tym przyjemniej, pojawia się więcej zieleni i zaczyna się robić coraz bardziej kameralnie. właśnie w tej przyjemniejszej okolicy utworzył się spory, zasłuchany i podrygujący tłum, wokół małej grupki grajków. ich muzyka była tak przejmująca, że nie sposób się było nie zatrzymać. ciary na plecach i wilgotne oczy. to wrażenie było spotęgowane dodatkowo ich wyglądem - bose stopy, długie włosy, dready, koraliki i luźne klorowe ubrania. toalna wolność i radość z tego co robią. kiedy zrobili przewę, wszyscy jakby obudzili się z krótkiego półsnu, tłum nie topniał od razu, każdy liczył na więcej. miałam wrażenie, że to kadr wyjęty prosto z filmu Fatiha Akina "Crossing the Bridge: The Sound of Istanbul" (polski tytuł, nie wiedzieć czemu "Życie jest muzyką"). muzyka była żywa i spontaniczna, a jednocześnie miało się wrażenie że od zawsze należy do tego miejsca.




być może ktoś, kto lubi tłum i gwar zakocha się w Istiklal, bo tłum jest naprawdę barwny, a skepów i kawiarni cała masa. ale ja lubię wydeptywać swoje ściezki, z dala od takich spendów. dlatego to co zaczyna się poniżej - to mój raj! raj nosi nazwę Galip Dede Caddesi. i jest klimatyczną, wąską ulicą, na której dominują sklepy muzyczne - te z płytami i z instrumentami. właśnie tutaj sprzedawane są najtańsze soki i moje ulubione ćwartki świeżego ananasa, które dwoma sprawnymi pociągnięciami noża są gotowe do jedzenia. to miejsce jest dla mnie jak przejście z morderczego słońca na pustyni i schronienie się w cieniu, w przyjemnej oazie. ludzi jet zdecydowanie mniej (większość pewnie po wyczerpujących zakupach decyduje się pojechać zabytkowym metrem (funikularem) z 1875 roku z placu Tünel do Karaköy. a ja dopiero się rozkręcam, rozkoszuję się każdym krokiem, każdym kęsem ananasa, patrzę w niebo i w duchu śmieję się do siebie... właśnie tak miał się zakończyć ten dzień!











post scriptum. nie wspomniałam o tłuścioszku, ale oczywiście znów był po drodze. poza tym tłuścioszki są wszędzie, nie mogłoby ich więc zabraknąć na Istiklal...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz