niestety po długiej historii przygód weterynaryjno-wampirzych kocurra ma jednoznaczne skojarzenie, kiedy tylko wyciągamy jej szelki. wystarczy, że je zobaczy, albo nawet usłyszy ich dźwięk, w mgnieniu oka daje susa w jednym słusznym kierunku, czyli pod łóżko. stamtąd nie mamy jak jej wyciągnąć. i ona świetnie o tym wie. próbowaliśmy ją nawoływać (ha, ha, ha, dobre sobie), zanęcać jakimś pysznym jedzonkiem, ale bez skutku. nigdy się nie daje oszukać, cwaniara. te wypady na łono natury wymyśliliśmy też po to, żeby nie kojarzyła jednoznacznie tego, że wychodzimy z wyjściem do weta. dlatego muszą być regularne, żeby nabrała dobrych skojarzeń. zobaczymy jak to wyjdzie. jak na razie początki były nieco oporne, ale sam pobyt chyba się maluchowi spodobał.
tak, przyznaję się, musieliśmy użyć podstępu celem założenia szelek. bo czujny kot zajął strategiczną pozycję... naszym jedynym ratunkiem był nieokiełznany pęd Gajki na korytarz. bezdusznie go wykorzystaliśmy. ale nie, nie dała się nabrać na nasz zwykły powrót z korytarza do mieszkania. czmychnęła z powrotem pod łóżko. musiało się odbyć ze wszystkimi bajerami. dźwięk domofonu uwierzytelniający nasz powrót. otwieranie drzwi. i dopiero wtedy rozległo się charakterystyczne grrrrrrr... grrrrrrr... miau. i strzała z napędem atomowym wybiegła na korytarz, nie wyrabiając się jak zwykle na zakrętach. nie-mąż sprytnie zamknął drzwi i nie było już odwrotu. chociaż biedactwo biegało z przeraźliwym miaukiem, w końcu dało się spacyfikować. szelki na grzbiet i do windy. za pierwszym razem trzęsła się jak w drodze do weta, ale dziś było już lepiej. a jak zobaczyła swoją wypaśno-wypasową trawkę to już w ogóle w innym świecie była. i tylko uszy się w kółko kręciły. i nasłuchiwała. oczywiście wciąż ją jeszcze ciągnie w największe krzaczory, ale prawie odważyła się nawet zapolować na trzy tłuste latające szczury, gruchające nieopodal. następnym razem da im popalić ;-)
w Polskę idziemy...











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz