ciągle czuję się zmęczona i znudzona. czasem mam ochotę coś zrobić, ale nie starcza mi na to siły... czy raczej motywacji? miewam ataki klaustrofobii w za małym mieszkaniu. nieustannie mam też wrażenie, że stoję w rozkroku. pomiedzy tym co bym chciała, a tym co trzeba. pomiędzy dziś, tutaj, w ścisku i upale, a jutro, gdzieś, gdzie będę mogła złapać oddech. tylko to jutro nie nadchodzi. czasem nawet myślę, że jak nadejdzie to będzie okupione strasznym uwiązaniem. założę sobię na szyję pętlę, która będzie mnie bezlitośnie podduszać przy najmniejszej próbie ucieczki....
i mam takie dziwne (nieco przerysowane) wrażenie, że jakość mojego życia zamiast rosnąć leci na łeb na szyję... zwalam to na garb wyjazdów nie-męża... wprowadziły taki dziwny rytm do naszego życia, któremu ja chyba nie do końca chcę i mogę się podporządkować. cały tydzień czekam na piątek, a kiedy on nadchodzi i nie spełnia moich oczekiwań czuję rozczarowanie. czuję, że powinnam się nim nacieszyć na zapas. nakumulować dobrej energii. a ta energia jak na złość się gdzieś chowa, pełza nisko przy podłodze, żeby tylko na nią nie wpaść. znowu są rzeczy, które TRZEBA i zbyt mało czasu, żeby wszystko ogarnąć i przy okazji mieć jeszcze fun. aaaaaaaaa. chyba zwariuję!!!!
...zen...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz