korpo-party było krótkie i treściwe. smaczne i zabawne. przemaszerowałam przez niez gracją, w różowych rajstopkach. kilka centymetrów ponad ziemią. skomplementowana prawie do nieprzytomności... ale ja naprawdę wiele mogę znieść ;-)
po powrocie do domu okazało się, że nie-mąż przed odlotem wypił w skandynawskim lounge'u tyleż samo winka co ja, na dodatek bez okazji żadnej. no chyba, że z dzikiej radości z powrotu do mżonki. skomplementował mnie skromnie. jak na moje, rozbuchane w dniu wczorajszym, ego nawet trochę za skromnie... i zabraliśmy sie do montażu drapaczka. znaczy on się zabrał, a ja go wspierałam duchowo... w różowych rajstopkach. o dziwo wszysttko się udało i w pokoju wtrosło nam drzewo na wysokość 1,80 m. Gaj nie posiada się z radości. pomagał dzielnie oczywiście, zasiadając kolejno na wszystkich pojawiających się kondygnacjach. a kiedy doszła wreszcie do ostatniej, wyglądała jak kleopatra, rozanielona i ukontentowana... królowa na włościach.
nieudolne zdjęcie uroczego drapaczka







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz