wyruszyliśmy w pełną zachwytu podróż pod Halę Mirowską. niby mieszkamy całkiem niedaleko, a zupełnie nie znamy tego bazarku. a to duuuuuuuuży błąd. teren trzeba jak najszybciej rozeznać i oswoić. bo tam tak pięknie, kolorowo, smacznie... wszystko kusi. przez tą chwilę czuliśmy się jak w bajce... chodząc, oglądając i ciesząc się jak dzieci z "atomowych" rzodkiewek i pomidorów gargameli ;-)
wróciliśmy spacerkiem, niespiesznie... zachwyceni. a mnie ogarnęło takie uczucie, że jest dokładnie tak jak chciałabym żeby było. że gdzieś tam w środku zawsze była we mnie taka potrzeba. oderwania się od rutyny... zwykłego pójścia na bazar i kupienia warzyw. robienia planów co, kiedy, ugotuję! jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało. i chcę tak zawsze, wciąż i bez końca! bo okazuje się, że nawet w Łorsole można! i że to świetny sposób na kompletny reset od korpo. a na dodatek tak bardzo cieszy! jeszcze trochę, a będę prawdziwą bazarianką. lans na bazarze, wśród rzodkiewek... z eko-torbą w łapie. a później będę gotować, jeść i tyć. fałdo-brzusznie zapewne. i zero sportu. chyba, że bujanie się od straganu do straganu ;-)
jutrzejszy obiad
i szparagi na czwartkowe śniadanie
a po powrocie tak pięknie pachniało frezjami... i twarożkiem, który naprędce zrobiłam... do czasu!
do czasu, gdy dał o sobie znać dorsz... i cała bajkowa aura zniknęła, wyparowała, uciekła... byle dalej ;-)
no ale trudno. dorsz pysznym był! pomimo, że ostatnio nie używał antyprespirantów chyba...
tymczasem Gaj nad życie pokochał frezje...
narkotyzowała się...
narkotyzowała...
aż wyglądała tak... ćpuński wyraz rozkoszy ;-)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz