piątek, 30 kwietnia 2010

na miejscu

spakowana.
wyleciana.
przyleciana.
zaspana, śpiąca królewienka.

tak w skrócie można by streścić ostatnie dwa dni. dwa, bo również początek dzisiejszego. po śniadaniu nastąpiła bowiem drzemka w moim wykonaniu, która do krótkich raczej nie należała. nie-mąż zniósł ją dzielnie, przeznaczywszy darowany znienacka czas na romans z komputerem. nie były to jednak strony dla dorosłych lecz powtórka z języka tubylczego. ha! takiego mam chłopa, więc spać mogę spokojnie ;-)

obudziłam się o 13:10 wraz z kolejnym tego dnia nawoływaniem muezina. muszę przyznać, że to bardzo miła pobudka. przeżycie niczym duchowe ;-) nie zdążyłam się nawet przeciągnąć, a już wychodziliśmy. no grubo przesadziłam, ale prawda jest taka, że słońce pięknie świeciło i postanowiliśmy nie tracić już ani chwili. zrobiliśmy więc wszystko co zrobić mogliśmy i wyruszyliśmy bez celu.



i tutaj dochodzę do miejsca, które ma znaczenie kluczowe na tym wyjeździe, a mianowicie, włóczenie się bez celu właśnie! w zeszłym roku mieliśmy bardzo napięte plany i chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej. tym razem chciałabym poczuć jak najwięcej. a ponieważ główne atrakcje turystyczne już widzieliśmy to możemy bezboleśnie i niespiesznie krążyć małymi, malowniczymi uliczkami. przystawać, zaglądać i nasłuchiwać. po drodze spotkaliśmy zgraję dzieciaków znudzonych najwyraźniej swoim własnym towarzystwem, pragnących odmiany ;-) znajomość rozwijała się na początku nieśmiało i niepewnie. widząc nasze zainteresowanie swoimi wygłupami zaczęły pozować do zdjęć i powolutku się rozkręcać, trajkocząc bez przerwy w miejscowym dialekcie, którego nie-mąż, pomimo usilnych starań, nie posiadł należycie. finisz był taki, że z radością przejęły w posiadanie nasze aparaty, poprzestawiały wszystkie pokrętła i postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce. tłukły się przy tym i darły nieprzytomnie. w efekcie tego spotkania mamy całe serie zdjęć abstrakcyjnych o tematyce przedziwnej. co autor miał na myśli... nie wie chyba nawet sam autor...



doszliśmy nad Bosfor, na długi deptak wzdłuż morza i rozkoszowaliśmy się smakiem simit'a z najlepszą na świecie herbatą turecką. a czas sobie po prostu płynął. wszystko wokół nas było w niesamowitej harmonii. ludzie wygrzewający się na skałach nad brzegiem morza, rodziny na pikniku, siedzące nieco dalej na trawie, wszędobylskie koty, łaszące się do stóp i zapełniające Gajko-pustkę. kolorowe baloniki dyndające na wietrze, służące niestety do zestrzelenia, chociaż może i stety, wszak lepiej wiatrówką zamiast w bliźniego, w balonik celować. sprzedawcy wody, herbaty, owoców, simit'ów - wszystko na wyciągnięcie ręki. nad brzegiem morza można zrobić sobie prawdziwą ucztę z gorącą herbatą. i nawet jeśli tą ucztą jest jeden sezamowy simit to uwierzcie - to najlepsza rzecz jaką można sobie tam wymarzyć. ruszyliśmy dalej, w stronę złotego rogu. i dopiero wtedy poczuliśmy prawdziwą siłę wiatru. z uroczego, ciepłego dnia zrobiła się niemal wichura. sam fakt, że akurat szliśmy pod wiatr też nie pomagał...




Błękitny Meczet od strony morza Marmara

zahaczyliśmy o Sirkeci Garı, stację końcową Orient Express'u, na której - co strasznie mnie zszokowało - panował miły spokój. taka enklawa w samym środku gwarnego, przeludnionego, zabieganego i targanego morskimi wiatrami miasta. cisza, ład i porządek, zieleń, błyszczące pociągi, kasjerzy w gustownych krawatach i granatowych garniturach, absolutnie nieporównywalnych z uniformami polskich konduktorów, rodem z PRL. Od razu czuć, że kolej w Turcji ma klasę. aż chce się zapłakać na myśl o rodzimym PKP.



w końcu znaleźliśmy się na Eminönü. w tak dobrze nam znanym miejscu, u podnóża majestatycznego Yeni Cami, pięknie oświetlonego schodzącym już nieco, ku zachodowi, słońcem. cieplej nie było, ale widok wieży i mostu Galata trochę rozgrzał od środka. wygłodniałych, wiodła nas tutaj też jedna myśl - balık ekmek, czyli najwspanialsza na świecie kanapka z rybą. nad samym brzegiem Bosforu. i tym razem kanapka była perfekcyjna - ryba nie miała 1 ość (trochę się obawiałam, że tak jak w zeszłym roku, będę musiała się zamienić w maszynkę do mielenia mięsa wraz z ośćmi i to w taki wyszukany sposób, żeby nie utracić smaku i radości z pałaszowania kanapki), była rozkosznie delikatna, świeżutka, a warzywka, po usunięciu nadmiaru cebuli oczywiście, stanowiły idealne dopełnienie. dostaliśmy nawet chusteczkę odświeżającą, więc full profi!!!




wydawało mi się, ze szliśmy i szliśmy, a pokonaliśmy zaledwie 8 kilometrów, czyli standardową trasę kijkową. surprise, surprise... w nowym miejscu człowiek ma wrażenie, że już tyyyyle widział, więc na pewno tyyyle przeszedł.

a po powrocie do hotelu, czytając wysokie obcasy, odkryłam Pilcha. tak, ja wiem że to może zabrzmieć dziwnie, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - nigdy go nie czytałam. i nie wiem jak to się stać mogło, wszak jego ironia jest mi niezwykle bliska. tak wiec na obczyźnie dokonałam narodowego odkrycia. i czytać muszę. a ponieważ w samolocie skończyłam Murakamiego, to zakup Pilcha będzie pierwszą czynnością po powrocie. hmmm... albo jeszcze przed ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz