jestem zafascynowana już nie tylko jego powieściami i stylem pisania, ale jego filozofią życiową. i odwagą. nie o samo bieganie mi oczywiście chodzi, chociaż to też robi wrażenie. ale o podejście do życia, konsekwencję i pasję.
jego powieści są zabawne i nieco filozoficzne. niezwykle oddziałuja na moją wyobraźnię. zawsze pojawia się w nich kot. i zawsze jest coś tajemniczego, co wykracza poza percepcję przeciętnego człowieka. może dzięki temu tak hipnotyzują?
uwielbiam jego książki, ale miałam naprawdę dłuugą przerwę. w sumie przerwę ogólnie, w czytaniu. ostatnio tylko teksty związane z zajęciami i książki o fotografii. inne kupowałam i z wdziękiem odkładałam na półkę, na później. jakaś niemoc straszna. i jak o tym pomyśłę to czuję się jak analfabeta. w międzyczasie próbowałam słuchać audiobooka - ale to nie jest chyba moja ulubiona forma "czytania". wszystko wokół mnie rozprasza i czasem, kiedy jestem zmęczona, za daleko odbiegam myślami. uwielbiam tradycyjne czytanie, lubię dotyk papieru, czarne litery, które znacznie bardziej potrafią wryć się w moją pamieć niż zasłyszany potok słów. jedyny kłopot to ciężar, jaki trzeba ze sobą nosić...
za to moi panowie rozkochali się w audiobookach i chwała im za to. ja jestem najwyraźniej z innej bajki ;-)ta konkretna książka chyba sama mnie wybrała. pojawiła się kiedyś przed moimi oczami. wtedy, kiedy sama myśłałam o zmianie trybu życia. nie dokładnie o bieganiu, ale o czymś co sprawi że przestanę być ospała i wiecznie zmęczona.
chyba coś drgnęło na szczęście. wstaję o 6 bez uczucia kompletnego zaspania. nie włączam drzemek - które były zabójcze, nic nie dawały, a przedłużały tylko męki i cierpienie. codzinenne brzuszki, niedzielne 8 kilometrowe kijki, które wypadałoby dziś powtórzyć, ale zważywszy że śnieg za oknem, to sama nie wiem ;-)
wreszcie lżejsze jedzenie - w granicach rozsądku. oczywiście najpierw odważnie planowałam dietę Dukana, żeby zrzucić 3 kg, ale za bardzo lubię delektować się smakiem. i nie mogłabym znieść tego, że pewne rzeczy byłyby zakazane. wykorzystuję jednak pewne jej elementy. i chociaż z chleba nie byłam w stanie zrezygnować to staram się go ograniczać. wybieram ciemne pieczywo z ziarnami, warzywa (wreszcie otworzyli nasz kramik po drugiej stronie ulicy, gdzie królują pomidory malinowe, o smaku jaki pamietam z dzieciństwa, kiedy rwałam pomidory, sadzone przez dziadka pod folią, prosto z krzaka), kiełki, jajka, ryby, nietłuste mięso, no i wyeliminowałam ser żółty (to się w sumie stało samoistnie). no i oczywiście słodycze, za którymi nie przepadam, a które czasem jadłam po prostu towarzysko, a nie z potrzeby. całkowicie bez sensu. nie mam też parcia, że koniecznie muszę schudnąć. mój BMI jest w sam raz. chcę się po prostu lepiej czuć. no i fałda mogłaby z brzucha zniknąć...
a w pracy ostatnio króluje owsianka! do tego jabłka, banany (no może mało dietetyczne, ale pyszne), jogurty i... bigos, żeby dopełnić całości ;-) taa... no nie można powiedzieć, że moja dieta jest bardzo restrykcyjna... właściwie nie jest to nawet żadna dieta. raczej połączenie MŻ z myśleniem o tym co się je.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz