wtorek, 13 kwietnia 2010

wondering around...

lubię, strasznie lubię chodzić bezcelowo. zawisnąć w czasoprzestrzeni. gadać o głupotach i zdać się na to co się zdarzy. iść gdzie poniosą nogi. bez planów i bez odliczania czasu. na "świeżym" (chciałoby się powiedzieć ;-) powietrzu. człowiek czasem po prostu musi być nieodpowiedzialny i nieefektywny... zatracić się w niedążeniu do niczego. ostatnio nasz spacer trwał 15 minut i przeszliśmy zaledwie dwie przecznice, bo spadł deszcz. ale czy to ważne? warto było. zawsze warto. żeby coś odkryć. spojrzeć na coś z innej strony.

aparat jako towarzysz bardzo pomaga. uwrażliwia na piękno, syntetyzuje rzeczywistość i porządkuje sposób postrzegania. poza tym zapewnia świetną zabawę :-)





teraz tylko czekam na unormowanie się wszystkich zagmatwanych spraw. wykreślenie wszystkich pozycji z listy - bo jakimś dziwnym trafem znowu jestem w pogoni za... męczy mnie to strasznie. chcę się zatrzymać, ale jest to możliwe dopiero po nadrobieniu zaległości. fryzjer, wet, animalia, zakupy, odbiór książek, sprawy w pracy... ufff... dużo tego przed wyjazdem. może po powrocie zrobi się spokojniej. ostatnio za dużo było wrażeń. co więcej - wcale nie przyjemnych. czekam na przełom. w końcu kiedyś musi nastąpić...

a później ciąg dalszy szwędania się i myszkowania to tu to tam... z moim Baudleairem ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz