...wejść nie można. przysłowie ludowe nadzwyczaj aktualne, którym dostałam dobitnie po głowie.
przyjechaliśmy na urlop na turecką wieś, tą samą co w zeszłym roku. uwiedzeni myślą o błogim nieróbstwie, wylegiwaniu się na pomoście i czytaniu, czytaniu, czytaniu. powroty do tych samych miejsc, jak się okazuje, są obarczone bardzo dużym ryzykiem. co więcej ryzykiem nieuświadomionym. bo przecież spodziewam się zastać pewne rzeczy w formie niezmienionej, tej samej o której myślałam tęsknie przez cały rok, nastawiam się na konkretne czynności... a po przyjeździe odkrywam, że nagle, w nieznanych okolicznościach mój przedmiot pożądania, drewniany pomost z przepastnymi poduchami... zniknął!
stoję, więc, nad brzegiem morza w milczącym towarzystwie rozczarowania, które z szybkością błyskawicy pojawiło się dosłownie znikąd, przecierając oczy z niedowierzania. chociaż skłamałabym gdybym powiedziała, że w swoich pesymistycznych skłonnościach nie kiełkowało we mnie ziarenko niepewności, co do losów pomostu. tylko, że w momencie konfrontacji i wizji lokalnej, w jednej sekundzie ziarenko rozrosło się do rozmiarów baobabu. odbierając wszystkie złudzenia. cóż zrobić?
i w tamtym krótkim momencie pomyślałam sobie, że życie się zmienia, świat się zmienia i to, że akurat w danym miejscu nas nie ma, nie znaczy, że te zmiany się nie wydarzą. taka oczywista sprawa, o której bardzo łatwo zapomnieć. jeśli coś jest fajne to chcemy, żeby to trwało w niezmienionej formie, czekając na nas z otwartymi ramionami. cóż za naiwność. i chyba ta konkluzja pozwoliła mi się szybko otrząsnąć. so what? to w końcu pierwszy dzień moich wakacji, które będą wyglądały po prostu nieco inaczej niż myślałam, że będą ;-) i tego się trzymam, ale moja rada - jeśli coś było wyjątkowe, zachowajcie to głęboko w pamięci, nie szukajcie powtórek... bo nic dwa razy... to samo miejsce nigdy nie jest tym samym miejscem i trzeba o tym dobrze pamiętać wracając. może być za to równie pięknym miejscem, pod warunkiem, że przestaniemy je porównywać, a zaczniemy odkrywać na nowo.
nasz hotel rozrósł się i zmodernizował, ale na szczęście poza sezonem nadal nie "czuć" tłumów i to jest najważniejsze. niestety wraz ze zniknięciem pomostu, zniknęły też wszędobylskie koty. widziałam chyba zaledwie cztery. nie przychodzą na dokarmianie na stołówkę i jakoś tak pusto się zrobiło. to jest druga, i chyba ostatnia, najbardziej doskwierająca zmiana. nie wiem co się z nimi stało? może przeniosły się gdzieś indziej w poszukiwaniu jedzenia w zimę, kiedy hotel jest zamknięty?
komercjalizacja wymaga poświęceń. dlatego jej nie znoszę, ale wiem, że to jedyna droga, żeby dotrzymać kroku konkurencji.
a wieczorem patrzyłam w czarną przestrzeń. na niewidzialny horyzont, gdzie morze łączy się z niebem. nicość, z której co jakiś czas wyłaniają się pojedyncze, białe grzywy fal. słuchałam ich szumu, szeptu, którym opowiadają swoje tajemnice.i myślałam o tym jak splatają się ludzkie losy, o tym jak blisko jesteśmy, w tym wielogwiazdkowym hotelu, ludzi którzy w tym morzu walczą o życie. nielegalni emigranci z Afryki, którym udało się przedostać do Turcji, kolejnego etapu ich ucieczki. chcą się przedostać do Unii, ale granice są szczelnie strzeżone, dlatego przyjeżdżają tutaj, na wybrzeże egejskie, blisko wysp greckich. z naszego hotelu widać szczyty gór jednej z nich - Samos. nocą taką jak ta dzisiejsza wyruszają z ukrycia na małych pontonach w niezwykle niebezpieczną podróż na otwarte morze, często pod ostrzałem służb granicznych. w walce o lepsze życie, na które mają nadzieję w UE, ryzykują wszystko co mają. dla wielu z nich jest to niestety ostatnia podróż. w czasie przypływu szczątki pontonów i ubrań jeszcze przed świtem są usuwane przez służby hotelowe, żeby nie narażać bogatych turystów na drastyczne widoki. ciekawa jestem ile osób odpoczywających na wybrzeżu egejskim ma tego świadomość...
ta notka wyszła jakaś mocno pesymistyczna jak na początek wakacji! zupełnie nie wiem czemu, może przez zmęczenie? ale oprócz tych wielce poważnych rozmyślań, trafiły się też pozytywne - doszłam do wniosku, że bardzo potrzebuję takiego czasu, kiedy mogę pobyć myślami sama ze sobą, nie spieszyć się, oczyścić głowę ze wszystkich codziennych myśli i odpłynąć na bliżej nieznane terytoria. normalnie nie mam na to absolutnie czasu. fajnie jest śmiać się z głupot i spędzać czas z nie-mężem, obżerać się (jak na razie w sposób kontrolowany) tureckimi smakołykami, wieczorami oglądać South Park i popijać rodzimy, rozgrzewający trunek w kolorze bursztynowym - rzecz jasna na florę ;-)
poniedziałek, 6 września 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz