sobota, 11 września 2010

gorzki smak słodyczy

no i tak to się właśnie kończy... romantyczna wizja Şeker Bayramı o której pisałam ostatnio ma bowiem swoje drugie oblicze. oblicze dalekie od tego, które chciałabym w tej chwili oglądać! jako nieco doświadczony już turysta swoje wakacje planuję zawsze we wrześniu. tuż po szczycie sezonu, kiedy pogoda wciąż piękna, a morze nagrzane. co prawda dni są już zdecydowanie krótsze, a wieczory chłodniejsze, ale dla mnie najważniejsze, że jest mniej turystów, więcej przestrzeni i spokoju. no i tak było... do czwartku właśnie!


w związku z Şeker Bayramı nasz hotel, jak wszystkie inne znajdujące się na wybrzeżu, przeżywa prawdziwe oblężenie. najazd autochtonów (uwielbiam to słowo ;-). całe rodziny tureckie spakowały manatki i zjechały na krótki (mam taką gorącą nadzieję), trzydniowy wywczas. no i efekt jest taki, że turecki to obecnie najczęściej słyszany przeze mnie język, inne gdzieś giną. i nie miałabym absolutnie nic przeciwko temu, wszak turecki pięknym językiem jest, gdyby nie fakt, że co krok depczę komuś po piętach. parking zapełnił się do granic możliwości samochodami na tureckich rejestracjach - większość przyjechała z Izmiru, Denizli, Bursy ale są też rejestracje stambulskie!!! hotel, który wydawał nam się taki przestronny, kilka basenów, powiększona w tym roku restauracja - wszystko szczelnie zapełnione. tak chyba musi wyglądać szczyt sezonu. i dla mnie to jest kompletna masakra. chcę uciec jak najdalej stąd. daleko od kolejek po mięso, rodem z PRLu, od znikającego w mgnieniu oka jedzenia, od plaży pełnej stłoczonych sardynek i basenów upstrzonych kolorowymi kropkami.


pocieszam się tylko tym, że to trzy dni. i odliczam... została praktycznie niedziela. dam radę! no i mam nadzięję, że dobrze szacuję, bo w innym wypadku zwariuję! najzwyczajniej w świecie! przecież nie po to wybrałam wieś, żeby miasto mnie dopadło. życie to jednak potrafi zaskoczyć ;-)


post scriptum.
okazuje się jednak, że gorycz została pokonana! słodyczami! coś w tym musi być! na kolację zaserwowali nam pyszności nie do opisania, a na deser... oj działo się, działo! sześć rodzajów baklawy, hałwa, lokum, cud miód tłuścioszki, halka tatlisi i inne tureckie specjały, których nie umiem nazwać! a wszystkiego trzeba było przecież spróbować ;-) ufffffff...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz