jestem ledwo ciepła, ledwie żywa, zagotowana... ugotowałam sie w oparach absurdu w puszcce zwanej tramwajem w trakcie rozkosznej drogi do pracy. o 9 zlana potem dotarłam na miejsce i od progu powitał mnie przeszywający chłód z klimy. a teraz kicham. i piję herbatę za herbatą. gorącą rzecz jasna. przecież zwariować można. na dworzu roztapiam się w bluzce na ramiączkach, a przy biurku siedzę w swetrze... i marznę.
w domu też temperatura iście tropikalna. Gaj rozkosznie śpi, rozciągając się na całą swoją długość, celem odpowiedniej wentylacji jak sądzę. warto korzystać z takich momentów! wycałowanie całego kociego brzuszyska bowiem, to słodycz sama w sobie. i nie ma nic doskonalszego niż takie pieszczoty.
dzisiaj rano jednak było już na tyle nieznośnie, że Kota znalazła sobie miejscówkę pod łóżkiem, przy ścianie, co zaczęło mnie nawet nieco martwić. bo to nie jest kot, który bezpodstawnie chowa się po kątach (jedynym wyjątkiem jest walizka, w której może leżeć godzinami, cichutko i w kompletnych ciemnościach ;-) ale kiedy tylko włożyłam do niej rękę zrozumiałam, że cwaniara wyczaiła chłodne miejsce. na podłodze, w cieniu, łapiąc przewiew od okna...
może powinnam do niej dołączyć?
puff... jak gorąco...
wtorek, 6 lipca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
masz racje gorąco jak nie wiem...na szczęsie było kilka dni temu ;d teraz zimno jak na jesieni...a i ja zauwazyłam że mój psiak ledwo co zipie w te upały,nie mógł sobie miejsca znaleść:/ nie obyło sie bez chłodnych okładów
OdpowiedzUsuńpozdrawiam:]
i na żadne kompromisy ta pogoda nie chodzi. ale z dwojga złego Gaj woli dżdzystość, mglistość i deszczowość. futerko fajne, ale nie przy 30 stopniach ;-) a teraz wróciła sprężynka...
OdpowiedzUsuń